Polityka

Z Londynem trzeba rozmawiać ostro i pragmatycznie

 Kraj mający w swojej nazwie wyraz „wielka” zaczyna się zachowywać nieodpowiedzialnie, dając wyraz swoim partykularyzmem i źle rozumianym interesom indywidualnym, które zrzucają odpowiedzialność na Wspólnotę, za wewnętrzne typowe dla tamtejszej gospodarki problemy. Brytyjska elita odpowiada za to, co publikują tamtejsze bulwarówki, co nakręca całą spiralę głupoty – obwiniania Unii Europejskiej za brak pracy i pogorszenie warunków gospodarczych. W istocie wyspiarze są sami sobie winni, albowiem ich wirtualna gospodarka zacięła się, gdyż nagle okazało się, że poza handlem fikcyjnymi dobrami w tamtejszym City nie mają nic do zaoferowania. Gdyby było mało zła i dezinformacji w tamtejszych mediach na złe informacje gospodarcze nakładają się kwestie narodowościowo-rasowe, albowiem wyspiarze zaczynają się burzyć na fakt multinarodowości, która wymknęła się tam spod jakiejkolwiek już nie tylko kontroli, ale także systematyczności. Spadek po dawnym imperium kolonialnym przytłoczył swoim brzemieniem tamtejszą rzeczywistość, wielu Brytyjczyków pomimo formalnej poprawności politycznej szczerze ma dość bezrobocia i obcokrajowców, albowiem wiadomo, że jak jest źle najłatwiej jest znaleźć winnych wśród obcych.

Rządzący i warstwy uprzywilejowane Wielkiej Brytanii doskonale zdają sobie sprawę z tego, co ich kraj zawdzięcza Unii Europejskiej w znaczeniu gospodarczym, wspólny rynek – swoboda przepływu kapitałów, towarów i ludzi to coś, na czym ciągle wysoko konkurencyjna gospodarka brytyjska stale zyskuje, chociaż niczego istotnego w zasadzie nie produkuje. Bogactwo Londynu jest uzależnione obecnie o wiele bardziej od swobody wymiany w obszarze europejskim niż nasze, albowiem oni po prostu głębiej tkwią w procesach i powiązaniach, poza tym ze względu na swój potencjał i globalne adresowanie swojej głównej oferty mają po prostu więcej do zaoferowania. Więcej zyskują i mogą więcej stracić, zwłaszcza, że słynny brytyjski rabat w składkach do wspólnej unijnej kasy powoduje, że Wielka Brytania w istocie jest we wspólnocie od zawsze jedną nogą.

W interesie europejskim jest budowa wspólnoty zdolnej do stanowienia jednolitego podmiotu na arenie międzynarodowej. Wówczas, jako zjednoczony kontynent – potężny gospodarczo – będziemy w stanie zdecydowanie popchnąć na przód sprawy, o jakich nawet najbogatsze kraje członkowskie nie są w stanie samodzielnie myśleć – ze względów finansowych i organizacyjnych. Sam fakt tolerowania przez tyle lat specjalnego statusu – uprzywilejowania bogatego Londynu kosztem innych płatników netto do budżetu Unii Europejskiej to już wystarczające ustępstwo kontynentu!

Przed wyspiarską pychą nie ma potrzeby i nie wolno ustępować, albowiem, jeżeli dzisiaj Unia Europejska formalnie ustąpi przed Londynem, to jutro będzie musiała to samo musiała zrobić przed stolicą n+1, a wówczas już nie będzie tym, czym jest – bez szans na stanie się tym, czym powinna być już dawno. Jeżeli Wielka Brytania nie chce uczestniczyć we wspólnym unijnym domu – to znaczy nie chce współistnieć na tym obszarze w ramach jednego organizmu społeczno-politycznego musi się liczyć z konsekwencjami, a konsekwencje te powinny być poważne.

Nie chodzi tu o wprowadzanie wiz, ogłaszanie sankcji, embarga i izolowanie polityczne Londynu. Liczą się fakty – cała Wspólnota, to jest coś za coś. Zrzekamy się suwerenności w imię wspólnych standardów. Dzięki temu mamy wspólny rynek, wspólny nadzór celny, Schengen, swobodę handlu, pracy i zamieszkania. To są pewne wartości, z których już chyba nikt rozsądny nie chciałby rezygnować. W przypadku Polski – te kwestie są nadrzędne, także, dlatego ponieważ współistnienie i koegzystencję w formule europejskiej pojmujemy, jako odwrócenie tradycyjnych dogmatów w polityce zagranicznej naszego wielkiego zachodniego sąsiada, której przez wieki byliśmy pożywką. Brytyjczycy nie czują takiej presji, albowiem tak naprawdę nigdy, a przynajmniej od czasu najazdu Normanów nie mieli żadnych prawdziwych presji i problemów, nie licząc incydentu z okresu II Wojny Światowej. Jeżeli nie chcą współdzielić z nami tego świata wartości – nie chcą dokładać się do wspólnego koszyczka i razem stawać wyzwań globalizacji – to trudno. My sobie poradzimy bez nich i ich wsparcia, ale czy oni sobie poradzą?

Czy współczesna Wielka Brytania – traktowana w istocie, jako kraj stowarzyszony z Unią Europejską – byłaby tym samym krajem, co obecnie i to z takimi perspektywami? Na to pytanie powinni sobie odpowiedzieć sami Brytyjczycy. Jednakże, jeżeli nie chcą uczestniczyć i zmieniać Unii to prawdopodobnie już raczej sobie odpowiedzieli.

Nie można być za i przeciw, nie można czerpać pożytków nie przysparzając się, nie można mieć dwóch zdań na ten sam temat. Unia to nie tylko zalety i korzyści – to także czasami kłopoty, zawsze koszty a przede wszystkim wyzwania! Wielka Brytania swoi przed szansą pokazania czy jest w stanie unieść wyzwania, jakie sama stworzyła przed samą sobą. Unia nie powinna wyspiarzy odtrącać, ale nie można zgodzić się na to, żeby ktoś rozkosznie sobie pasożytował na zdobyczach cywilizacyjnych wspólnoty, uchylając się od ich wpół-utrzymywania!

Dlatego z Londynem trzeba rozmawiać ostro, to nie jest obóz nastoletnich skautów oglądających małe robaczki przez lupę, łowiących ryby i wieczorem ukradkiem pociągających jedno piwo w czterech pod namiotem! To są realne procesy decydujące o naszej pozycji w strukturze międzynarodowej i jeżeli ktoś nie chce iść z nami, musi się liczyć, że pewnego dnia będzie naszym wrogiem… a wszystko wskazuje na to, że tego dnia Polscy i Czescy piloci będą walczyć wreszcie po właściwej stronie kanału…

One Comment

  1. Z tym ostatnim zdaniem to chyba przesada …

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.