Ekonomia

Wychodzenie z kryzysu na opak i bez winnych

 Nie ma złotego środka dla strukturalnie zróżnicowanej strefy Euro i jeszcze bardziej udziwnionej Unii Europejskiej. Projekt polityczny pod nazwą wspólna waluta kosztuje Europejczyków bardzo dużo łez i rządzące elity zapłacą za nieudany eksperyment w wyborach. Żeby było śmieszniej – nie ma winnych, albowiem w momencie przyjęcia Euro bardzo potaniały kredyty – więc jak można było ich nie brać – licząc na ogólny rozwój gospodarki zgodnie z klasycznym modelem, gdzie inwestycje = praca = dochody = popyt na inwestycje?

Nikt nie zorientował się, że przede wszystkim liczy się jednak prawdziwa produkcja i rzeczywista sprzedaż usług a nie kreowanie fikcji i sztuczne rozdmuchiwanie popytu. Bańki na nieruchomościach, na obligacjach wydanych na konsumpcję, generalne zadłużenie nic nie produkujących krajów południa – w twardej walucie – to się musiało nie udać. Obecnie twarde Euro mówi – sprawdzam, będąc niczym złoto dla krajów, których głównym atutem jest produkcja kozich serów i wina!

Prawdopodobnie nie dotarło jeszcze do zakutych w indoktrynację neoliberalną – sytych europejskich bebechów, że produkcja zaawansowana technologicznie i usługi wyższego rzędu nie są w stanie stworzyć miejsc pracy dla wszystkich, a uzyskiwana dzięki nim renta podatkowa nie jest w stanie zapewnić dochodów umożliwiających finansowanie potrzeb socjalnych przyzwyczajonego do życia na wysokim poziomie społeczeństwa. Podobnie popyt generowany przez klasę lepiej zarabiającą nie jest w stanie wykreować podaży prac prostych adekwatnej dla potrzeb reszty społeczeństwa. Tutaj koło się zamyka, bo produkcję prostą – krwiopijcze korporacje wolą dla oszczędności właśnie na wysokich kosztach płac przenosić do Azji. Póki co nikt jeszcze nie zauważył, że skutkuje to falą zmniejszenia popytu, ponieważ ludzie swoją masą ograniczają siłę nabywczą nie mając dochodów. Niestety zauważenie tego problemu jest dopiero przed nami – póki co nikt w Europie nie odważył się go postawić politycznie, w zamian za to mówi się o umowie o swobodzie handlu z USA, które posiada co najmniej kilka przewag strategicznych nad nami.

Zupełna miękkość wobec globalizacji doprowadzi nas do sytuacji, w której nie będziemy w stanie od pewnego momentu przeciwstawić się dyktaturze wolnego handlu, który jeżeli posłucha się europejskich eksporterów – wcale nie jest taki wolny w dwie strony, a przynajmniej jeżeli chce się coś sprzedawać Chińczykom to działa zdecydowanie wolniej! Jeżeli teraz do tego dojdzie realnie wolny handel z USA, to być może będziemy mieli tańszy amerykański gaz ze źródeł niekonwencjonalnych, jednakże powstaje pytanie czym w bilansie handlowym za niego zapłacimy? Co prawda do póki marzeniem każdego młodego Azjaty, Amerykanina czy Araba jest BWM, Mercedes-Benz lub Ferrari, a przemysły tych krajów nie będą mogły się obyć bez wyrobów ABB, Siemensa lub Arevy – nie mamy się o co martwić jeżeli chodzi o bilans handlowy, albowiem Unia Europejska jest tutaj absolutną potęgą. Chodzi jednak o równowagę w średnio i długookresowej perspektywie, żebyśmy tańszą produkcją meksykańskich emigrantów nie wypierali produkcji w takich krajach jak Polska, Słowacja czy nawet wysoko wydajne Niemcy.

Rozwiązanie problemów straconego pokolenia, na którego pracę nie ma popytu może być tylko przywrócenie ceł z Azją na produkty możliwe do wykonania w Unii Europejskiej, jednakże do tego potrzebne są zmiany w socjalu ponieważ nikomu nie opłaca się pracować za minimalne stawki, gdyż suma zasiłków w bogatych krajach niweluje różnice możliwe do osiągnięcia z dochodów z prac prostych. W mega skali musiałoby to oznaczać wzrost inflacji – ogólne podwyższenie cen na nowy pułap, w efekcie straciliby nieco wszyscy, ale może produkty proste byłyby nieco lepszej jakości niż importowane masowo śmieci z Azji? Ułatwiłoby to recykling i być może poprawiło ogólny stan naszej podupadającej cywilizacji – gdyż zawsze lepiej jak ludzie mają jakąkolwiek realną pracę niż siedzą i się nudzą na zasiłkach.

Alternatywnie można pomyśleć o takim opodatkowaniu korporacji, żeby produkcja poza Europą się im mniej opłacała podatkowo niż produkcja w Europie, przez co w efekcie dochodziłoby do ciągłego stymulowania miejsc pracy.

Sytuacja wymaga zmiany, czy też może bardziej modyfikacji polityki gospodarczej Unii Europejskiej. Jako państwu podwykonawców powinno nam na tym szczególnie zależeć, ponieważ ze względu na relatywnie niższe koszty płac – bylibyśmy pierwszymi beneficjentami nowych inwestycji produkcyjnych.

Bez decyzji politycznych w zakresie polityki gospodarczej skłaniających wielkie korporacje do zmiany modelu gospodarowania – nie mamy co myśleć o zagospodarowaniu kilku milionów młodych ludzi w całej Unii Europejskiej. To nie jest kwestia odkrycia przez młodych Hiszpanów uroków wyjazdów do pracy w Niemczech, czy Holandii. Jeżeli bowiem poszczególne kraje europejskie nie będą generować miejsc pracy dla swoich obywateli – to po pewnym czasie skończy się to problemem demograficznym już obecnym w Polsce. Podobnie na nic się zda drukowanie pieniędzy przez Europejski Bank Centralny – zostanie nadmuchana kolejna bańka, której pęknięcie będzie miało konsekwencje polityczne na poziomie unijnym. Oczywiście jak zawsze nie będzie winnych…

One Comment

  1. prosta i celna diagnoza. Tylko dlaczego proste rozwiązania są tak trudne i skomplikowane w realizacji?

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.