Wojskowość

Zakupy sprzętu wojskowego dla armii – logika przetargów politycznych

 Zakupy sprzętu wojskowego dla armii to drażliwy temat, ponieważ sprzęt wojskowy kosztuje a zarazem poważny problem polityczny i to wielokrotnie złożony, gdyż po pierwsze trzeba zdobyć pieniądze, po drugie wybrać oferenta, po trzecie zabezpieczyć offset (lub nie), po czwarte udokumentować dlaczego wybór był najlepszy, po piąte popatrzeć na sprawę z punktu widzenia interesów kraju (miejsca pracy), po szóste nie można się bezkrytycznie uzależniać od dostaw uzbrojenia. Punkty można wymieniać w nieskończoność, każdy powód jest dobry, żeby z pełną troską pochylać się nad problemami zakupów wojskowych.

Aktualnie nasz kraj ma przed sobą zakup około 70 śmigłowców uniwersalnych z wariantem dostosowania części egzemplarzy do kilku rodzajów zadań specjalistycznych. Potem chcemy kupić „tarczę” antyrakietową i przeciwlotniczą, tzn. rakiety i systemy ich naprowadzania, być może systemy rozpoznawcze oraz sposób zarządzania tego typu polem walki. Być może będziemy w stanie całość zintegrować sami, przejąć część produkcji części elementów a w konsekwencji na całości zaoszczędzić pieniądze. Potem być może czeka nas program pancerny zakładający zakupy nowego sprzętu i modernizację posiadanego oraz program zakupów dla marynarki wojennej, gdzie już wiadomo że bez modernizacji się nie obejdzie. Do tego jeszcze cały szereg pomniejszych programów oraz bieżące zakupy dla potrzeb operacyjnych np. wojsk specjalnych realizujących misje i szkolenia – ciągle potrzebne są zakupy nowych zabawek, ponieważ to wynika z samej idei posiadania wojsk specjalnych – muszą umieć użytkować najnowszy sprzęt.

Równolegle z ostatnią kastracją budżetu, jako konsekwencją manewru gospodarczego panów Tuska i Rostowskiego do mediów zaczęły przeciekać dziwne informacje dotyczące wojskowych zakupów uzbrojenia. Od dawna słyszymy, że offset za F-16 się nie udał, rzekomo Amerykanie się nie wywiązali ze wszystkich ustaleń, transporter kołowy Rosomak udało się zabezpieczyć licencyjnie, co jeżeliby się nie udało – byłoby totalnym skandalem, do tego pojawił się problem w postaci „dymiących” silników w pociskach Spike. A nad całością naszych problemów z zakupami uzbrojenia unosi się widmo lobbystów, tu lobbujących za samolotem transportowy, tam za dronami, pociskami, lufami do haubic (w których podobno pękają kadłuby) itd. Na szczycie tych dziwnych informacji prasowych są próby oddziaływania na kadry w MON – formułowanie oskarżeń, wobec najwyższego szczebla urzędników doradzających bezpośrednio ministrowi.

Całość sprawia wrażenie niezłego polskiego bagienka, w którym samoloty nie latają, pociski dymią a haubice nie mogą strzelać bo pękają im podwozia – a zła firma zbrojeniowa chce przejąć lepszą, tylko po to żeby się nią żywić przez jakiś czas. Naprawdę coraz bardziej ta opera mydlana zaczyna przypominać problem inwestycji drogowych, które nie udały się nawet w tych rzadkich fragmentach, w których je zbudowano – nie ma całości, nie ma koncepcji – nie przemyślano wszystkiego od góry w dół i z lewej strony w prawą. Niestety – ten zarzut chyba jest w przypadku zakupów wojskowych prawdziwy – nikt nad tym generalnie nie panuje, dokonywane zakupy mają charakter ad hoc, albo wynikają z dziwnie napisanych dokumentacji przetargowych, w wyniku których wygrywają zaskakujący producenci.

