Za dużo wodzów za mało Indian?

Porównywanie stanu osobowego naszej armii do szczepu Indian ma jeden zasadniczy cel – chodzi o wykazanie nieprawidłowych proporcji kadrowych pomiędzy różnymi szczeblami tej struktury. Jednakże prawidłowo to odniesienie powinno brzmieć – za dużo wodzów – za mało wojowników. Innymi słowy nasza dzisiejsza armia jest bardziej tworem biurokratycznym i urzędniczym niż wysoce sprawną maszyną do zabijania. Nie miejmy żadnych złudzeń, nawet jeżeli główny strateg naszego państwa nazwie nas pożytecznymi idiotami na smyczy sąsiedniego imperium lub wprost jego tubą informacyjno-propagandową – nie uwierzymy, że ta armia jest w stanie nas obronić przed kimkolwiek.

Problemem nie jest nawet brak odpowiedniego uzbrojenia, z tym można sobie jeszcze jakoś dzięki odpowiednim inwestycjom poradzić. Problemem jest ilość żołnierzy, ich wyszkolenie i rzeczywista przydatność bojowa. Nasza armia ekspedycyjna, czyli sama wojskowa elita wysyłana na misje to jedynie czubek całej armii – najlepsza część ludzi w mundurach. Nie znaczy to oczywiście, że inni są gorsi – można się jednak zapytać o proporcje tych, którzy zdolni są do walki – przyjmując polecenia względem tych, którzy w ramach wysiłku zbrojnego mogą co najwyżej stworzyć ładną prezentację w najnowszym Microsoft Power Point? Już pobieżna analiza stanów etatowych i szarż spowoduje szok (pod warunkiem że się znajdzie odpowiednie dane), albowiem oficerów i podoficerów jest więcej niż żołnierzy szeregowych, oczywiście należy przyjmować argument, że wraz z informatyzacją armii i jej unowocześnieniem potrzeba więcej ludzi z wyższymi kwalifikacjami do jego obsługi, no ale gdzie jest ten sprzęt?

Do bardzo ciekawych wniosków na temat profesjonalizacji doszła Najwyższa Izba Kontroli pod koniec 2012 roku. Pieniądze na szczęście na wojsko są, jednakże czy są wydawane w sposób adekwatny do naszych potrzeb obronnych? To na pewno pokaże najbliższa wojna, ale nie w odległym Mali lub Afganistanie tylko tutaj, tocząca się siłą rzeczy na naszym terytorium.

Próba ratowania proporcji stanów etatowych w naszej armii, czyli Narodowe Siły Rezerwowe skończyła się żałośnie. Nie ma chętnych do bycia mięsem armatnim, czy też wołami roboczymi w zamian za poklepanie po plecach. Idea wojska drugiej kategorii po prostu się nie przyjęła. Klęska tej koncepcji pokazuje, że jesteśmy zbyt biedni na pełną profesjonalizację służby wojskowej, ponieważ koszty utrzymania stanów etatowych przerastają nasze możliwości finansowe, a w efekcie rozwoju wojska jako struktury biurokratycznej – etaty bojowe znikają i ulegają roztopieniu w morzu dostawianych biurek. Pomysł na uzawodowienie był doskonały – ten rdzeń armii jaki został wypracowany to jest nasz największy skarb – jednakże ci ludzie muszą mieć kim i czym dowodzić!

Trudno orzec, czy powrót do idei poboru wojskowego – Zasadniczej Służby Wojskowej jest uzasadniony naszymi potrzebami obronnymi. Z powodów politycznych jest on raczej już nie możliwy, ponieważ będzie oznaczał dla wprowadzających go polityków śmierć polityczną – tysiące matek, ojców, rozgniewanych młodych ludzi i ich dziewczyn zagłosuje przeciwko takim pomysłom – więc nie może być mowy o przymusie, to w naszym przyzwyczajonym do wolności społeczeństwie nie przejdzie. Należy się zastanowić nad masowym rozwiązaniem dobrowolnym, które powodowałoby, że znaczna ilość ludzi – dobrowolnie i ochotniczo poddawała by się pod władzę wojskową.

