Kultura

Zimno i ciemno III

 Puk, puk…

To się musiało kiedyś przytrafić. Wcześniej czy później. Dziwnym, że tak rygorystyczna i niekiedy instytucjonalnie nawet bezduszna machina elektryczna dawała się niczym małe bezbronne dziecię bić w czambuko i nie dostrzegła wcześniej, że ktoś jej robi koło kieszeni podprowadzając bynajmniej nieskromny strumień prądu całkiem na lewo. Kryska na Matyska w końcu jednak przyszła i nasz cwaniaczek z ręką w nocniku przyłapan został. Dojna dotąd i potulna najwyraźniej niczego nieświadoma krowa dobrała mu się w końcu do tyłka.

Oj musiała owa chwila prawdy zaboleć. Dość, że nie zważając na jesienną aurę ze wszech miar akurat niesprzyjającą, bo to i wiatrzysko niemiłosierne i deszcze uporczywe a lodowate akurat przetaczały się po okolicy, coś się tam ruszyło i nasz oszuścik szemrany nagle za remont się zabrał. Pomyśleć by można że jakaś awaria się mu może przytrafiła. o inaczej dlaczegóżby akurat teraz przy takiej niesprzyjającej zimnawej i mokrej pogodzie. Tyle, że nagle ogromny bojler elektryczny poszedł się złomować. Może znudził się tylko? A po kilku dniach (a to oznacza kilka dni bez bojlerka, bez cieplusiej wody i to na progu zimy) w ścianie łazienki z niewielkiego otworu wyzierać począł fragment rury świadczącej wyraźnie, że od tej pory będzie się tam coś musiało spalać i przez tę rurę ulatniać.

Ciężkie dni dla naszego szczwanego wyliniałego liseczka nastały. Już sam remont, owo wyjęcie bojlera i wstawienie na jego miejsce pieca gazowego odczuć musiał aż nadto na własnej skórze. Gęsiej z zimna. Stąd pewnie ów pośpiech słyszalny całymi godzinami. Bo to i jeszcze gazownia się dołożyła ze swą usługą podprowadzając nowiuśkie, a pierwsze w tym mieszkaniu azowe swe przewody.

A potem zbliżać się zaczęły święta. Bliżej i bliżej i już tuż tuż. A tu ciemno. A tu nic. A tu żadnych ozdóbek tak przez wiele lat roztaczanych po swej przez chytrusa i naciągacza włości. Czyżby się komuś kpina świąteczna znudziła? Czasu zabrakło? Lampki tak przez lata skrzętnie gromadzone szlak jakichś trafił? No i nadeszła Wigilia. I pojawiła się w końcu, ale skromna dekoracyjka. Mizerna jak nie wiem co. W jednym oknie maleńka na szybie świetlista ledowa choineczka. Ot, takie maleńkie chuchereczko. Takie tycie. Tyciutkie. Tyciunie. Na drugim oknie takież samo. Też mizerota. Lewo to wypatrzeć można. Takie to małe. Drobniuchne. Na tarasie niedbale zarzucony wąż ledowy. I tylko jeden. Żadnego przepychu. Żadnego kłucia w oczy nadmiarem. Żadnego kapania bogactwem urojonym.

Nosił wilk razy kilka. A nosił obficie. Nanosił się po pachy. naznosił od kogo się dało. Nie pytając przy tym czy dają, lecz biorąc jawnie a częściej jeszcze po kryjomu. I chodu. Ponieśli w końcu i wilka. Zawsze się tak tu świeciło, błyszczało, tak jaśniało, po oczach gryzło swym bezsmakiem. A teraz ciemno. A teraz zimno. Na karku czuć lodowaty oddech wlepionej kary za wieloletnie ograbianie dostawcy elektryczności. Nie ma lekko. Nie ma zmiłuj. Prawda koniec końców na jaw wyjdzie. Powoli, bez pośpiechu dopadnie komu na uszach czapka gore. No i dopadła naszego energopodprowadzacza.

Dwaj panowie zapukali i nie po kolędzie bynajmniej

A odbyło się wszystko zwyczajnie, bez ekscesów. Po prostu przyszli dwaj panowie. Wieczorem. Po zmroku już dobrze było. Tak, że każdy kto w domu światło już sobie pozapalał gdzie chciał lub przynajmniej potrzebował. Upewniwszy się, że podejrzany adresat w domu jest, no bo skoro światło, to raczej ktoś jednak w domu jest, przyszli zapukali. Kto wie, może pod obserwację go sobie już wzięli, bo szli jak po swoje. Na cichca. W cywilkach. A może to i zorganizowana obława, bo okazało się, że nie on ów jedynym podbierającym prąd na osiedlu był. I raczej wiedzieli, kogo odwiedzać, kogo szukać, do kogo pukać i o co pytać. U innych bowiem tylko na moment się zatrzymać potrafili, sprawy nie zgłębiając i nie zadając zbytecznych nawet pytań. A wszystko po cichu, spokojnie, kulturalnie, rzecznie, nieomal z uśmiechem na ustach.