Nie będąc ekspertem wojskowym, posiłkując się jedynie niewielką wiedzą merytoryczną z popularnych czasopism tematycznych, jakimiś tam umiejętnościami analitycznymi oraz zdolnościami do logicznego myślenia – można zadać bardzo poważne pytanie – czy sprzęt wojskowy zaprojektowany i wyprodukowany dla naszych europejskich lub północno-amerykańskich partnerów – nie spełnia wysublimowanych standardów Wojska Polskiego? Uznając specyfikę naszego działania, klimat, standardy w różnych reżimach (materiały pędne i smary, łączność itd.) – przecież nie powinno stanowić problemu kupowanie sprzętu, który kupują Brytyjczycy, Francuzi, Holendrzy, Belgowie czy Niemcy! Może nasi przyjaciele Włosi wymagali od konstruktorów swoich okrętów wojennych takich udogodnień jak piec do pizzy – jednakże nawet jeżeli, to w czym nam to przeszkadza? Dlaczego mamy kupować inne niż europejskie lub amerykańskie uzbrojenie – sprawdzone i wykonane zgodnie z normami NATO? Przy czym jest oczywiste, że trzeba dalej kupować części eksploatacyjne i zamienne do sprzętu produkcji radzieckiej jak również nie stoi nic na przeszkodzie, żeby kupować sprzęt z poza NATO i Unii Europejskiej – jeżeli tylko jest on lepszy, ewentualnie stosunek uzyskiwanego uzysku do ceny jest tak opłacalny, że uzasadnia zakup.

To chyba cała filozofia dotycząca zakupów wojskowych w przetargach, które są realizowane w sposób polityczny a cierpi na tym armia i bezpieczeństwo państwa. Ostatecznym dowodem na prawdziwość możliwości kopiowania standardów jest to, że bez mrugnięcia okiem przejęliśmy od Niemców całe wyposażenie jednostki wojskowej posiadającej na stanie Leopardy! Przejęliśmy od Amerykanów dwie fregaty posiadające systemy pokładowe na „przysłowiowe karty perforowane” – nie działające, jak również cały szereg innego typu uzbrojenia – gdzie zawsze decyduje logika – za darmo, pół darmo to trzeba brać.

Nie ma żadnego uzasadnienia, żeby kombinować przy przetargach, a nawet pisać do nich jakiekolwiek wymagania poza dwoma – po pierwsze prawem do samodzielnych napraw i modernizacji sprzętu po okresie gwarancyjnym oraz jako kryterium decydującym – cenie. To wszystko, niczego więcej nie trzeba bo sprzęt spełniający wymagania armii Niemieckiej lub Holenderskiej – doskonale sprawdzi się u nas.

Poza tym, nie oszukujmy się – nie musimy kupować uzbrojenia, które jest dopiero projektowane przez wytwórców. W razie konfliktu zbrojnego w pełnej skali w obronie granic NATO zużyjemy wszystko co się da w góra trzy dni, nie będzie miało znaczenia czy coś ma kewlarową czy aluminiową korbkę. Będzie się liczyć przede wszystkim to, czy mamy w ogóle czym walczyć czy nie mamy.

Przy dotychczasowej linii zakupów – jak np. pilnie potrzebnego odrzutowego samolotu szkolnego, którego dalej nie ma a który może nie idealny, ale jest od ręki dostępny u naszych południowozachodnich sąsiadów – zbyt dużo nie nawojujemy.

One Comment

  1. 12-ty grzesznik

    Zakupy sprzętu to jedno, tylko kto będzie nim walczył?
    Wojsko Polskie nie jest już tym co było przed laty.
    To jest GRUPA PRACOWNIKÓW w MON, chodząca czasami w mundurach, szczególnie na uroczystości religijno-patriotyczne.
    Cenną myśl zamieścił @autor: kupić samoloty szkolno-bojowe od Czechów. Tylko czy zachodnie konsorcja jak np. BAE, na to pozwolą.
    Tak jak nie pozwolono nam zakupić Grippena od Szwedów przed laty.
    Gdyby było nas, naszych sąsiadów z Południa i Północy (POTOP wybaczamy!) stać na niezależne myślenie, to wszyscy lataliby teraz w Europie Środkowej na Grippenach.
    Warunek: Polska, Czechy i Węgry (z Austrią i Szwajcarią w tle) – partycypują w jego rozwoju.
    Tak się jednak nie stało.
    Wygrali silniejsi, a średniacy będą musieli się dostosować.
    My już nie mamy własnych lotniczych ośrodków badawczych i konstrukcyjnych, bo nic własnego nie produkujemy.
    Sens ich utrzymania jest wówczas, gdy zamierza się produkować własne samoloty i śmigłowce.
    Wszystko wyprzedano i zlikwidowano, więc musimy kupować to co nam zaoferują silniejsi.
    Amen.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.