Takim mechanizmem mogą być zwolnienia podatkowe oraz możliwość dobrowolnej służby w jednostkach obrony terytorialnej – dla wszystkich chętnych, połączona z udzielaniem pozwolenia na broń oraz – co powinno być szczególnie ważne – mechanizmem promocji państwowej przy przyznawaniu uprawnień publicznych jak np. służby na etatach państwowych w administracji, policji, strażach itp. A także co powinno być zasadniczą zachętą – pierwszeństwo w przypadku ubiegania się o miejsce na studiach dziennych na państwowej uczelni! Mechanizm powinien być banalny – na dany kierunek na dane miejsce na danej uczelni – najpierw przyjmowani powinni być ci spośród zgłaszających się, którzy wykażą się np. 1 rocznym stażem w oddziałach obrony terytorialnej i 3 letnim w oddziałach obrony cywilnej. System zachęt można odpowiednio przygotować, w taki sposób, żeby dotyczył on także kobiet – w ramach równouprawnienia naszych pań – nie można ich pominąć, albowiem inaczej zjedzą nas feministki. Oczywiście w ich przypadku można odstąpić od warunku służby w obronie terytorialnej na rzecz jedynie obrony cywilnej, w tym znaczeniu, że służba w tej pierwszej powinna być ochotnicza. Takie postawienie spraw powinno w sposób wystarczający zapewnić odpowiednią ilość ochotników, a jeżeli powiązalibyśmy to z obniżeniem stawki podatkowej np. o 1-5% dla osoby uczestniczącej we wszystkich dobrowolnych zajęciach i szkoleniach, to system byłby także w części pozytywny. Trzeba mieć świadomość, że przymusem nie osiągniemy niczego, a na patriotyzm nie ma co dzisiaj liczyć – nie ma frajerów.

One thought on “Za dużo wodzów za mało Indian?

  • 5 maja 2013 o 11:37
    Permalink

    Ciekawy temat.
    U podstaw reform sił zbrojnych tkwią założenia teoretyczne jeszcze płk dr hab nauk wojskowych Stanisława Kozieja, obecnego Szefa BBN, po drodze wiceministra ON RP.
    Ten wielki teoretyk opiera swoje założenia na zaniku znanych nam zagrożeń w postaci totalnych wielkich wojen, z dziesiątkami tysięcy czołgów rozjeżdżających równinę środkowo-europejską, plus pochodne im bombardowania i zniszczenia popromienne …
    Profesor Koziej postawił na konflikt niesymetryczny, w co idealnie wpasowuje się wojna z terroryzmem, prowadzona przez USA w kolejnym kraju Islamu, w pobliżu roponośnych terenów Iranu i Zatoki Perskiej. Dołącza się do tej “asymetrii” Francja, zwalczająca terroryzm na piaskach Sahelu, przypadkiem w pobliżu źródeł rudy uranu w Nigrze. Te konflikty asymetryczne zakładają starcie sił jakiegoś państwa z nieregularnymi grupami “terrorystów”, którzy jako słabsi – stosują metody terrorystyczne wobec okupantów i swojej ludności.
    W związku z tym narasta rola wojsk specjalnych, takich “odwrotnych terrorystów”, mających (w odróżnieniu od tych “prawdziwych”) tylko państwową LICENCJĘ NA ZABIJANIE.
    Dla niewtajemniczonych wyjaśniam znaczenie słowa SPECJALNE.
    Operacje specjalne, wojska specjalne, specjalne metody przesłuchań, specjalne przemieszczanie na wrogim terytorium, itd. – to PRZYKRYCIE działań niezgodnych z prawem danego państwa, lub na granicy tego prawa.
    Zasada jest taka, że jak jest sukces działań specjalnych, to znaczy w udany sposób np. UNIESZKODLIWIONO terrorystę, ZLIKWIDOWANO obiekt, ZNEUTRALIZOWANO komórkę terrorystyczną, itp. przy akceptowalnych stratach własnych, to nic się nie dzieje, poza lakonicznym komunikatem w medziach, lub i bez niego.
    Gdy jest porażka, gdy np. SPECJALSI zostają schwytani podczas przemieszczania się w nielegalny sposób do obiektu ataku – to najczęściej Państwo ich wysyłające wypiera się jakiegokolwiek z nimi związku.
    Potem, już po odsiedzeniu kilku lat w lokalnym więzieniu (jeśli jest to np. Nowa Zelandia), są wymieniani na innych AGENTÓW lub jest to inaczej rekompensowane.
    Oczywiście – czas ODSIADKI czy pobytu w NIEWOLI, jest wliczany do czasu ich wysługi, nawet z większym procentem. Wszystko się komplikuje, gdy nasi SPECJALSI są schwytani przez siły stosujące karę śmierci, np. przez jakiś HEZBOLLACH lub kraj islamski stosujący prawa wynikające z Koranu …
    Zatem z doktryny o konfliktach asymetrycznych wynika potrzeba posiadania sił zbrojnych, które mają zapewnić TYLKO wyłonienie z nich ELITY w postaci SIŁ SPECJALNYCH, ich wyszkolenie, przetransportowanie, wsparcie i ewentualną ewakuację oraz ODTWORZENIE ich uszczuplanego potencjału. Liczące ok. 97 000 ludzi Siły Zbrojne RP są do takiego zamysłu zupełnie wystarczające.
    Otwarte pozostaje przy tym pytanie o sensowność prowadzenia takiej polityki obronnej. W jakim celu mamy wydawać 31,5 mld zł, żeby kilkudziesięciu polskich SPECNALSÓW mogło schwytać kilku TALIBÓW w Afganistanie?
    Jaki w tym mamy interes, poza ODEBRANIEM poklepania po plecach od amerykańskiego generała ze słowami: GOOD JOB! Przecież to nie zrównoważy poważnego zaangażowania sił zbrojnych USA, BUFOROWEGO terytorium naszego kraju.
    Poza tym, jak muszą nagimnastykować się oficerowie polityczni tych SPECNALSÓW – nazywani dla niepoznaki: wychowawczymi, żeby ich przekonać do walki w zasadzie z PARTYZANTAMI, których kilku polskich mają jako patronów swoich jednostek …

