Polityka

Zarys scenariusza relacji po upadku Unii Europejskiej

 Wiele się mówi o upadku Unii Europejskiej, przez jakieś półtorej roku był to bardzo modny temat, chętnie lansowany zwłaszcza przez dziennikarzy i tzw. autorytety, których pensje miały na banknotach podobiznę pana Franklina. Wiele dały transatlantyckie think tanki i ośrodki wpływu żeby osłabić Euro, a jeszcze bardziej żeby osłabić samą ideę Euro. Cel prawie został osiągnięty, jednakże udało się opanować panikę i zarówno Euro jak i Unia Europejska mają się nieco lepiej, a perspektywy są jasno określone, kwestią dyskusyjną jest jedynie wola polityczna na rzecz integracji. Zastanówmy się jednak jak mógłby w uproszczeniu wyglądać scenariusz upadku Unii Europejskiej oraz – co jest o wiele ważniejsze, jak wyglądałyby relacje pomiędzy krajami dotychczas korzystającymi z dobrodziejstw Wspólnoty.

Sam scenariusz upadku jest banalny, po prostu kraje przestałyby przestrzegać zobowiązań traktatowych – stawiając kontrole graniczne, w tym celne – powstrzymując swobodę wymiany ludzi, kapitałów i towarów. Przestałyby płynąć środki unijne z Brukseli, upadłoby znaczenie Komisji Europejskiej, jako organu w jakiejś mierze dyscyplinującego rządy. Po jakimś czasie wypowiedziano by traktaty, jednakże nie śpieszono by się do tego z powodów formalnych. Państwa posiadające Euro – wprowadziłyby własną konkurencyjną walutę, ewentualnie banderolując dotychczasowe banknoty, – czym zalegalizowano by powrót do walut narodowych. Przy czym jest możliwe, że Euro utrzymałoby się pomiędzy kilkoma krajami o ile pozwoliliby na to Niemcy – nie banderolując swoich banknotów.

To, co nastąpiłoby później to byłaby prawdziwa orgia retrospekcji. Kontrole na granicach, wprowadzenie taryf celnych, ograniczenia dewizowe, ograniczenia w przepływie i kontrola przepływu kapitału, zakazy importu części towarów, itp. Równolegle doszłoby do wysunięcia wzajemnych roszczeń przez poszczególne państwa, które zaprzestałyby wpłat do budżetu w Brukseli (każdy kraj płaci składkę). Państwa wpłacające netto – zaczęłyby domagać się zwrotu części wypłat od krajów korzystających z pomocy. Tego typu problemami zajmowalibyśmy się i żyli przez rok lub dwa, a w międzyczasie gospodarka europejska doszłaby do nowej równowagi powodując zmianę ceny walut poszczególnych krajów. Niemcy nie uniknęliby aprecjacji, natomiast takie kraje jak Francja, Włochy, Wielka Brytania, Hiszpania oraz Polska – na całego prowadziłyby politykę deprecjacji, jednakże do pewnego poziomu, który możemy określić poziomem ujawnienia nędzy społecznej. Chodziłoby oczywiście o wspieranie eksportu i wytworzenie przewagi handlowej, jednakże w istocie zyskałyby na tym tylko gospodarki produkujące dobra innowacyjne – stale znajdujące nabywców. Cała reszta w miarę ubożenia w wyniku deprecjacji – produkowałaby i kupowała coraz mniej, pogrążając się w niemocy nabywczej. Byłaby to spirala prowadząca prosto w dół do przepaści – upadku ekonomicznego poszczególnych społeczeństw i bankructwa państw – czegoś podobnego do sytuacji Polski w 1988 roku.

Jak wyglądałyby relacje pomiędzy państwami – po ustaleniu się nowego-starego porządku? Ci, co pamiętają czasy wyjazdów do Berlina Zachodniego – mają doskonałe porównanie, albowiem rzeczywistość wyglądałaby właśnie jakoś tak – podobnie do tamtego okresu. Nałożylibyśmy na gospodarki i siłą rzeczy na społeczeństwa kaganiec kontroli uniemożliwiający bezpośredni dostęp. Spowodowałoby to odrodzenie się niektórych gałęzi przemysłu w poszczególnych krajach i stymulację rozwoju rolnictwa, jednakże miałoby to koszmarnie śmieszny charakter autarkiczny. W naszym przypadku – tutaj postawimy bardzo kontrowersyjną tezę, – ale moglibyśmy na tym w średnim okresie czasu bardzo zyskać, jeżeli udałoby się nam doprowadzić do rozsądnych warunków wymiany handlowej z Niemcami, które siłą rzeczy przestawiłyby gospodarkę na eksport do Rosji, USA i zwłaszcza na Daleki Wschód – uniezależniając się na ile się da od partnerów europejskich. Jednakże dla nas byłaby szansa na podwykonawstwo, to znaczy na współpracę z Niemcami – tym razem już jawnie na ich warunkach, jednakże opłacającą się dwustronnie, albowiem mielibyśmy do czynienia tylko z realnymi przepływami – „coś za coś”, a nie jakimiś wyimaginowanym mechanizmem funduszy unijnych – teoretycznie „znikąd”.

