Paradygmat rozwoju

Zbiorowe referendum – podejście systemowe do reform

 Od pewnego czasu w naszym kraju publicznie i to najczęściej w mediach słuchano-oglądanych, toczy się zażarta dyskusja w przedmiocie legalizacji, czy też jak kto woli depenalizacji prawa do posiadania i używania niewielkich ilości narkotyków. Nasze obecne prawo w tym względzie jest brutalne – zostało pomyślane jako wyjątkowo restrykcyjne i każdy, kto ma narkotyki, musi się liczyć z tym, że popełnia przestępstwo ze względu na sam fakt ich posiadania.

Nie ma przy tym znaczenia, czy świadomie, czy nieświadomie. Pod tym względem penalizacja narkotyków jest podobna do fikcji domniemania, że wszyscy mają w domach telewizory i oglądają na nich telewizję. Nasze państwo zdecydowało się na totalną walkę z narkotykami – są nielegalne i każdy kto je ma jest przestępcą.

Dla ukarania nie liczy się ilość narkotyków – liczy się statystyka wyroków, więc nastąpiło formalne zrównanie wytwórców, handlarzy (pośredników) i konsumentów. Wszyscy są wrogami państwa i podlegają pod przepisy karne, nie ma litości i wyjątków.

W związku z przeszukaniem mieszkania pewnej popularnej artystki, dla którego powodem było przesłanie paczki z narkotykami dla jej psa – w kraju podniósł się sprzeciw części przedstawicieli różnych środowisk, przeważnie elitarnych. Uważają one, że karanie za małą ilość narkotyków jest niecelowe, albowiem w świetle różnych ocen w Polsce kontakt z narkotykami ma około 2 mln ludzi – a aresztowanie takiego grona jest po prostu niemożliwe. Co więcej – do Sejmu dostała się partia/ruch społeczny, który na swoich sztandarach zupełnie jawnie wystawił hasło legalizacji tzw. miękkich narkotyków i depenalizacji posiadania małej ilości na własny użytek.

To prawdziwa rewolucja w myśleniu o tych sprawach w Polsce, gdyż dotychczas było inaczej, panowała zmowa milczenia i wręcz obowiązek „świętego oburzania się” na jakiekolwiek słowo w przedmiocie narkotyków. W tej kwestii jako społeczeństwo przez lata byliśmy wyjątkowo konserwatywni i niezdolni do słuchania jakichkolwiek wyjaśnień, np. o medycznym zastosowaniu marihuany, a jak stwierdzono w niektórych stanach USA jest to doskonały naturalny lek przeciwbólowy w niektórych chorobach.

Symptomatyczne jest i na co nikt nie zwraca uwagi, że dyskusja o narkotykach toczy się głównie wśród elit, których wypowiadający się przedstawiciele oraz relacjonujący te wypowiedzi dziennikarze – bardzo często przyznają się, że „kiedyś”, jak to oczywiście było legalne, albo „za granicą”, w kraju gdzie to ciągle jest legalne – zapalili „skręta”. Właśnie ten aspekt osobistych doświadczeń z narkotykami osób wypowiadających się na tematy z nimi związane jest najciekawszy, gdyż w przeważającej większości – osoby, które są po drugiej stronie sporu, przeciwstawiający się narkotykom, przeważnie nigdy nie potwierdzają jakichkolwiek osobistych doświadczeń z nimi.

Co to oznacza? Spór jest pozorny, albowiem z jednej strony „za” narkotykami są osoby, które same ich spróbowały, być może spróbowałyby ponownie, a „przeciw” – są osoby, które ich nigdy nie przyjmowały, nie chcą przyjmować i na pewno nie będą. Takie rozmowy nie mają sensu, albowiem obrońcy moralności zawsze znajdą swoje racje do udowodnienia swojej słuszności, natomiast zwolennicy podejścia liberalnego – zawsze są w stanie obalić zasadność każdego zakazu chociażby takim argumentem, że w przypadku narkotyków – istnieje potężny czarny rynek, a jeżeli ktoś chce kupować miękkie legalnie – wystarczy, że pojedzie do Czech lub Holandii.

