Zombie Jobs – czyli koronawirus na rynku pracy

fot.IG

Z chwilą ogłoszenia pandemii pocieszaliśmy się żartami, że na szczęście koronawirus nie tworzy tłumów zombie, z którymi musielibyśmy walczyć. Czas jednak pokazał, że nie był to specjalnie trafiony żart, bo w chwili obecnej gospodarki wszystkich krajów świata stoją przed problemem tysięcy zombie-jobs, czyli miejsc pracy zagrożonych likwidacją. Tylko w Polsce zatrudnienie może stracić około miliona osób.

Pandemia wywołała ogromną presję finansową związaną ze zmianami w funkcjonowaniu krajowych gospodarek. Wszędzie poszukuje się i wdraża rozwiązania mające zapobiec wzrostowi bezrobocia.

W chwili rozpoczęcia lockdownu kraje europejskie wybierały między dwiema opcjami

Pierwszą było podniesienie zasiłku dla bezrobotnych w nadziei, że w końcu znajdą jakieś zajęcie, drugą – płacenie firmom za utrzymanie kadr przynajmniej na papierze, by zapobiec masowym zwolnieniom. Drugi pomysł wydawał się lepszym wyjściem. Ale trzeba zwrócić uwagę na różnicę między rynkami pracy – w Stanach Zjednoczonych pracownik jest chroniony znacznie gorzej niż w Europie, może stracić pracę w każdej chwili. Europejskie programy pomocowe chwilowo zapobiegły więc podniesieniu poziomu bezrobocia, natomiast w USA maju wyniosło ono 13,3 procent, co oznacza że od marca do maja przybyło w Stanach kilkadziesiąt milionów bezrobotnych. To fatalny wskaźnik, ale czy beznadziejny?

– W gruncie rzeczy, sytuacja widziana z perspektywy przedsiębiorców zawsze jest niepewna i każda firma, od rodzinnych interesów po wielkie korporacje, liczy się z ryzykiem różnych zdarzeńkomentuje Krzysztof Sadecki, analityk biznesowy. Okoliczności w których znaleźliśmy się obecnie są po prostu nowe, więc chociaż zawsze spodziewamy się najgorszego, nie jesteśmy w stanie przewidzieć rozwoju wypadków ze stuprocentową pewnością. To z kolei oznacza że decyzje podejmowane w kwietniu i w maju przyniosą skutki, które mogą zmienić ogląd sytuacji w perspektywie dwóch-trzech miesięcy. Trzeba też zwrócić uwagę na to, że żaden ekonomista po opracowaniu rozwiązania, czy strategii nie spoczywa na laurach i nie traci zainteresowania sytuacją, tylko monitoruje skutki swoich pomysłów i opracowuje nowe. Od początku było wiadomo, że nie są to optymalne rozwiązania a wdrażane pod wpływem chwili – czyli pod ogromną presją – będą krótkoterminowe, i będą mieć wpływ na kondycję gospodarek, dlatego nikt nie pozostawił sytuacji by rozwijała się bez kontroli. Ponieważ różne metody wywołują różne skutki, wymiana doświadczeń między ekonomistami pozwoli opracować kolejne. A to oznacza, że wszystkie katastrofalne prognozy są tak naprawdę mniej uzasadnione, niż się w tej chwili wydaje.

Jak konkretnie wyglądają te katastrofalne prognozy?

W Europie w przyszłym roku pracę może stracić 20 procent osób objętych w tej chwili rządowymi programami. Ponieważ mówimy o ryzyku dotyczącym 9 milionów pracowników, konieczne są dodatkowe inicjatywy pomocowe, szczególnie dla sektorów najbardziej dotkniętych ograniczeniami, czyli transportu, budownictwa i hotelarstwa. Jednym z pomysłów jest skrócenie czasu pracy, które pozwoli tylko opóźnić masowe zwolnienia. Firmy pracowałyby krócej, a rządy zwracały część utraconych dochodów.