Prawdopodobnie w perspektywie długookresowej – poszczególne kraje silnie by wygrały a inne silnie przegrały na nowym podziale gospodarczym i politycznym Europy. Nasz problem polega na tym, że jeżeli stawalibyśmy się barierą w kontaktach pomiędzy Niemcami a Federacją Rosyjską, to oba te wielkie kraje mogłyby zrealizować scenariusz wojny gospodarczej z Polską, jaki znamy z lat 20-tych XX wieku. Wówczas Polska nie miała prawie żadnej wymiany gospodarczej z Niemcami i żadnej ze Związkiem Socjalistycznych Republik Radzieckich. Tak oczywiście także da się rozwijać, jednakże zdecydowanie poniżej posiadanego potencjału, albowiem chcąc handlować musielibyśmy być dla środkowych, północnych, zachodnich i południowych europejczyków o wiele bardziej konkurencyjni od Niemców, natomiast w przypadku Rosjan, – jeżeli ci zastosowaliby wymianę barterową, to prawie na pewno nie mielibyśmy w ogóle wejścia na niektóre rynki z naszymi wyrobami. Wymusiłoby to próbę wejścia na rynki globalne, jednakże kraj stale rozwijałby się poniżej potencjału, co powodowałoby kolejną presję na emigrację – albowiem wielu Polaków nie miałoby dla siebie perspektyw.

Z czasem, rozsądniejsze kraje zauważyłyby, że całość na nowo podzielonej Europy jest jeszcze mniej efektywna niż za tak jawnie krytykowanej dominacji Brukseli i rzekomego dyktatu jej oligarchicznej administracji. Po prostu empirycznie sprawdzono by, że bardziej opłaca się utrzymywać Wspólnotę, nawet, jeżeli część jej energii idzie w głupoty lub jest po prostu marnotrawiona niż cały system wymuszonej izolacji na różnych płaszczyznach. Wówczas nastąpiłaby ponowna reintegracja kontynentu, co jednakże zajęłoby sporo czasu, albowiem działoby się to na zupełnie nowych warunkach, w których kraje najsilniejsze jak Niemcy zaczęłyby stawiać realne i konkretne warunki zamiast dawać pieniądze w ciemno. Oznaczałoby to powstanie Unii pragmatyzmu i realizacji interesów, która niekoniecznie byłaby Unią lepszą od obecnej, ale z pewnością byłaby to Unia inna niż ta, którą dzisiaj znamy.

Upraszczając – myślenie kategoriami wspólnych wartości zastąpiono by myśleniem w kategoriach interesu wspólnego, jako mniejszego zła a potem być może z czasem, jako wspólnych korzyści (wartości dodanej). Do tego dodano by odrobinę kulturowej papki, która ładnie przykryłaby bezideowość całości i twardo egzekwowałoby narodowe interesy – dbając zarazem o to, żeby wszyscy widzieli korzyści i koszty z rozwoju integracji, albowiem tylko w ten sposób można by legitymizować potrzebę współpracy.

Z naszej narodowej perspektywy byłaby to tragedia polegająca na upadku dotychczasowego systemu sojuszy i powiązań gospodarczych, którym zawierzyliśmy cały swój dobrobyt i całą swoją nadzieję na rozwój. W przypadku zwycięstwa populistów lub co gorsza partii o charakterze narodowym – doświadczylibyśmy jakiegoś scenariusza budowy własnej strefy wpływów, co oznaczałoby dla nas to, co zawsze, czyli starcie się z interesami Federacji Rosyjskiej i Niemiec. Jeżeli w realizację wdrożono by scenariusz twardy, to wówczas nie udałoby się nie uniknąć jakiejś konfrontacji. Cała nadzieja w zachowaniu status quo byłaby wpatrzona w USA, które niekoniecznie kwapiłyby się do interwencji a nawet wspierania – państwa, które nie ma prawa istnieć przy agresywnym nastawieniu dwóch głównych sąsiadów, zresztą wielkich partnerów handlowych. Dlatego w znaczeniu politycznym raczej byśmy walczyli o przetrwanie niż myśleli o umacnianiu własnego kraju i rozwoju cywilizacyjnym.

2 komentarze

  1. Stach Głąbiński

    Gdyby można było skłonić eurosceptyków do zastanowienia się …

  2. Nakreślony scenariusz celowo jest fatalistyczny by pójść drogą politycznej sazagłady !Rozwój cywilizacyjny to nie tylko technika ale człowiek !

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.