Paradygmat rozwoju

Zrobieni w łupki? Czyli polskie sny o potędze

 A było tak pięknie! Już prawie byliśmy w ogródku, już prawie witaliśmy się z gąską, ba już prawie pozwoliliśmy sobie na quasi imperialne pohukiwania na temat głównego dostawcy gazu. Praktycznie udało się nam stać dla niego konkurencją, samodzielnie zaopatrywać sąsiednie – przyjazne nam kraje w gaz, a dodatkowo z dochodów z eksportu obniżyć jego ogólną cenę w Unii Europejskiej, skutecznie wypychając z rynku największego dostawcę.

A było tak pięknie! Nasze państwo mogło mieć źródło finansowania, umożliwiające pokrycie kosztów świadczeń społecznych i prowadzenia agresywnej polityki rozwoju. Gaz łupkowy miał być naszą bronią, naszym orężem, naszym zabezpieczeniem na 300 lat! Jeden mały raport zza wielkiej wody i polityków w Warszawie dopadają drgawki, a naród szczęśliwy, że choć raz Bóg się do niego od 300 lat uśmiechnął popada w otępienie.

Mimo wszystko było pięknie i cudownie, tak po polski – budować „zamki na piasku”, jeden tylko Waldemar Pawlak wiedział, co robi dążąc do zagwarantowania, drogich, ale pewnych dostaw gazu ze wschodu. W tym kontekście sprowadzanie gazu z Kataru przez terminal gazowy staje się kwestią racji stanu, albowiem zapewnia to nam częściową dywersyfikację a zarazem przy korzystnych cenach może spowodować obniżenie hurtowej ceny gazu o kilka procent. Gospodarka i społeczeństwo muszą pogodzić się z funkcjonowaniem w realiach stosunkowo drogiego gazu.

Zastanawiającym jest mechanizm, który tak łatwo doprowadził do narodowej – wszechłupkowej radości. Sygnał z zewnątrz był realny, nasi politycy napełnili się powietrzem z dumy, nikt nie miał ochoty słuchać głosów rozsądku, pragmatycznego podejścia. Po sygnale napięliśmy przeponę wydając głośne „ochy” i „achy”, w czym przodowali prawicowi blogerzy i niestety także politycy rządzącej koalicji.

Media władowały do kanałów informacyjnych nastrój hurraoptymizmu, co więcej udało się nawet skłócić kilka lokalnych społeczności o koszty i korzyści z łupków. Rząd szybko uchwalił podatek od kopalin i rozdał tyle koncesji ile się tylko dało, przy czym nie obyło się bez afery łapówkarskiej, albowiem system rozdziału koncesji był jak zwykle polski, czyli nie przejrzysty. Zatem sprawa została w znacznej mierze skonsumowana już na poziomie wzajemnego emocjonowania się.

W pewnym momencie otrzymaliśmy komunikaty, mówiące o tym, że największe firmy z branży gazowej i naftowej, wynoszą się z Polski, albowiem nasze łupki nie mają takich właściwości, do jakich przystosowana jest amerykańska technologia wydobywcza. Póki, co nic się nie dzieje, nie ma problemu, albowiem formalnie nic się nie stało, poza ogólnym zadęciem się kilku polityków w mediach nikt nie oparł żadnej sensownej strategii na przyszłych zyskach z łupków.

Jak to się jednak stało, że tak łatwo daliśmy się omamić kłamstwu łupkowemu? Dlaczego nie podeszliśmy do sprawy w sposób pragmatyczny, tzn. traktując łupki, jako ekstra dodatek do naszej rzeczywistości, stanowiący w najlepszym razie „dodatkowy bonus”. Organizując gospodarkę, w oparciu o realia dostępne „tu i teraz” oraz najbardziej pewne w przyszłości. Należy postępować w ten sposób i tylko w ten sposób, albowiem wszelkiego rodzaju inne podejścia kończą się fikcją.

Wracając, zatem na ziemię, między Odrą a Bugiem, należy ponownie rozpatrzyć istniejące realia strategiczne. Po pierwsze, głównym źródłem surowca jest i będzie dla nas i Unii Europejskiej – Federacja Rosyjska. Kraj ten jest zainteresowany w eksporcie surowców energetycznych do Europy, albowiem umożliwia mu to finansowanie, a zarazem dyfuzję innowacji niezbędnych dla przetrwania ich państwa. Doskonale wiedzieli i tym Niemcy, podpinając się eksterytorialną rurą po dnie Bałtyku do źródeł rosyjskich. Spowodowało to, że kraj ten ma zabezpieczone dostawy na najbliższe kilkadziesiąt lat. Nasze zużycie gazu jest ułamkiem zapotrzebowania niemieckiego. Nie ulega wątpliwości, że ominięcie tras przesyłowych przez terytorium Białorusi i Polski miało powody polityczno-wojskowe. Nie mamy innego wyjścia jak podporządkować się temu postanowieniu możnych i silniejszych, od których jesteśmy uzależnieni. Import równoległy gazu skroplonego, nigdy nie da nam bezpieczeństwa, albowiem nie jesteśmy w stanie zapewnić sobie bezpieczeństwa dostaw. Nie mamy Marynarki Wojennej, poza tym importowanie całości potrzebnego gazu drogą morską, mając w dyspozycji praktycznie niewyczerpalne źródła rosyjskie będzie zawsze oznaczało ponoszenie przez nas kosztów dodatkowych. To nie jest cena niepodległości, to cena głupoty, albowiem racją stanu dla naszego kraju jest takie dogadanie się z rosyjskim dostawcom, żeby eksportować do Rosji równoległą wartość produktów generycznie polskich (zawierających polską wartość dodaną), tak żeby było nas zawsze stać na kupowanie od nich, a im żeby opłacało się nam sprzedawać. I w zasadzie to plus roczne rezerwy i jakiś poziom importu surowca skroplonego nam jak najbardziej wystarczy.

Jeżeli do tego z czasem dołoży się kilka procent bilansu energetycznego w postaci gazu z naszych łupków to bardzo dobrze, jeszcze lepiej, jeżeli byłby to znaczny procent, albowiem moglibyśmy wówczas pozostawić w kraju znaczną rentę kapitałową oszczędzoną na cenie surowca płaconej za granicę. Potrzebujemy skądś około 2 bln złotych na całe zadłużenie, wliczając w to kwestie emerytalne na przestrzeni najbliższych 30 lat. Dlatego warto sponsorować poszukiwanie surowców energetycznych, jak również wszelkie technologie ich oszczędzania i generowania z niekonwencjonalnych źródeł.

Dodatkowo musimy bardziej aktywnie włączać się w rynek globalny, wspaniałym polem poszukiwań jest górnictwo dna morza, nikt i nic nie zabrania nam zostać wiodącym globalnie graczem w zakresie tych technologii. Wszystko jest możliwe, póki jest nas dużo, mamy terytorium i nikt nie robi z nas swoich niewolników. Nie można czekać biernie na cud łupków, albowiem ryzyko, że wyjdzie „jak zwykle”, a my pozostaniemy bez planu „B”.

One Comment

  1. Ale łupki ortopedyczne nam pozostały!

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.