Zawsze na wygnaniu II

Byle nie na łasce własnych dzieci…

Mijały lata i znaczyły jej twarz i postać swoim piętnem. Zdrowie stopniowo podupadało. Niedołężność nieodłączną częścią jest starości. A to się potłukła, a to rękę złamała. Dzieciaki, jak to dzieciaki. Dorośli ludzie. Własne problemy. Własne życie. Nieczęste odwiedziny. Sporadyczne. Przeplatane kłótniami. A tymczasem matka wymagała coraz większej opieki. Postanowiono: dom zostanie sprzedany.

Opierała się sąsiadka. Nie chciała. Rozpaczała. W końcu jednak dzieciaki ją przekonały. Mamo tak trzeba. Zamieszkasz u nas. Będziemy się tobą zajmować. Będzie ci z nami dobrze. Będziesz blisko nas. A tu co, sama jesteś, nikt ci nie pomoże, jakby co nie daj Boże, to jeszcze nie zdążymy na czas. No i sprzedali. Majątek został rozdzielony. Każde z nich wzięło sobie przypadającą kwotę w udziale. A myśmy zyskali nowego sąsiada. Sąsiadka zaczęła nowy etap życia.

Tylko co zrobić z matką. Tu zaczęły się schody. Mieszkanie z matką pod jednym dachem okazało się niełatwe. Relacje okazały się lekko mówiąc niezdrowe, toksyczne. Zaczęła się gehenna ciągłych przeprowadzek. A to trochę mieszkała u syna. A to trochę u córki. I wszędzie źle. I jej było z nimi źle. I im z nią. A lata leciały. A wiek ma swoje prawo do niepełnosprawności, do niedołężności. Do starczych dziwactw. Zaczęły się przepychanki, kto kiedy i jak długo ma matkę u siebie trzymać. Coraz częstsze przeprowadzki od jednego do drugiego dziecka. Coraz krótsze pobyty. Coraz gęściejsza atmosfera. Coraz więcej przykrości, niechęci, poniżeni a.

Doszło do tego, że wypędzano ją do parku na dnie całe. Byleby w domu nie siedziała. Bo stara. Bo śmierdzi. Bo rządzi się po swojemu. Bo przeszkadza. Do garów zagląda. Brudzi. Po swojemu przestawia. Prawdy w tym z pewnością nieco być mogło i musiało. No ale w końcu to przecież matka. Ale co tam matka. Zaraz tam matka. No i co z tego, że matka. Byle z oczu. Byle się najmniej stykać, najmniej troszczyć, najmniej opiekować. Coraz bardziej solą w oku, coraz bardziej kulą u nogi się stawała dzieciom swoim. A w parku jak to w parku. Głodno, chłodno, czasem słońce, czasem deszcz.

Póki mogła, przyjeżdżała do nas. Przyjeżdżała często. Siedziała długo. Bardzo długo. A potem szybki powrót. Byleby się nie wydało, gdzie była i jak długo. A gdy przyjeżdżała, płakała i narzekała. Opowiadała zatrważające historie o tym, jak była traktowana. Jak lekceważona. Jak popychana. Jak pobita kilkakroć przez córkę. Syn zresztą nie lepiej ją taktował.

Nikt już matki nie chciał. O pieniądzach słychu ni wid. Wzięły rozeszły się. A matka została. Już bez wartości. Już bez grosza przy duszy. Co najwyżej można skubać emeryturkę. Stara, chora, śmierdząca, niepotrzebna, niedołężna. Zawadza tylko coraz bardziej. Postanowiono: dom starców. No i matki się pozbyto. Bo tak wygodniej. Bo tak można, a co tam. Niech inni się martwią. Niech inni się zajmują. Niechaj inni się poświęcają. I wtedy dzieciom ulżyło. Kamień z serca. Smród z domu. Forsy tylko szkoda, ale co tam. Matka z domu, dzieciom lżej.

Dom starców – wypędzenie ostateczne

Już i czasu więcej, już i przestrzeni więcej. Kłopotów mniej. Fakt, pieniędzy mniej. Ale co tam. Trochę szkoda. Ale trudno. No jednak szkoda. Mówi się trudno. Byleby tylko matką się nie zajmować. Już się nie plącze, nie zawadza, nie pośmierguje po kątach. A jak się zachce, to zawsze można na 5 minut wpaść i odwiedzić. Byle nie za długo, bo i po co, bo i na co. No, może trochę kasy skubnąć jeszcze. Choć parę groszy, ale jednak.

I tak staruszeczka zamieszkała na kolejnym swym wypędzeniu. Wypędzeniu przymusowym. Wypędzeniu zgotowanym jej przez najbliższych. Najbliższych, a tak bardzo najdalszych. Z początku odwiedzali. Nawet często. Ale w sumie to po co. Po co się zaangażować. Po co tracić czas. Coraz zatem rzadziej i krócej. Coraz bardziej byle jakie te odwiedziny. Czas cenny, po cóż na matkę go marnować? Po co słuchać jej starczego bełkotu?

A sąsiadka? Póki mogła, póki zdrowie i siły pozwalały – przyjeżdżała do babci nadal. Na ile się dało, na ile wypuścili. Czasem w strachu, aby się dzieci nie dowiedziały. Przyjeżdżała i opowiadała. Przyjeżdżała i narzekała. Przyjeżdżała i wypłakiwała się.