    Przy bardzo modnej teorii KONFLIKTÓW ASYMETRYCZNYCH nie ma mowy o ochronie oraz (dalej) obronie własnego terytorium, z pominięciem oczywistego faktu że terytorium RP leży w pobliżu POTENCJALNIE WROGIEGO MOCARSTWA, że nie oddziela go OCEAN i tysiące kilometrów.
    Sytuacja, gdy potencjalny wróg jest tuż obok – powinna wygenerować co najmniej 120 000 150 000 armię zawodową z 50 000 – 70 000 siłami rezerwowymi, będącym rotacyjnym zapleczem odtwarzania sił głównych (około 10 000 – 15 000 rocznie ZAWODOWCÓW) i zasobem narastających co roku REZERW. To pozostawanie w rezerwie powinno dotyczyć przez 5-10 lat byłych zawodowców oraz nie dłużej niż do 35 – 40 roku życia danego rezerwisty z sił rezerwowych.
    O przydatności do pozostawania w dyspozycji powinny decydować coroczne kilkudniowe badania stanu zdrowia i sprawności fizycznej.
    Żeby to działało, musi kosztować.
    Oceniam, że podniosłoby to budżet MON na ok. 42-46 mld zł (z 31-32 mld zł obecnie), tak żeby ożywić nowoczesną produkcję zbrojeniową (jak np. bezpilotowe motoszybowce rozpoznawcze, rakiety plot bliskiego zasięgu, środki termowizyjne, itp.) oraz móc w sposób swobodny WYBIERAĆ kandydatów do obu rodzajów służby wojskowej.
    Żadnego poboru!
    To ma być w pełni ochotniczy zaciąg młodych ludzi, wzmacniany szeregiem ulg podatkowych, pierwszeństwem dostępu do studiów wyższych, zwiększonym pułapem kredytowym w bankach, itp.
    Szereg zachęt powinien zapewniać 100 000 zaciąg młodych ludzi płci obojga na OCHOTNICZĄ (ale płatną) roczną służbę w SIŁACH REZERWOWYCH.
    Taką liczbę można uzyskać proponując odpowiednie stawki, plus te pozostałe bonusy.
    Z tym że od początku mówi się tej młodzieży, że przystępują do SELEKCJI.
    W jej wyniku, po 3-4 miesiącach szkolenia – zwalniamy do domu około 30-50 % kandydatów, pozostawiając najlepszych.
    Kryteria tej selekcji powinny być ogłaszane JAWNIE i PUBLICZNIE, a przejście etapu 3-4 miesięcy, daje już gwarancje uzyskania minimum przywilejów związanych z wypełnieniem patriotycznego obowiązku obrony …
    Zwalniani “do domu” pozostają kilka lat w zainteresowaniu poszczególnych jednostek wojskowych, bo to dla nich jest robiona ta selekcja.
    Pozostali (50-70%), są szkoleni specjalistycznie i obserwowani testach, czy można im zaproponować kilkuletni kontrakt, czy nie.
    I w ten oto sposób uzupełniamy nasze Siły Główne, z których niestety musi co roku odchodzić 10-15 tysięcy ludzi, osiągających najniższe wyniki z testów i sprawdzianów.
    A co ze służbą oficerów w okolicach osiągania przez nich wieku 50 lat?
    Po prostu nie będzie takiej możliwości.
    Że będziemy mieli młodych emerytów wojskowych?
    Trudno – takie są koszty posiadania SPRAWNYCH WOJOWNIKÓW, z przewagą Indian.
    Selekcję oficerów proponowałbym prowadzić już od wieku 33-36 lat w ten sposób, że objęcie kolejnego stanowiska (i awans na porucznika, kapitana, majora, ppłk i płk), związane byłoby jak dotychczas z kursem (2, 3, 5, 9 i 12 miesięcy ZAWIERAJĄCYM 1, 2, 3, 4 i 5 miesięcznym STAŻEM w stopniu szeregowca, w specjalistycznym ośrodku typu DAWNY “ORZYSZ”, gdzie instruktorska kadra podoficerska PRACOWAŁABY na dwie zmiany po 9 godzin dziennie.
    Zapewnienie 6 godzin snu na dobę kandydatom na awanse, powinna wystarczyć.
    Że wielu by rezygnowało?
    Trudno.
    Albo chce się mieć WOJOWNIKÓW, albo urzędników wojskowych.
    I to by było na tyle.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.