Kultura

Zwyczajność codzienności

Poranny rytuał

Byli właśnie na spacerze. Dokładniej, to byli już po spacerze. Wyszli z domu dość wcześnie ze względu na upały, jakie od kilku dni wzięły we władanie niebiosa i zalewały z góry nieustannym niemal żarem dniem i nocą. Popołudniowe godziny były już całkowicie nie do zniesienia. Nie lepiej było nocą. nie szło zasnąć. nagromadzone w ciągu dnia ciepło zwyczajnie nie miało dokąd odejść. Dopiero nad ranem robiło się nieco chłodniej. Właściwie można było sobie jeszcze pospać nieco. Wstawali jednak dość wcześnie, nieomal o świcie. Dzieciakom to zupełnie nie przeszkadzało. One zawsze były porannymi ptaszkami. On zwlekał się z niechęcią. Nie miał jednak wyjścia.

Puk puk

2014.08.08
Częstochowa

kto tam
słowo tęsknoty
duszy spragnionej
nocny gość snu

siada przy stole
prosi o herbatę
zaczyna opowieść

już wiesz
zejdzie wam do rana
noc nieprzespana
umyka za oknem

Adam Gabriel Grzelązka

Wstawszy oporządzał codziennie swą małą gromadkę i ruszali wkrótce na poranny przedpołudniowy codzienny spacer. To był ich stały rytuał. Jedynie godziny się nieco zmieniały. Teraz, właśnie z powodu całodziennych upałów wszystko zaczynało się dużo, dużo wcześniej. Nie był to tez taki zupełnie moment. Trochę czasu mijało, nim każde z jego podopiecznych przeszło przez jego troskliwe ręce. Mimo to szło sprawnie. „Dzień dobry, wyspałeś się kochanie?” „”Co tam mamy w pieluszce?” „Aaaa, kupa! Zaraz umyjemy, żeby pupcia nie bolała.” „Ubieramy się i idziemy na spacerek”. Codzienny poranny dialog. Ciąg wykonywanych czynności. Zmiana dziecka i całość ponownie w tej samej mniej więcej sekwencji krok po kroku z małymi wariantami. Szczególnym entuzjazmem było witane zdanie zapowiadające rychły spacerek.

Potem jeszcze tylko szybkie pakowanie plecaka, robienie napojów w butelkach i wyjście z domu. Do pokonania pozostawały schody. Na szczęście część dzieciaczków potrafiła uporać się już z nimi bezpiecznie sama. Niektóre jednak nadal wymagały większego lub mniejszego wsparcia. Na koniec wysypywali się przed dom cała gromadką i rozpoczynała się wędrówka do pobliskiej piekarenki. To dość nowy, radośnie zaakceptowany element, codziennego rytuału. Tam kupowali świeżutkie pachnące bułeczki. Każdy maluch dostawał sobie właściwą porcję i szli dalej.

Tego dnia w palnie była, zaraz po piekarni, przychodnia. Odległość dla dorosłej osoby nie taka znów wielka i możliwa do pokonania w kilkanaście, góra kilkadziesiąt minut. W tym jednak gronie przejście zajmowało około godziny. Po pierwsze tempo musiało być dostosowane d najmniejszych stópek i ich możliwości przemieszczania się. Po drugie gromadka miała tendencję do nieustannego przerywania swej marszruty. A to coś ciekawego było do obejrzenia.

O, mrówka!!!

O proszę, nie trzeba daleko szukać. Oto sznureczek mrówek przecina chodnik z lewej do prawej. Albo z prawej do lewej. trudno być pewnym, gdyż ruch był obustronny. I już po marszu. już się ktoś zainteresował, przykucnął, przygląda się, coś tam gaworzy pod nosem mniej lub bardziej zrozumiale zgodnie ze swoim wiekiem. Albo o tam, nieco dalej na lewo. Niewielki kwietniczek. Barwny i pachnący. Pełen uwijających się od świtu pszczół. Koniecznie trzeba się przyjrzeć, zatrzymać, zajrzeć. Nic to, ze coś się podepcze. Że pszczoły może nawet i stracha napędzą, albo raczej częściej po prostu również zaciekawią, rozbawią, zaintrygują. Zawsze też można podjąć próbę zerwania kwiatka. Czasem przed tym krokiem uda się to czy owe dziecko powstrzymać. Czasem jest już za późno. A czasem chęć większa jest od zakazu i pomimo padających słów prośby i tak zerwanie kwiatka stanie się faktem dokonanym.

