Paradygmat rozwoju

Zmieńmy narrację prowadzenia polityki zagranicznej skończmy z polityką pokrzykiwania!

 Kryzys polityki wschodniej Unii Europejskiej spowodował m.in. konieczność silnej refleksji i przeglądu prowadzonej przez nasz kraj polityki zagranicznej. Niestety dotychczasowe formy narracji w tym zakresie – to było połączenie amatorszczyzny, przypadkowości i akcyjności. Planowanie, wyznaczanie celów i dążenie do nich – dostępnymi metodami i środkami, jak również próby tworzenia nowych szans ich osiągania to coś, praktycznie niezrozumiałego w tej dziedzinie spraw publicznych naszego państwa. Uwaga – co jest bardzo ważne, to nie jest wina dyplomatów, ani nawet resortu, absolutnie nie – mówimy o polityce, czyli decyzjach politycznych wynikających (czy też raczej, które powinny wynikać), z różnego rodzaju kierunkowych decyzji państwa. Resort odpowiada za szczegóły realizacji polityki, ale to nie jest temat naszych rozważań, można to różnie oceniać, albo nie oceniać w ogóle. Winę ponoszą natomiast politycy, realnie zaangażowani w te procesy, jak również w nich decyzyjni. Dotyczy to trzech najważniejszych osób w państwie – prezydenta, premiera i ministra spraw zagranicznych, przy czym prezydent w tym zakresie jest jedynie dodatkiem do głównej osi decyzyjnej pochodzącej od premiera i jego ministra, to oni de facto przez lata decydowali o kształcie, kierunkach, retoryce i składowych naszej polityki zagranicznej.

Przy wszelkich wadach i błędach naszej polityki zagranicznej, których źródła wynikają z wielu dziedzin, w tym NIESTETY także z przyczyn, które możemy nazwać systemowymi, ale mającymi nadrzędny charakter nad naszą podmiotowością państwową – nie jesteśmy już suwerenni. W praktyce sprowadza się to zjawisko do tego, że na niektóre kwestie generalne i niestety często szczegółowe – nie mamy już wpływu, ponieważ dobrowolnie zrzekliśmy się części suwerenności przystępując do struktur zachodnich tj. Unii Europejskiej i NATO. W pierwszym przypadku bardziej formalnie, a w drugim – głównie funkcjonalnie, w wyniku czego nie mamy możliwości realizowania w pełni samodzielnej polityki zagranicznej. Dotyczy to zarówno kwestii czysto politycznych jak np. wybór generalny sojuszy i „wpływ” na kierunek ich zainteresowania jak również np. kwestii gospodarczych, które nas w znacznej części ograniczają, czyniąc bezskutecznymi stosunkowo niestandardowe starania o np. wejście na upragnione rynki itp.

O ile przed kryzysem na Wschodzie sensowny i pożądany był postulat prowadzenia polityki wschodniej przez Brukselę, to nasza absolutna porażka i obniżenie funkcjonalnej rangi państwa a sojuszach, połączone z obnażeniem absolutnej niesamodzielności i braku możliwości sprawczych powodują, że obecnie powinniśmy zmierzać w kierunku modyfikacji używanej retoryki. Ponieważ sytuacja stała się na tyle skomplikowana, że już wiemy, że dla Zachodu nie jesteśmy w pełni prawdziwym Zachodem, tylko co najwyżej jego buforem z aspiracjami, a dla Wschodu w ogóle właśnie przez złą retorykę nie jesteśmy partnerem, ponieważ po co mają rozmawiać z podmiotem zależnym, jeżeli mogą wszystko ustalić z podmiotami zarządzającymi? Naprawdę czasami nic nie szkodzi, spojrzeć na siebie – z drugiej strony, można wówczas bardzo łatwo, przy odrobinie krytycyzmu dostrzec skalę, miejsce i mieć pełniejszy ogląd sytuacji.

W praktyce więc, powinniśmy rozważyć dostosowanie narracji polityki zagranicznej do statusu podmiotu zależnego, z ograniczoną suwerennością, jakim jesteśmy postrzegani i jakim niestety jesteśmy w istniejącym układzie odniesień, oczywiście tym razem na własne życzenie, o co przecież przez lata zabiegaliśmy.

Nowa retoryka w praktyce musiałaby się sprowadzać do milczenia, jak również popierania stanowiska naszych silniejszych „partnerów”, wyznaczających trendy, cele i zadania. Nie można się samooszukiwać, wiele nie znaczymy i nic nie zwojujemy, widać właśnie jakie są skutki wielkich konstrukcji politycznych, jakie próbowaliśmy montować na Wschodzie! Nie istniejemy w tamtej układance, jest totalnie poza naszą właściwością i naszymi możliwościami – poza naszym zasięgiem, pozostały niezapłacone rachunki.

W konsekwencji należy postulować poszukiwanie nisz, w których moglibyśmy jeszcze realizować politykę zagraniczną z przymiotami państwa suwerennego? Być może polityka kulturalna w jakimś zakresie byłaby tu odpowiednim kierunkiem poszukiwania zaangażowania? Ewentualnie w jakimś zakresie polityka gospodarcza – poszukiwanie nowych rynków wymiany handlowej, ale w ograniczeniu do tych sektorów, w których nie stanowimy konkurencji dla naszych „partnerów”, ponieważ wszelkie próby rozwoju spotkałyby się natychmiast z zarzutami o niedozwolone formy pomocy publicznej (jak w przypadku stoczni).

Na pewno strategia niszy, jako wynik przyjęcia nowej retoryki, to jest skuteczny sposób na wyjście z obecnej sytuacji, w której nawet sam resort spraw zagranicznych jest niepotrzebny, ponieważ nie może realizować polityki, której po prostu nie prowadzimy. Wszelkie próby polityki, którą obecnie obserwujemy, a moglibyśmy ją zakwalifikować jako „politykę pokrzykiwania” – zwłaszcza na kierunku wschodnim, a na zachodnim analogicznie jako „politykę łaszenia się” – są skazane na szklany sufit niemożności powyżej pewnego poziomu aspiracji. Nie jesteśmy już brani do gry jako składowy element procesów wypracowywania polityk (o ile w ogóle tak naprawdę byliśmy)! Owszem, możemy brać udział w procesach podejmowania decyzji, ale głównie na zasadzie formalnego weta w strukturach, w których jesteśmy umocowani formalnie, jednakże – to by się bardzo szybko dla nas bardzo, ale to naprawdę bardzo źle skończyło.

Nowa narracja w polityce zagranicznej, przynajmniej ocaliłaby naszą godność, jeżeli oczywiście byłaby rozsądna i pragmatyczna. Miejmy nadzieję, że uda się pójść w tym kierunku, w końcu wiele spraw w naszym kraju opiera się na wierze, więc dlaczego nie mielibyśmy „być ufni”… Co nam pozostało? Przeraża brak alternatywy (w ramach przyjętego paradygmatu), w ogóle brak myślenia o alternatywie! Jeżeli nic nie zrobimy, to w kolejnej odsłonie kryzysu systemu zbiorowego bezpieczeństwa lub przy nowym rozdziale miejsc przy stole, wszystko co będziemy mogli, to najwyżej sobie “poszczekać”… Może jednak właśnie o to chodzi? O sprowadzenie naszej polityki zagranicznej do poziomu polityki poszczekiwania?

One Comment

  1. Jestem w silnym szoku, polityka szczekania to dobre określenie

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.