Zbiórki żywności – symbol niemocy państwa polskiego

Ostatnio modnym stało się sprzeciwianie przeciwko różnego rodzaju istotnym wydarzeniom, do których przywykło nasze społeczeństwo. Organizowane są cyklicznie, przez organizacje pozarządowe, media nadają im znaczny rozgłos, w wydarzenia angażują się osoby publiczne – w wyniku, czego liczne przedsięwzięcia odnotowują sukces, jednakże czasami są one symbolem niemocy państwa, jego nie działania lub wręcz pozostawienia ludzi sam na sam z problemami codzienności, wręcz z biedą i głodem. To bardzo smutne, ale nie można pozostać obojętnym wobec akcji, które jako atrapy mają zapełnić dziurę, jaką pozostawia po sobie gospodarka rynkowa (podobno społeczna), a w ostateczności zastąpić państwo. Serce każe współuczestniczyć, natomiast rozsądek podpowiada, że mamy do czynienia z zabawą elit w dokarmianie wygłodzonych Polskich dzieci, albowiem elity wolą od czasu do czasu wrzucić kilka kilogramów ryżu do kontenera, – czyli dać przysłowiową „rybę” zamiast podzielić się bogactwem i dać ludziom „wędkę”. Co jest szczególnie ciekawe w przypadku niektórych akcji „społecznych”, elity namawiają zwykłych ludzi do dzielenia się w istocie własną biedą z jeszcze biedniejszymi. Wynika to z prostego przelicznika – dla kogoś, kto miesięcznie zarabia 1.500 zł kupienie kilku kilogramów mąki, cukru i makaronu to o wiele większy wysiłek niż kupienie tego samego dla kogoś, kto posiada dochody na poziomie 15.000 zł. Nie można oczywiście wyrokować, że bogaci dają tyle samo, co biedni, jednakże problem polega na tym, że tego typu różnymi akcjami podziału majątku i jego wtórnego rozdawnictwa – nie osiąga się żadnych trwałych rezultatów, poza chwilowym zaistnieniem w mediach i owszem – jednorazowym wsparciem potrzebujących.

Sprzeciwiajmy się akcji zbiórki żywności lansowanej przez premiera z małżonką! Nie, dlatego, bo jest ona zła, wręcz przeciwnie to szczytny cel i doskonały pomysł, albowiem w naszym kraju istnieje problem głodu, o którym się generalnie nie mówi i już nawet takie akcje są potrzebne. Jednakże udział premiera rządu, który sprzeciwił się wprowadzeniu podatku od transakcji finansowych, który nie zamierza wprowadzić trzeciego progu podatkowego dla pławiących się w luksusie i bogactwie – to, co najmniej lekkie nadużycie. Nie można systemowo przeciwstawiać się społecznemu rozdawnictwu dla potrzebujących, ideałom solidarności, partycypacji, adekwatności udziału w kosztach – a od święta robić szopkę dobroczynną razem z żoną – poprzez wkładanie nawet bardzo wielu produktów doskonałej, jakości do kontenera na żywność dla ubogich! Nie tego należy się spodziewać po premierze, który rządzi już drugą kadencję! Gdyby pan Donald Tusk myślał systemowo o zlikwidowaniu problemu głodu, biedy i ubóstwa w Polsce, to by to już osiągnął przez ten czas, w jakim rządzi. Wiadomo, że nie w pełni, albowiem całkowite zlikwidowanie tego typu zjawiska w systemie feudalno-kapitalistycznym jest niemożliwe. Jednakże przy pomocy konsekwentnej polityki socjalnej udałoby się wypracować mechanizmy, dzięki którym tego typu akcje moglibyśmy sobie odpuścić, albo organizować je dla Polaków za granicą, ewentualnie ludzi z innych krajów o mniej żyznej ziemi niż nasza.

