Ekonomia

Zbliża się koniec kryzysu?

 Czy globalny kryzys zapoczątkowany na rynku subprime amerykańskich papierów wartościowych został już opanowany, rozpracowany i lekcja nie poszła na marne? Polityka poluzowania ilościowego – skupowania długu przez Rezerwę Federalną pomogła gospodarce na tyle, że wszyscy, którzy bali się strat są syci i zaczynają wydawać pieniądze? Czy amerykańska klasa średnia zaczyna się odradzać, częściowo oddłużona, częściowo zdolna do zmiany przyzwyczajeń? Czy amerykańskie firmy zaczynają z większym przekonaniem inwestować we własnym kraju – oferując miejsca pracy dla Amerykanów, a nie wszystko wysyłać za Ocean? Innymi słowy, czy spokojna i unikająca ostrych spięć polityka gospodarcza Baracka Obamy zaczyna przynosić rezultaty i największą gospodarkę świata czeka ożywienie i wzrost – dający się odczuć w przełożeniu na zamożność zwykłych obywateli?

Trudno ocenić po wskaźnikach, jak również po nastrojach na amerykańskiej giełdzie, nie jest jednak tajemnicą dla nikogo, że np. największe amerykańskie firmy – trzymają dosłownie góry gotówki – gotowe do błyskotliwych przejęć i inwestycji za setki miliardów dolarów.

Dodatkowo administracja zaczęła oszczędzać, chociażby na wojsku, co ma to przełożenie, że w dłuższej perspektywie czasowej – pieniądze, które zostałyby wystrzelane w Afganistanie posłużą do wsparcia opieki zdrowotnej dla najbiedniejszych amerykanów, rozdawnictwa żywności, czy też wsparcia dla kredytów hipotecznych. Całość spowoduje, że w amerykańskiej gospodarce więcej pieniądza zacznie krążyć szybciej i gęściej – przysparzając realnego dochodu! W konsekwencji przełoży się to na większe wpływy podatkowe i odkorkuje tamtejsze samorządy i rząd federalny, na to jednak potrzeba oczywiście troszkę czasu.

Nie bez znaczenia jest także aspekt energetyczny. USA są w przededniu rewolucji energetycznej spowodowanej przez dostępność do w zasadzie niewyczerpywanych w ciągu życia tego i następnego pokolenia złóż kluczowych surowców energetycznych. Amerykańska ropa i gaz ze źródeł niekonwencjonalnych – spowodują, że ten kraj uwolni u siebie olbrzymie strumienie gotówki, dotychczas pompowane do Wenezueli, państw Zatoki Perskiej i innych bogatych w ropę i gaz.

Wszystko to spowoduje jakąś presję inflacyjną, albowiem nawarstwienie się wydatków – takową spowodować musi, w przeciwieństwie do sytuacji obecnej, gdzie każdy pieniądz natychmiast znikał z rynku, przez co stopy procentowe upadły w okolice zera lub są ujemne po uwzględnieniu inflacji, a ta także się nie podnosi, – bo wszystkie pieniądze znikają w przysłowiowych sejfach – spłacają długi i lądują na lokatach lub są inwestowane „bezpiecznie’, żeby zachować jakąkolwiek wartość.

Jeżeli pojawi się presja inflacyjna, to jej naturalnym towarzyszem będzie wzrost stóp procentowych, albowiem Amerykanie, a zwłaszcza ci bogaci – doskonale pamiętają sytuację z lat 70-tych, gdy inflacja w USA była dwucyfrowa! Nikt z tych ludzi nie pozwoli na powtórzenie się tego scenariusza, albowiem oznaczałoby to pożarcie ich fortun, często wystawionych na ekspozycję zakłóceń z różnego rodzaju mniejszych lub większych komplikacji na rynkach finansowych.

Moment, kiedy stopy procentowe zaczną rosnąć i zaczną przypominać poziomy sprzed kryzysu – będzie mógł zostać obwołany jego formalnym końcem. Zaczniemy wówczas liczyć czas na nowo, mając więcej pozytywnych nadziei niż obaw, jednakże problem długu nadal pozostanie – z tą różnicą, że obecnie wszyscy mają świadomość jego konsekwencji.

W przypadku USA, docelowo ich celem politycznym będzie niewielka kontrolowana inflacja, która jako procent składany umożliwi w przeciągu najbliższego 10-cio może 15-to lecia na obniżenie realnej wartości długu o kilkanaście procent, albowiem oferowane odsetki za stary dług będą nadal stosunkowo niskie, natomiast na nowy dług – rząd USA zawsze znajdzie nabywców i to po takich cenach (odsetkach), jakie sam wskaże, a nie, jakie podyktuje mu rynek. Przynajmniej do póki, uda mu się zachować wrażenie pełnej wypłacalności. Z czasem, z dochodów ze wzrostu – USA będą spłacały swój gigantyczny dług, w tym bezceremonialnie odkupując go poniżej wartości od państw, które akurat znajdą się w kryzysie – a takie się znajdą i będą to państwa z grupy BRICS, może nie wszystkie, ale dodatkowo Japonia będzie potrzebować dużo broni, – więc na pewno kupi ją w Ameryce. W ciągu 15 lat będzie to góra pieniędzy.

Państwa dotychczas zarabiające na Ameryce będą popadać w depresję – wraz ze wzrostem stóp procentowych w amerykańskiej gospodarce i uniezależnianiu się USA od importu ropy. Nie dostaną więcej za swoje amerykańskie obligacje, jak będą je chciały sprzedawać – to z dyskontem. Na tym zawsze zyskają Amerykanie, nawet, jeżeli wierzycielom uda się skutecznie znaczną ilość pozycji zamienić na Euro, co zresztą może doprowadzić do znacznego wzrostu wartości tej waluty.

To wszystko będzie się działo już teraz, będzie zauważalne – możliwe do monitorowania poprzez Internet. Możemy się tylko z tego cieszyć, albowiem wzrost w USA zawsze przełoży się na wzrost naszego tzn. europejskiego eksportu. Wówczas powoli kraj za krajem wszyscy zaczniemy wychodzić z tej smutnej depresji, jednakże to potrwa – 10 może 15 lat.

One Comment

  1. U nas jest inaczej. My dopiero w kryzys zaczynamy się ZANURZAĆ.
    Z uwagi na powszechnie panujące oczekiwanie, że KTOŚ nam pomoże, rządzący zajmować się będą nadal tylko eksploatacją urządzeń wodno-kanalizacyjnych, żeby nadal była ciepła woda …
    A tu trzeba aktywności.
    Prognozuję pogłębianie się kryzysu, włącznie z deflacją.
    Powstanie STAGFLACJA. Nikt nic nie kupi, bo będzie za drogie.
    Każdy skoncentruje się na coraz wyższych opłatach za CIEPŁĄ WODĘ.
    Bo system nie zmierza do poprawy efektywności, a Polska urzędnicza będzie się miała coraz lepiej.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.