Polityka

Zadziwiająco mało mówimy o wyborach w Niemczech

 Zadziwiająco mało, prawie wcale nic nie mówimy o wyborach u naszych zachodnich sąsiadów i przyjaciół – Niemców. To zadziwiające, jak mało uwagi w naszej przestrzeni publicznej jest poświęcane tym wyborom, analizie niemieckiej sceny politycznej, przedstawiania niemieckich liderów politycznych, programów ich partii oraz oczywiście brakuje jakiegoś relacjonowania tego jak tam przebiega dyskurs polityczny.

Uświadomienie sobie faktu, że prawie w ogóle u nas na poważnie się o Niemczech nie mówi skłania do o wiele ciekawszej analizy niż w istocie nudnego przetłumaczenia poglądów tamtejszych liderów, czy też przepisania tego co w mailach piszą niemieccy przyjaciele na temat swojej sytuacji wewnętrznej. Zdecydowanie bowiem od tego co się u nich dzieje, o wiele ciekawsze jest to dlaczego u nas się o nich nie mówi wcale, a jeżeli już to w kontekście minionej wojny lub miejsca pracy. To naprawdę fascynujące, bo wyrugowanie kwestii niemieckiej jest analogiczne zarówno w sferze naszej polityki, jak i dziennikarstwa jak również think tanków, z których najpoważniejszy – Instytut Zachodni jest cieniem samego siebie.

Dlaczego zatem w ogóle nie interesujemy się sprawami wewnątrz niemieckimi? Przecież to kto i mając jakie cele – rządzi tym krajem jest NAJWAŻNIEJSZE dla naszej polityki państwowo-zachowawczej w ogóle. Przyzwyczailiśmy się przez lata, że Niemcy to bardzo bogaci, bardzo pragmatyczni i przyjaźni nam sąsiedzi, którzy są żywotnie zainteresowani w umacnianiu naszej państwowości, dowodów do tego nie trzeba przedstawiać są widoczne prawie na każdym kroku. Nie mówi się u nas o tym, że w niemieckiej polityce wewnętrznej od zjednoczenia panuje konsensus co do priorytetu kontaktów z Polską, traktowaną jako zaplecze, bufor, hinterland i sposób na potwierdzenie przedawnienia moralnych win historycznych państwa niemieckiego. Przez cały ten okres z wyjątkiem jednej jedynej kwestii – bałtyckiego gazociągu – Berlin robił wszystko, żeby tylko Warszawa się do niego przekonała, albo milczał. Państwo niemieckie w niczym nam przez prawie ćwierć wieku nie zawiniło, nie przeszkodziło i nie działało przeciwko naszym państwowym lub narodowym interesom. To naprawdę wielkie szczęście i prawdziwy dowód na potwierdzenie ich intencji.

Prawdopodobnie w ten sposób, nasi niemieccy sąsiedzi i przyjaciele rozbroili naszą czujność, w tym znaczeniu, że traktujemy ich jako ścisłe zaplecze i realne oparcie polityczno-gospodarczo-wojskowe, którego w momencie kryzysu możemy być pewni. Polscy politycy, nawet jeżeli byli nazwijmy to „niemiecko-sceptyczni” z powodów historycznych, nic nie zrobili takiego, żeby okazać niewdzięczność, no może poza niepotrzebną wojną w Iraku, w której nasz udział wzbudził przerażenie – szeroką dyskusję publiczną, albowiem akurat pozyskaliśmy od Niemców duże partie broni i ich naprawdę realnie pacyfistyczne społeczeństwo nie było w stanie zrozumieć pryncypiów naszej polityki. Polska była wówczas określana koniem trojańskim USA w Europie, co Niemcy odebrali jako niewdzięczność Polaków, albowiem naprawdę się starają!

Przyjęcie do Unii Europejskiej bez niemieckiego poparcia i działania na rzecz ziszczenia się tego procesu – byłoby niemożliwe. To im zawdzięczamy to, że weszliśmy na takich samych zasadach jak wszyscy, tutaj Niemcy doskonale zgrali swój interes średniookresowy z naszym interesem długookresowym. Jesteśmy w Unii dzięki nim, korzystamy z ich hojności – otrzymując za darmo całą górę pieniędzy pod nazwą funduszy unijnych. Ich dominująca większość pochodzi od niemieckich podatników, którzy niestety w osobistych rozmowach nie rozumieją żartów doceniających ich poświęcenie. Liczy się natomiast to, że Niemcy płacą olbrzymie pieniądze za spełnienie europejskiego snu, co jest w naszym dobrze pojętym interesie, ale zależy tylko i wyłącznie od samych Niemców.

Niemiecka scena polityczna jest nadzwyczajnie specyficzna, dominują na niej dwie wielkie partie polityczne, odzwierciedlające swoją dynamiką i prezentowanymi poglądami rzeczywiste zapatrywania niemieckiego społeczeństwa na wszystkie kwestie organizowane i regulowane przez państwo. Podział mniej więcej jest banalny: jesteś bogaty, posiadasz własność dającą ci rentę kapitałową w jakimś wymiarze, masz konserwatywne poglądy, być może jesteś wierzący – CDU/CSU. Jeżeli głównie pracujesz, nie masz majątku który państwo i landy mogą solidnie i bezwzględnie – dokładnie zewidencjonować i opodatkować, głosujesz na SPD. Są jeszcze liberałowie, zieloni, oczywiście nacjonaliści – wyrażający margines poglądów niemieckiego społeczeństwa, ale mimo wszystko znajdujący poparcie. Do tego pojawiła się nowa partia – Alternatywa dla Niemiec, której hasła nawołują do skoncentrowania się na własnym dobrobycie, zaprzestaniu pomocy, czy też powrocie do Marki, jako waluty zamiast znienawidzonego powszechnie „teuro” (tak Niemcy przezywają Euro, co oznacza wprost – „drogo”) – wspaniałych lat dostatku i dobrobytu ery „republiki bońskiej” – całej epoki lat 80-tych, Kanclerza Helmuta Kohla – nie da się niczym zastąpić, chociaż dzisiejsza Angela Merkel jest przecież jego wierną uczennicą.