Konsekwencję braku poważnej dyskusji stanowi nierozwiązywalny problem, który w swojej istocie jest pozorny, bo można go łatwo ominąć. To znaczy – zwolennicy narkotyków mogą je kupić na czarnym rynku nielegalnie, a przeciwnicy mogą problemu nie zauważać ciesząc się z formalnej ostrości prawa w tej dziedzinie. Całość przypomina mechanizm społecznego zakłamania w sprawie tzw. kompromisu aborcyjnego. Jest to zatem kolejny dowód na to, że Polacy nie potrafią ze sobą rozmawiać i nie wiedzą, w jaki sposób zmieniać swoją rzeczywistość w ten sposób, żeby zmiany zmniejszały ilość dostrzeganych publicznie problemów.

Jeżeli zatem politycy nie są w stanie osiągnąć żadnego kompromisu, a w zasadzie nie są w stanie ze sobą w ogóle na poważnie na ważne tematy rozmawiać, – choć warto zwrócić uwagę, że w naszym przypadku jakiekolwiek zliberalizowanie istniejącego prawa będzie sukcesem zwolenników depenalizacji posiadania narkotyków w niewielkich ilościach, to należy zapytać o zdanie społeczeństwo. Pamiętajmy, że elity nie są wiarygodne w prowadzonej dyskusji, ponieważ same przeważnie albo próbowały, albo są totalnie nieprzejednane w kwestii narkotyków jako materializacji zła.

Zatem warto się zastanowić nad, w którym społeczeństwo otrzymalibyśmy pakiet pytań – upoważniających władze publiczne do reform, a zarazem wskazujących kierunek myślenia dla całej wyjałowionej sceny politycznej.

Proste pytania:

–  czy jesteś za depenalizacją posiadania małych ilości narkotyków?

–  czy jesteś za zezwoleniem na przerywanie ciąży do tego i tego tygodnia?

– czy jesteś za współfinansowaniem In vitro w taki a taki sposób?

– czy jesteś za legalizacją związków par tych samej płci?

– czy jesteś za legalizacją wielożeństwa?

– czy jesteś za zakazem finansowania kościoła z pieniędzy publicznych?

– czy jesteś za budową „pomnika smoleńskiego”? itd.

Kilkanaście najgłębiej dzielących społeczeństwo pytań, odebrałoby politykom powody do prowadzenia jałowych dyskusji przez kolejne lata. W znacznej mierze zlikwidowałoby wielki, a w istocie pozorny narodowy spór o nic i pozwoliło krajowi normalnie funkcjonować, przynajmniej dostosowywać się do wyzwań globalizacji! Można w ten sposób ułatwić wprowadzenie potężnego pakietu reform (np. służby zdrowia i szereg innych – podchodzących pod pytania), opierając się na rezultatach  referendalnych.

Wskazana koncepcja dążenia do rozstrzygnięcia poprzez referendum jest uzasadniona, albowiem nasz obecny spór polityczny jest w bardzo wysokim stopniu zasadniczy i oderwany od codziennej rzeczywistości.

Odpowiedź tak/nie – na większość pytań stawianych przez partie polityczne to najczęściej całkowita odpowiedź na jakiej im zależy. Oczywiście – przygotowując pytania do referendum nasi politycy prawdopodobnie zarzuciliby sobie kłamstwo, zaprzaństwo, ślepotę, „służbę Moskwie” i „bycie pieseczkiem pani z Berlina”, nie wspominając już o całym zakresie innych możliwych inwektyw – a i samo referendum stałoby się istotą sporu politycznego, ale może właśnie to pomogłoby przełamać zaklęty krąg w jakim się znaleźliśmy?