W Europie Zachodniej zombie-jobs stanowią około 6 procent rynku pracy, który będzie się musiał przeorganizować dla zagospodarowania tego potencjału, który wykluczony z obiegu ekonomicznego zacznie się po prostu degenerowaćkontynuuje Sadecki. Pojawi się tu problem, ponieważ pracownicy będą woleli pozostawać tam, gdzie ich stanowiska i dochody są chronione dotacjami, zamiast przechodzić do nowych sektorów zatrudnienia (związanych według prognoz z IT i ochroną zdrowia) i mierzyć się z nowymi okolicznościami. To z kolei będzie wymagać zmiany polityki związanej z rynkiem pracy, między innymi nacisku na podnoszenie kwalifikacji i wsparcia pośrednictwa pracy dopłatami do wynagrodzeń. Koniecznie też trzeba będzie kontynuować programy subsydiowania nowych pracowników, zwłaszcza młodych, przechodzących właśnie ze szkół do firm.

A co możemy powiedzieć o Polsce?

Firmy wciąż wstrzymują rekrutację pracowników, a liczba nowych ofert pracy w agencjach i urzędach spadła łącznie o 60 procent. Wynika to z przewidywania, że gdy skończy się rządowa kroplówka bezrobocie gwałtownie skoczy w górę, a zatrudnienie może stracić około miliona osób. Problem w tym, że tak naprawdę to dopiero początek możliwego kryzysu ekonomicznego. Jeśli państwo nadal będzie dopłacać przedsiębiorcom by utrzymali zatrudnienie – wzrośnie dług finansów publicznych. Jeśli przestanie, to wraz ze wzrostem bezrobocia spadnie popyt, bo przy niepewnej przyszłości gospodarstwa domowe ograniczają konsumpcję. Rozwój krajowej ekonomii zostanie zablokowany na co najmniej dwa lata, co oznacza że do poziomu sprzed pandemii zaczniemy powracać w 2023 roku. Czy analiza takich faktów nie każe przewidywać katastrofy ekonomicznej?

– Przede wszystkim zmienia się sposób pracy, a tylko to już poważnie zmienia postać rynku pracy do kształtu z jakim analitycy wcześniej się nie spotykali, nie można więc twierdzić że ich przewidywania na pewno będą trafneuspokaja Krzysztof Sadecki. Okazuje się, że można zmodyfikować polską kulturę pracy i nawyki związane z dyscypliną wewnętrzną firm, i efektywnie pracować zdalnie co zmieniło podejście przedsiębiorców do stylu pracy. Co więcej, nawet po powrocie do gospodarczej równowagi w wielu miejscach taka sytuacja się utrzyma, bo wielu pracowników nie będzie już nigdy codziennie dojeżdżać do firmy, a potem będzie szukać wyłącznie takiego zajęcia, jakie pozwoli im właśnie na pracę zdalną. W dużych miastach stratami zostaje więc dotknięty rynek nieruchomości; pracownicy rezygnują z wynajmu mieszkań i pokoi, swoje zadania wykonują pracując w rodzinnych miejscowościach. Dodatkowymi okolicznościami, które rzadziej się bierze pod uwagę są inflacja, związane z lockdownem zadłużenie rządów wszystkich państw i obniżka stóp procentowych, która pozwoli dogodniej to zadłużenie obsługiwać. Ponieważ stopy procentowe w połączeniu z inflacją spowodują, że kredyt bankowy w chwili spłacenia będzie wart mniej, niż w chwili zaciągnięcia, z poważnymi kłopotami liczy się też rynek usług finansowych. Owszem, banki dbające o swoje interesy będą mniej skore do pożyczania pieniędzy, których kursu nie da się przewidzieć ale wiedząc, że to podstawa ich bytu możemy być pewni, że zrobią wszystko by ta sytuacja się zmieniła. Reasumując, żadna branża, ani żaden sektor rynku nie jest pozostawiony samemu sobie ponieważ gospodarka jest systemem naczyń połączonych i aby utrzymać odpowiedni poziom, środki muszą krążyć. Po raz kolejny możemy zobaczyć, jak pandemia zmienia nie tyle nasze położenie, ile relacje społeczno-gospodarcze na takie, dzięki którym uda się ten kryzys zażegnać.

***

Informacja redakcji:

Wszelkie prawa do tekstu zastrzeżone dla pana Krzysztofa Sadeckiego, wyłączenie licencji CC 4.0.

One thought on “Zombie Jobs – czyli koronawirus na rynku pracy

  • 18 września 2020 o 09:08
    Permalink

    Rzeczywiście, zagrożenia są duże.

    No i ta niepewność …

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.