Po przychodni kolej przyszła na pobliski lasek. Przemierzali go na różne sposoby. Tu dyscyplina marszu zupełnie brała już w łeb. W zasadzie jedynym ograniczeniem była zasada, aby pozostawać w zasięgu wzroku i nie wychylać się nigdy poza granice tego niewielkiego lasu poprzecinanego licznymi niezgorzej wydeptanymi ścieżkami. Było jeszcze jedno ograniczenie, ale ono nie dotyczyło samego pochodu, a jedynie sposobu zachowywania się tutaj, między drzewami, na łonie przyrody: nie podnosimy śmieci. Drugą niepisaną zasadą było: nie bierzemy niczego do ust. Tę najtrudniej było kontrolować, gdyż co rusz ktoś koniecznie musiał spróbować jak smakuje przed chwilą podniesiony z ziemi suchy patyk. Na szczęście rzadko coś poza małymi gałązkami było podnoszone, a już w szczególności smakowane. Do niedawna jeszcze największą zmorą „niejedzenia” były wszelkiej maści i rozmiaru kamyczki. Sporo czasu i wysiłku kosztowało wyperswadowanie koneserom chęci ich smakowania i odciągnięcia ich od prób połykania tychżesz. Zazwyczaj się udawało zniechęcić. Ciekawość świata jednak domagała się nieustannego poznawania otoczenia i przekraczania zakazu, w związku z czym oczy należało mieć dookoła głowy i wciąż przypominać aż do znudzenia: „Ale tego nie bierzemy do buzi”.

Koło południa następował powrót do domu. Tutaj sprawy przyjmowały zazwyczaj dwa warianty. Pierwszy, powoli odchodzący do lamusa w obecnych upalnych dniach, polegał na oczekiwaniu na obiadek, który na ich oczach się dokonywał. Nie trwało to długo, ale wiadomo, że chwilę zająć musi o ile nie jest to odgrzewka czegoś już uprzednio przygotowanego na tę okazję. Upalne obecne dni sprawiły, że dziatwa coraz mniej chętniej czekała a coraz bardziej była zainteresowana spaniem. I tak, zamiast zjeść obiadek po bądź co bądź wyczerpującym spacerku pełnym najrozmaitszych emocji, szły zwyczajnie spać. Mniej lub bardziej wszystkie jednocześnie. Wariant idealny, że wszystkie nie zachodził niestety za często. Zawsze któreś dzieciątko było najmniej zmęczone i najmniej ochotne do spania. Ale w końcu to tylko jedno i zawsze jakaś ulga. można wiec było spokojnie zająć się obiadkiem. Gdy już pospały, co zazwyczaj trwało dwie do trzech godzin, zjadały go z większym jeszcze apetytem niżli miałoby to miejsce w gorące, upalne nieznośne południe.

Popołudnia to już zupełnie inna historia. Dominującą cechą każdego popołudnia był zawsze niezaspokojony w mniejszym lub większym stopniu głodek cechujący to małe rozbrykane towarzystwo. A to owocek, a to sucharek, a to chrupki kukurydziane, a to piciu, a to siusiu, a to kupka, a to pieluszka. I tak na okrągło aż do pory spania. dzień po dniu. Dzień po dniu. Niezależnie od innych atrakcji, urozmaiceń. czasem bowiem poranny spacerek zamieniał się w jakąś dalszą wyprawę na zakupy cała gromadką. Albo wyjazd gdzieś za miasto. Lub na działkę bądź też nad wodę. Wtedy przeważnie zanikała chęć popołudniowego spania. przynajmniej u części tego maleńkiego towarzystwa. To z kolei przyspieszało porę ich nocnego udania się na sen. Ten zaś, wcześniej rozpoczęty, wcześniej się kończył pobudką o porze dla dorosłych nieprzyzwoitej a dla dzieciaczków jak najbardziej naturalnej, bo przecież już się wyspały i domagają się teraz miłości, troski, jedzenia, suchych pieluch i mocy atrakcji tego właśnie zaczynającego się dnia.

Poznań, 2016.06.28
Autor: Adam Gabriel Grzelązka

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.