Powtórzmy, wielka chwała panu premierowi i jego uroczej małżonce za to, że poświęcili swój czas i przekazali zakupy dla potrzeb osób ubogich. Jednakże ten sam premier, mógł odpowiednią legislacją spowodować, że od każdej złotówki sprzedaży w sklepach z żywnością – sprzedawca byłby zobowiązany przekazywać specjalny podatek – oczywiście doliczany do rachunku kupującego (albowiem nie ma nic za darmo), a być może w części odliczyć to od swojego podatku i np. 1-2% czyli 1 lub 2 grosze od każdej złotówki sprzedaży żywności a np. 5 % czyli 5 gr od każdej złotówki napojów alkoholowych przeznaczać na konto, z którego fundusz lub powołana organizacja zajmowałaby się kupowaniem hurtowo i magazynowaniem – polskiej żywności, a następnie rozdawnictwem po jakimś czasie jej nadwyżek tracących datę ważności w danym roku. W ten prosty sposób stworzono by mechanizm umożliwiający odkładanie około 2-3% łącznej ilości produktów konsumpcyjnych w ciągu roku, co przy założeniu, że kupowano by produkty podstawowe o długim okresie trwałości średnio 3 lat – w krótkim czasie udałoby się w kraju spowodować zgromadzenie zapasów około 6-10% zapasów żywności o przedłużonym spożyciu, która w ujęciu generalnym wystarczyłaby dla społeczeństwa na wypadek wojny lub klęski na około miesiąc. To, co traciłoby na ważności w danym roku – obowiązkowo na 12 lub 6 miesięcy przed utratą ważności – byłoby rozdawane dla osób potrzebujących – na podstawie komputerowej ewidencji. To tak, żeby nie było prosto! Mianowicie, każdy mieszkający w Polsce, w tym osoby bezdomne mógłby ubiegać się w pomocy społecznej o specjalną kartę – numer – ewentualnie ewidencję za pomocą odcisku palca – na podstawie, której, mógłby w miesiącach zimowych, co tydzień w punkcie obrony cywilnej, obrony terytorialnej, magazynie żywności, pomocy społecznej w gminie – czy też w uprawnionych organizacjach pozarządowych – odebrać przysługującą mu ilość żywności, alternatywnie skorzystać z ekwiwalentu w punktach żywienia i dożywiania zbiorowego.

W ten prosty sposób udałoby się stworzyć rezerwy strategiczne żywności, zapewnić żywność dla potrzebujących, albowiem, jeżeli co roku rozdawano by około 2-3% rocznego zasobu sprzedawanej u nas żywności, to proszę sobie wyobrazić, o jakiej masie ryżu, mąki, cukru, makaronu, konserw i innego rodzaju produktów o przedłużonej trwałości mówimy. Wszystko kupowane po cenach hurtowych ze specjalną zniżką – albowiem ze względu na ilość – producentowi opłacałoby się to z nawiązką – o odpowiedniej, jakości i dla każdego pod dostatkiem.

Powyższy model wymagałby jedynie dopracowania systemu przechowywania takiej żywności, jej ewidencjonowania i rozdawnictwa, tak żeby uniknąć normalnego przy masowości marnotrawstwa. Czegoś takiego należałoby oczekiwać po premierze, którzy rządzi już szósty rok naszym państwem! A nie, – co prawda wielkiego serca, ale tylko włożenia trzech toreb z własnoręcznie zakupioną żywnością do pojemnika! Powtórzmy jednak ponownie – absolutnie nie krytykujemy pana premiera i jego małżonki za to okazanie dobroci, albowiem dali wspaniały przykład postawy obywatelskiej i chrześcijańskiej, jednakże naprawdę – jak na opisanym modelu powyżej można akurat od tego pana oczekiwać więcej. Nasze państwo nie może być w ciągłej niemocy organizacyjnej – wystarczy dobra organizacja, komputery, kody kreskowe, odpowiednia struktura i mamy nową, jakość – bez upokarzającego zbierania w poczuciu spełniania szczytnego obowiązku! Kilkoma paczkami makaronu nie nakarmimy wszystkich głodnych! Nawet, jeżeli osobiście wkładają je ręce pana premiera i jego sympatycznej małżonki!

Reasumując – chwała panu premierowi i jego żonie za wielkie serce, ale zarazem szkoda, że zmarnował tyle czasu, w którym rządzi i nie zrobił nic systemowego w sprawie likwidacji głodu.

2 komentarze do “Zbiórki żywności – symbol niemocy państwa polskiego

  • 16 lutego 2013 o 09:46
    Permalink

    To co robi Premier to czysty populizm i zabieganie o PR.
    Rozumiem że te praktyczne propozycje organizacji zbierania żywności przez @krakauera, ale to tylko projekt.
    Dalsza dyskusja jest potrzebna i niech się rozpocznie.
    Potrzebne są również zmiany systemowe w dbaniu o biednych i będących na marginesie.
    Tylko do tego trzeba wrażliwej na wykluczenia lewicy. A lewicę to mamy, tylko kawiorowo-JAGUAROWĄ, więc kto ma to poprowadzić?
    Ruch Palikota? Wolne żarty – przecież oni głosowali za podniesieniem wieku emerytalnego do 67 lat, a teraz walczą o legalizację marihuany!
    Zatem będzie jak jest, czyli populistycznie.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.