Zmrok zapadł. Światła ludzie sobie pozapalali. Ktoś dzwoni. Trzeba do drzwi. Zobaczyć kto zacz. Dopiero, jak i m drzwi otworzył, wyjaśnili kim są i po co. Ale wówczas już za późno było. Nic zresztą ukrycie lewej instalacji by nie dało. Oni nie w ciemię bici. Wystarczy po prostu zliczyć urządzenia elektryczne i średni z nich pobór. I już samo to ukazuje ogromną wręcz dysproporcję między domniemanym, a faktycznym za prąd rachunkiem. Jak się już ich wpuści, to nie ma zmiłuj. Nic nie ukryjesz. Niczego nie zataisz. W końcu spece. Od złodziejaszków i naciągaczy. Od lewizn i przekrętów.

Było minęło. Teraz ciemno w oknach. Teraz chłód na nieogrzewanych schodach. I bynajmniej wewnątrz nie panoszy się już jak dawniej domowe ciepełko. A to dopiero początek. Bo przecież niedługo przyjdą pierwsze rachunki za gaz. I trzeba będzie płacić. I na bieżąco. I karę za lewe podprowadzanie też. Tego mu nie podarują. A zima dotąd wyrozumiała nagle sobie o nas przypominać poczęła i temperaturami już ujemnymi się z rana wita i nocą szronem na oknach gości. Grzać trzeba. Płacić w końcu zacząć będzie też trzeba.

Ot taka współczesna opowieść wigilijna. Na biednego nie trafiło. Swego się nakradł. Zresztą opowieść wróbli w okolicy głosi, że nie tylko od elektrowni prądu. Ale to już zupełnie inna historia. Ani na niewinnego. Ani niesprawiedliwie. Wręcz powiedziałbym wyrozumiale, miłosierdzie. Bo jakby te dziesiątki lat podliczyć wstecz, od momentu gdy to się zaczęło (a my wszyscy musieliśmy te brakujące sumy przez cały ten czas u oszusta owego pokrywać z naszej niezawinionej kieszeni), oj to nie wiem czy starczyłoby zlicytowanie samochodu i tego skromnego mieszkania, dyby miało być sprawiedliwie i adekwatnie. Oj, chyba nie… Tak więc i tak mu się upiekło i skończyło na natarciu uszu i przekłuciu iluzji, które z taką starannością lata całe budował wokół siebie siejąc kłamstwa i intrygi.

Verba latebat XII

2011-03-25
Poznań

nie mogę uciec dalej niż
poza granicę obojętności
nie mogę skryć się bardziej
niż pod osłonę milczenia

wszystko to po to
by serce mogło trwać
choć chwilę bez trwożliwego bicia
przerażonego tym co stać się może

jesteś tak bliska
lecz nawet nie mogę
dotknąć cię swą dłonią

nie łączy nas nic
dzielą nas nawet noce
zawsze osobne
dzieli nas nawet stół
od którego zawsze przeganiasz
dzieli nas słowo
twoje tylko rani swym krzykiem
moje już tylko milczy z rozpaczy

Adam Gabriel Grzelązka

Każdy ma swoje piwo, które całe życie sobie bezmyślnie, choć z premedytacją ważył, aż do momentu, w którym mu przychodzi je wypić. Prawda jak oliwa, gdy czas jej nadejdzie, ku powierzchni podąża i w oczy kłuje. Szkoda tylko wszystkich tych poranionych, gdzieś po drodze oszukanych, poniżonych, wyśmianych, zlekceważonych. Żal wszystkich tych, którym taka kanalia przez te wszystkie lata życie zatruwała dla swej niepohamowanej chamskiej przyjemności. O ileż lżej by nam się żyło bez takich sąsiadów.

(część 3 z 3).

Poznań, 2014.12.27
Autor: Adam Gabriel Grzelązka

2 komentarze

  1. No i tak elektryczność trafiła (zawitała) do poezji …

  2. inicjator_wzrostu

    Wspaniałe, chociaż trochę smutne spostrzeżenia.
    Pozdrawiam CIEPŁO AUTORA!
    Więcej optymizmu – idzie wiosna!

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.