Kultura

Zamglony mój świat III

 Od niekompetencji po obojętność i lodowaty chłód

Przyjeżdżamy. W to inne miejsce. Do filii. Może tutaj to, czego nie było tam. Może znajdzie się jakieś rozwiązanie. Skoro nie da się inaczej, trzeba sprawdzić osobiście. Przecież firma ta sama. Powszechnie znana. Renomowana. Nie może przecież być gorzej. Co najwyżej będzie to samo, co i tam. Bo i czemu miałoby być inaczej, skoro to filia tej samej firmy. Te same standardy. Te same wystroje. Te same procedury.

W poprzedniej filii zastraszeni pracownicy próbowali przynajmniej być mili i pomocni. Wypadało to nieco słabo. Strachu ukryć nie potrafili. Kompetencje mieli jakieś takie mizerne. A może po prostu koniec dnia, wiec zużyci, wypluci, ledwo na nogach się trzymający, na oparach sił. Byleby do zamknięcia już tylko. Tym bardziej, że ciągle w biegu. Tym bardziej, że trzeba ponad normę, że trzeba lepiej niż inni. Bo jak nie – to na bruk. Bo jak nie – to za pysk i won.

Jakby mało było kłopotów, zimno wiatr i śnieg pada. Brrr… Wchodzimy. Czekamy. Nikt się nami nie interesuje za bardzo. Niby nieco klientów. Niby wszyscy zajęci. Ale przechodząc pomimo można przecież zagadnąć, poprosić o cierpliwość, zaproponować zaczekanie, że jak tylko, że gdy tylko ktoś, to podejdzie do nas ten czy inny. Ale nie. Jak powietrze. Każdy zapatrzony we własny nos, własne zadanie i ślepy na otoczenie. Nieobecny. A czas płynie. A czas staje się niecierpliwy. I ta niecierpliwość i mnie się udziela.

Słowem powitano nas chłodno. W końcu sami kogoś zaczepiamy. Oschła rozmowa. Jakby na odczepnego. Nic nie załatwimy. Są tylko sprzedawcy, brak optometry. Nici z kontaktów. I tak nie ma. Gorzej niż w poprzedniej filii. Co dalej? Na miejscu i tak nic nie ma. Trzeba by czekać. Ile? Tego nam już nikt nie powiedział. Wiec co – wracać tam? Już za późno. Tam już nieczynne. Najwyżej jutro po południu znowu. Tyle, ze jutro to oczy mi potrzebne, a popołudniem nie mogę absolutnie. Czas zajęty. Ważne spotkanie.

Niedaleko jest inna znana firma. Znana z niedawnych telewizyjnych reklam. Niedaleko, więc podjeżdżamy, szukamy i wchodzimy. O ile poprzednio przyjęto nas chłodno i oschle, o tyle tutaj wręcz lodowato i opryskliwie. Na zasadzie: pozbyć się niewygodnego. Na zasadzie: radź sobie sam, w niczym nie pomożemy, nijak nie doradzimy. Zniżki sięgające tylu lat ile się ma zdecydowanie odradzam. Na tym kliencie nie zarobimy – temu klientowi już dziękujemy. A won mi tu stąd. Poszedł. No już. Czego jeszcze chce. Czego jeszcze pyta. Nie widzi, że mile widziany to nie jest? Niesmak. Duży niesmak. Nigdy więcej z nimi do czynienia. Oby nigdy więcej już.

Poprowadź mnie przez świat

2013-03-22
Poznań

za rękę weź pod ramię poprowadź
opowiedz czego nie widzą oczy me

gdzie sam nie dotrę ty zaprowadź
tobie ufam wiodą mnie oczy twe

mów do mnie mów nie przerywaj słów
wtedy wiem gdzieś ty wiedzie mnie głos twój

nie złość się nie obnażaj złości kłów
w twych rękach dziś cały los jest mój

zdany jestem na twą łaskę na twój gest
poprowadź mnie z tobą wszędzie mogę iść

Adam Gabriel Grzelązka

Spotkanie z cieniami

Wracamy do domu niczego nie załatwiwszy. Trzeba się przemęczyć. Może jutro. Łatwo nie będzie. Tym bardziej, że jutro muszę na spotkanie. A spotkanie ważne. A na spotkaniu nie być nie mogę. Co prawda ktoś po mnie podjechał, potem odwiózł. Ale i tak mocno niekomfortowo toczyć rozmowę z kilkoma osobami, które się jedynie słyszy i które najlepiej postrzega się w ruchu. Gdy zastygają nikną jakoś w swych rozmytych konturach. Ale trudno. Trzeba dać radę. Trzeba pozgadywać nieco i tyle. Poudawać. Dziwne wrażenie. Jakby sią z cieniami rozmawiało. Realnymi dopiero w głosie i dotyku.

Co alej? Decyzja niełatwa, ale w sumie przestaje mi się spieszyć. W środę w wiadomym mi miejscu jest lekarz okulista. I jest niedrogo. Już tam kiedyś i dobrze wspominam. Jedziemy tam rano. Wybieramy oprawki.