Potem nie miała już sił. Babcia ją kilka razy odwiedziła. Raz byłem z nią i ja. W tym ośrodku. W tym miejscu zesłania. Łzy, rozpacz. Znaczy sąsiadki, bo ośrodek sam w sobie był w porządku. Był jako tako. Ale wiadomo, to zawsze jednak tylko instytucja. Nie własny dom. Nie najbliżsi, ale obcy ludzie. Zresztą bliżsi niż własne dzieci.

W końcu żywot się dokonał. Odeszła. Już nie na wygnanie, lecz do domu swego. Do rodziców swych. Do siostry swojej. W objęcia kochającego Boga.

Na starość

2013-02-25
Poznań

nie wiesz nigdy
co cię czeka
jaki los ci zapisany
jaki los tobie zgotowany

czy troska najbliższych
ciepły kąt opieka w słabości

a może w kącie ty szarym
mebel stary niepotrzebny
zawada u nogi kula

zupa piąty dzień z rzędu ta sama
kwaśna już nieco chleb czerstwy
nie do pogryzienia zębów resztką
ze stołu okruchy
z obiadu odpady

i pytanie nieme w oczach
kiedy no kiedy ty stary
kiedy umrzeć w końcu zamierzasz

Adam Gabriel Grzelązka

Taki jeden sen

Jest jeszcze jedna z sąsiadką ową historia warta przytoczenia. Mamy schyłek lat siedemdziesiątych. Zmarł papież Jan Paweł I. Zaczęło się konklawe. Miałem wówczas siedem lat. Ledwo zacząłem chodzić do szkoły. Ale pamiętam to, jakby sprawa działa się właśnie teraz, właśnie dziś, właśnie dopiero co. Otóż przychodzi do nas dnia jednego nasza owa sąsiadka i opowiada, że sen miała. Snów swoją drogą miała wiele i wiele o nich opowiadała. Ale ten był inny. Nie o niej, nie o wojnie, nie o przeszłości. Nie koszmar. Nie sen na nieszczęście. Ten inny. Ten odmienny. A co w nim było? Otóż…

Po niebie chodził staruszek. Siwiutki, podgarbiony. A chodził za pługiem. Orał Orał niebo. Przeorywał chmury. Przewracał skiby na drugą stronę. A chodził w długiej białej sukmanie. Taki był ten sen. O tym był. W przeddzień go opowiedziała. Drugiego dnia bowiem, po tym jak nam go streściła, wiadomość przecudowna poraziła całą Polskę: Polak Papieżem. Jan Paweł II – Karol Wojtyła. Ona go w tym śnie wyśniła. Ona go nam tym snem zapowiedziała. Ten jeden sen tylko z jej snów opowiadanych pamiętam. Bo i sen szczególny i czas szczególny. Najpierw sen, potem Papież nowy. Sen proroczy. Sen natchniony.

Pamiętam, że po wyborze Papieża jakiś bardzo długi rymowany, wielozwrotkowy wiersz ułożyła. Miała głowę do wierszy układania. Nie wiem, czy je kiedykolwiek zapisywała. No, może tylko tak na chwilę, do nauczenia siego na pamięć. Miała sąsiadka ta nasza niebywałą łatwość do rymowanek. Niejeden wiersz powstał za jej życia i nam go deklamowała. Szkoda, ze żaden się nie zachował, że żadnego nie pamiętam już teraz. Ale wtedy byłem jeszcze dzieciakiem. Nie pociągało mnie to, nudziło, odpychało. Stroniłem od nazbyt namolnej sąsiadki. Miałem soje samotnicze życie dzieciacze.

A szkoda w sumie. Teraz pewnie bym do tego inaczej podszedł. Teraz, gdy ja sam wierszopisaniem się zajmuję, wiem jak trudną sprawą jest rymowanie. Trzeba mieć niebywałe wyczucie muzyczne, by rymów nie sczęstochowić, by je utrzymać w wysokim tonie. I nie umiem. I nie wychodzi mi. A ona ot tak, jak z rękawa. Od ręki. Z pamięci. Na bieżąco. Jedynie to „na bieżąco, od ręki” mi wychodzi. Zawsze, wszędzie przy każdej okazji, jeśli trzeba jakiś wiersz jestem w stanie wykreślić. Niekiedy całkiem udany. Czasem po prostu wierszyczek, który dopiero po oszlifowaniu zabłyśnie. Ot, taka łatwość słowa. Rodzinna. Ojciec też to miał, chociaż nie w wierszach to ujawniał, ale w gawędach. Miał, jak to mówią, gadane. Mnie to z czasem przyszło. A potem, potem to już praca własna nad tym, rozwijanie talentów.

Poznań, 2.02.2013
Autor: Adam Gabriel Grzelązka

One thought on “Zawsze na wygnaniu II

  • 24 marca 2013 o 09:41
    Permalink

    Bardzo wzruszający i przejmujący tekst.
    Pozdrawiam @Autora serdecznie.
    Jeszcze nie wszyscy schamieliśmy i nie obrośliśmy grubą skórą – doszczętnie!

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.