Może rząd – podkreślmy, jakikolwiek – ten lub każdy następny, nie bałby się tak jak obecny wprowadzać zmian, albowiem posiadałby legitymację demokratyczną w postaci odpowiedzi suwerena – w zasadniczych, kierunkowych kwestiach. W sumie zebrałoby się kilkanaście może dwadzieścia kilka pytań, rozwiązujących szereg pozornych i rzeczywistych problemów (np. finansowanie Kościołów, lekcje religii w szkołach itp.).

Oczywiście odrębną kwestią byłoby przygotowanie społeczeństwa do takiego referendum. Zakładając, że można by je przeprowadzić wraz z wyborami w 2015 roku do parlamentu krajowego – byłyby to zarazem epokowe pytania o Polskę, stanowiące w praktyce program rządów (i zarazem pole minowe) dla zwycięskiej partii lub koalicji.

Czy na tak radykalne rozwiązanie zdecydują się nasze dzisiejsze elity – nastawione już chyba tylko na uzyskanie odpowiednio wysokich świadczeń emerytalnych z naszych podatków? Przecież na dobrą sprawę to nikomu nie zależy na tym, żeby Narodowi się poprawiło, albowiem nie o to tutaj chodzi żeby wszystkim było dobrze. Wystarczy przecież, że jest dobrze dla tych, którym wystarcza. Reszta musi sobie jakoś dawać radę i zginać karki.

3 komentarze

  1. Wierny_czytelnik

    to bardzo konstruktywna propozycja, prawdopodobnie rząd mógłby się nad czymś takim pochylić bo miałby legitymację do działania nawet w zakresie kwestii niepopularnych i nie do przeprowadzenia przez sejm, a jakby któryś z posłów zagłosował przeciwnie do woli narodu… to naród takiego rozliczy

  2. Nie zgadzam się z @Wiernym_czytelnikiem CAŁKOWICIE!
    Autor chyba ze Szwajcarii przybył? To nie u nas!
    PO pierwsze, nasze referenda nie mogą chyba obejmować tylu spraw.
    Po drugie, wyniki nie wiążą władzy państwowej, są tylko dla niej WSKAZÓWKĄ, a ONI przecież wiedzą co dla Narodu lepsze.
    PO trzecie: musiały by być poczynione zmiany w Konstytucji RP, bo taka ilość pytań musiałaby nazywać się Narodowym Sondażem Opinii Publicznej (NSOP), nie referendum.
    Po czwarte, pozbawiliby się CZĘŚCI WŁADZY, gdyby to zadziałało.
    Po postu POSŁOWIE i SENATOROWIE oraz wyłaniany przez nich rząd – byliby mniej POTRZEBNI.
    Chociaż z drugiej strony, byłby to sposób na przełamanie rządzącego Polską DUOPOLU dwóch partii (gdzie jedna wygrywa strasząc Naród tą drugą), bez konieczności zmiany ordynacji na Jednomandatowe Okręgi Wyborcze.
    Tym samym można by przybliżyć się do zrębów SPOŁECZEŃSTWA OBYWATELSKIEGO, którego obecnie w Polsce – nie mamy.
    Niezbęny do tego KAPITAŁ SPOŁECZNY mógłby pojawić się w wyniku działania mechanizmów NSOP, o ile miałby (od pewnego progu frekwencyjnego) – moc USTAWODAWCZĄ.
    Ale na razie to są tylko GDYBANIA.
    Taka gdybologia.
    Ale dobre i to …

    • Po co gdybac, uprzec sie i doprowadzic w drodze petycji do zmiany konstytucji i wprowadzeniu wiazacego rzad i sejm referendum i spoleczenstwa obywatelskiego …. uwaga, wtedy tez sa rozne klopoty i niespidzianki …gdyz opinie publiczna sie “urabia” i to bardzo rozmaitymi metodami, ale piczucia , ze obywatele biora czynny udzial w zarzadzaniu panstwem przemienia tego obyeatela, staje sie on z czasem odpiwiedzialnym gospodarzem !!!!

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

nineteen + 5 =