Ciekawa sprawa. Dostaję niezgorszą zniżkę od drogawych, choć mimo to jednych z tańszych oprawek. Ile zatem mają na tym badziestwie przebitki, skoro obniżka niczego sobie? Podobnie ze szkłami. Albo tanie, ale za to bardzo ciężkie szkła. Takie jabolki. Takie denka słoiczne. Albo nieco lżejsze i wygodniejsze plastiki, ale znacznie droższe. Pada propozycja droższego modelu, bardziej wycienionego w cenie tego najtańszego. Znów to samo. Różnica cen spora, zniżka znacząca. A przecież bynajmniej nikt na tym nie traci. Zatem przebitki lichwiarskie. W sumie ile kosztuje to to? Połowę, trzecią, piątą część ceny oficjalnej? Jeszcze mniej? Po prostu kokosowy interes.

Zbliża się najtrudniejszy moment. Zostaję sam. Czekam na lekarkę. Przyjeżdża spóźniona.. Korki. Zima. Śnieg. Ciężko dojechać. Badania. Nie jest źle. Nieznacznie tylko silniejsze niż poprzednio, dwa lata temu. Rozmowa o tym i owym. Dopasowywanie. Warianty – lepiej tak, a może tak. Nie ma różnicy, to lepiej ten nieco słabszy wariant. Sympatycznie, merytorycznie, fachowo.

Największe zaskoczenie to termin wykonania: tylko dwa dni. Nie dwa tygodnie, nie dziesięć dni, nawet nie około tygodnia. Dwa dni. Jedyna radosna wiadomość przy nieprzyjemnie wysokiej opłacie za zestaw ocznych protez. Przynajmniej już wkrótce będzie ok. Świat znów powróci do codziennych ram spostrzegania.

Tymczasem trzeba wrócić. Samemu. Włos się jeży na myśl samą. Panika siedzi w kieszeni i chichocze w najlepsze. Ale trzeba. Wyjścia nie ma. Muszę. Strategia jest prosta. Ostrożnie wyjść, nie zwalić się po schodach, skręcić w prawo. Spróbować przejść przez ulicę. Najprostsza metoda – podłączyć się pod kogoś. Iść za kimś. Łatwiej dostrzec bliski ruch, niż nawet bardzo bliski kontur. A im dalej, tym kontur bardziej plamowaty. Zdać się na mimowolnego przewodnika i mieć nadzieję, że będzie przechodził prawidłowo. Że gdzieś nie skręci nieprzewidzianie. Że poprowadzi wystarczająco daleko. Potem to już prosto. Jakoś da się radę. Będzie łatwiej. Tylko te przejścia. Będą jeszcze dwa. Bez świateł. Poboczne uliczki. Ale jednak coś na nich być może. A tu hałas od głównej, więc się niczego nie usłyszy ani nie dostrzeże. Dopóki nie wjedzie na. Dopóki sienie wlezie pod. Potem brama, przez podwórzec i znów przejście. Tu gorzej. Tu bywa ruch. Taki znienacka, zza zakrętu, taki na ostatnią chwilę zauważenia. A jak wyskoczy, to nie zdoła się nawet zatrzymać. Normalnie zawsze tu trzeba uważnie, a co dopiero w takiej sytuacji jak teraz. A tymczasem nikogo. Trzeba zaryzykować. Może się uda. Uff… Udało się. Cały i zdrów.

Dalej już łatwo. Przystanek. Jeden jedyny numer. Podjedzie, to wsiąść. Policzyć przystanki. O tej porze duży ruch, więc staje na każdym, więc na szczęście żadnego nie pomija, wiec rachunek się zgadza. Wysiadka. Łatwo i szybko, a teraz prosto do domu. Uff… Znów bezpiecznie. Można odsapnąć. Opada napięcie. Panika powoli wycofuje się w głąb umysłu.

Niezłe ćwiczenie na orientację w przestrzeni. Z tą akurat sobie niezgorzej radzę. O ile oczywiście ją widzę. Przestrzeń znaczy. Tym razem poprzeczka była naprawdę wysoko, bowiem przestrzeni, otoczenia bardziej trzeba się domyślać niż być go pewnym. Zatem pamiętać. Zatem sobie ją przypominać.

Również niezłe ćwiczenie w zaufaniu. We własne siły i w Bożą Opatrzność. Że skoro ja niewiele widzę, widzę niewyraźnie i nie bardzo wiem, co właściwie widzę, to Anioł Stróż da radę i poprowadzi. Byleby mu zaufać. Byleby mu zawierzyć. Byleby wsłuchać się w jego podszepty. W końcu od tego Anioł Stróż jest. Jest na co dzień. Jest przy każdym. Ale pozostaje bezmocny, jeśli w niego nie wierzyć. Pozostaje bezradny, jeśli go nie słuchać. Jeśli ktoś nie praktykuje na co dzień słuchania Boga, może nie być łatwo. Wyzwanie wiary. Wyzwanie zaufania. Wyzwanie zawierzenia.

Poznań, 22.03.2013
Autor: Adam Gabriel Grzelązka

One Comment

  1. Wierny_czytelnik

    Pięknie – nawet pan poeta wziął się za lewicującą myśl społeczną – gratulacje!

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

4 × 4 =