W niemieckiej polityce kwestia polska nie występuje, poza programem NPD, w którym znajdują się zapisy o potrzebie podpisania traktatu pokojowego z aliantami kończącego wojnę i rewizji granic – zgodnie z porządkiem międzynarodowym panującym w Europie. W świetle programów pozostałych partii – nasze relacje są traktowane jako NORMALNE (co jest naszym wielkim sukcesem), Polska jest postrzegana przez niemieckich polityków jako ważny i kluczowy dla ich bezpieczeństwa i biznesu partner, jednakże taki do którego trzeba podchodzić specyficznie, gdyż czasy rządów braci Kaczyńskich mocno zdziwiły część tamtejszego establishmentu. Mało kto z nich się spodziewał, że w Polsce nadal są żywe tak silne nastroje antyniemieckie, rozumiane jako połączenie chęci zemsty z nie do końca wiadomo czym. Dużą rolę odegrało tutaj niedorozumienie niemieckiego podejścia do kwestii upamiętnienia własnych cierpień i ofiar z okresu wojny, do czego mają pełne prawo i w czym powinniśmy im pomóc, zamiast zupełnie niepotrzebnie promować niszowych niemieckich polityków do rangi bariery pomiędzy dwoma krajami. Musimy pamiętać, że chociaż Niemcy – mało się interesują Polską, to jednak mają doskonałą pamięć, świetne ośrodki analityczne i przedstawicieli własnej prasy w Polsce – co jest już szczególnie interesujące, gdyż nasi korespondenci na zachodzie to dzisiaj rzadkość no i nie ta sama jakość co powinna być.

W nie istnieniu spraw niemieckich w naszej debacie politycznej na pewno dużą rolę odgrywa zupełne niezrozumienie tamtejszych spraw przez naszych polityków. Naprawdę każde polskie dziecko musi w szkole być uczone trzech języków – angielskiego, niemieckiego i rosyjskiego. Wówczas sprawy wzajemnego rozumienia się, postrzegania i dostrzegania spraw – ważnych w sposób nie urażający – byłoby łatwiejsze. Oczywiście bariera językowa nie jest tu problemem, bo Sejm, ministerstwa jak i liczne instytuty mogą bez najmniejszego problemu przygotować dowolną analizę spraw niemieckich, w tym bieżących – problem jest w percepcji. Nasza klasa polityczna jest skoncentrowana sama na sobie, nie jest w stanie przyglądać się sąsiadom i wnioskować o przyszłości relacji z nimi – ich dążeń, potrzeb i opcji strategicznych na podstawie ich wewnętrznych rozgrywek. O tym, że one są nie trzeba chyba nikomu tłumaczyć.

Dlaczego natomiast dziennikarze milczą? Może dlatego bo większość mainstreamu jest w rękach potężnych niemieckich koncernów medialnych? Może część dziennikarzy po prostu siedzi w kieszeni niemieckich think tanków, fundacji, stowarzyszeń – czyli białego wywiadu i woli na wszelki wypadek nic nie pisać, aż nie będzie wiadomo wyników z Berlina? Inaczej się tego nie da przecież w sposób racjonalny wytłumaczyć – oczywiście było kilka artykułów, jakieś wstawki w programach informacyjnych, ale to są głównie popłuczyny i zajawki. Nie ma analiz, nie ma nawet naiwnych przedruków. Pełen blamaż i porażka, dobrze że chociaż nie zabrakło informacji o Oktoberfest!

Ta cała sytuacja każe się nam mocno zastanowić nad ogólnym stanem naszej myśli strategicznej, albowiem nieobecność w niej komponentu zachodniego – w momencie jego największej wrażliwości – wystawia nam samym jak najgorszą opinię, w zasadzie sami wystawiamy się poza skalę jakiejkolwiek oceny. Oczywiście nikt tu nie sugeruje, żeby Polska próbowała wpływać na wynik wyborów w Niemczech poprzez działania zakulisowe, ale… warto mieć przynajmniej pozycje prasowe gwarantujące przychylność opinii publicznej do kwestii polskiej, no ale mniejsza z tym… Życzmy naszym niemieckim przyjaciołom mądrych wyborów, za siebie i za nas i za wspólną europejską przyszłość! Co nie może nam jednak zasłonić optyki Berlina, dla którego Unia Europejska jest jedynie środkiem do celu jakim jest własny dobrobyt, a dla nas niestety jest celem samym w sobie, gdyż warunkuje przede wszystkim nasze pokojowe istnienie. Ta różnica w optyce powoduje, że w relacjach strategicznych będziemy zawsze stroną słabszą, gdyż nasze główne pryncypia są przewidywalne.

3 komentarze

  1. Dyzio_marzyciel

    Nie mamy w Polsce, no może poza Kononowiczem, myślicieli strategicznych …

  2. Ide zrobic kupe

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.