Wolność obywatela w wolnym kraju – wiemy, że nie wiemy i co nam zrobicie?

Wolność obywatela w wolnym kraju to odwieczne marzenie Polaków i nie tylko Polaków, ponieważ za wielką wodą powstał kraj – miłujący wolność i czyniący z wolności swoje główne know-how w zakresie soft-power oddziaływania miękką potęgą. Zawsze lepiej jest bowiem być po „dobrej stronie mocy” niż po złej, albowiem w domyśle pragniemy żeby to dobro wygrało. Aksjologicznie mamy zakodowane, że wolność jest dobra i dobrze jak panuje wolność, przy czym nie może ona oznaczać anarchii.

W naszym transformującym się państwie jesteśmy ciągle w trakcie definiowania różnych sposobów rozumienia wolności, najdziwniejsze instytucje próbują za wszelką cenę uzasadnić swój byt potrzebami chronienia naszej wolności lub odwrotnie, powstrzymywania nas przed nadmiernym korzystaniem z tego uprawnienia w danej dziedzinie. W zasadzie całe prawodawstwo opiera się na zakazach i ograniczeniach, wyróżnikiem prakseologicznym przeważnie jest społecznie lub ekonomicznie postrzegana kategoria rzadkości – system działa od czasów Napoleona, który skutecznie odkurzył stare rzymskie kodeksy doskonale się sprawdzające do dzisiaj. Dzięki temu nie ma potrzeby w naszym porządku prawnym mówić co wolno, ponieważ jest dozwolone wszystko to co nie jest zabronione przepisem prawa. Przynajmniej teoretycznie, bo nasza rzeczywistość jest zupełnie odmienna od rzeczywistości pragmatycznych rzymian.

W Polsce mamy gigantyczny problem z rozumieniem pojęcia wolności. Dominuje ujęcie oświeceniowe z silnym zabarwieniem chrześcijańskim – kontrreformacja zrobiła swoje no i Barok miał u nas takie oblicze jakie miał, takie też były reguły formacji politycznej, która złotej polskiej wolności nie ograniczyła aż jej gwarantem stali się sąsiedzi i wiadomo co było potem.

Niestety nikt polskim dzieciom na lekcjach wiedzy o społeczeństwie, czy jak się one dzisiaj nazywają nie wyłożył podstaw filozofii, nie liznął z nimi minimum erystyki/retoryki i nie wyjaśnił pewnych podstawowych semantycznych niuansów – a przynajmniej nie pobudził ciekawości na tyle, że nie łykają przedstawianej w mediach rzeczywistości za pewnik, tylko byłyby zdolne do krytycznego myślenia i kontestowania rzeczywistości. Elementem takiej wiedzy, którą warto przekazać dzieciom jest kwestia rozróżnienia „kategorii wolności uprawniającej do” i „kategorii wolności wyzwalającej od”.

To dwie zupełnie odmienne kwestie, bo można być wolnym do – czyli mogą istnieć w życiu publicznym szczegółowe uregulowania przyzwoleń, pozwalające na pewien poziom swobody, a nawet anarchii. Klasycznym przykładem wolności do jest prawo do brania udziału w wyborach. Wolno obywatelom spełniającym warunki zgłaszać swoje kandydatury i wolno im brać udział w głosowaniach w miejscach do tego wyznaczonych. Podobnie wolno jest się przemieszczać po terytorium kraju z wyjątkiem wyjątków, to znaczy miejsc specjalnych (parki narodowe, strefy ochrony ujęć wody, tereny wojskowe, miejsca prywatne, miejsca specjalne z limitowanym prawem przebywania jak np. autostrady). Można być także wolnym od, przykładowo państwo zakazuje zachowań negatywnych, żeby uwolnić społeczeństwo od ich konsekwencji. Klasycznym przykładem jest kodeks ruchu drogowego – z ograniczeniami prędkości. Jesteśmy pozbawieni prawa jazdy z prędkością wyższą niż 50 km/h w strefie zabudowanej (z wyjątkiem wyjątków).

Oczywiście przykłady można mnożyć, o czym już kiedyś pisaliśmy [tutaj]. Zainteresowani tzw. wolnością negatywną (wolnością od) mogą poczytać dzieła takich autorów jak: A. de Tocqueville, H. Spencer, J. S. Mill i oczywiście Isaiaha Berlina – wybitnego brytyjskiego filozofa (pochodzenia rosyjsko-żydowskiego z Łotwy) czasów współczesnych (połowy XX wieku), którego słynne dzieło pt.: „Dwie koncepcje wolności” z 1958 roku – można przy odrobinie wysiłku znaleźć w Internecie w legalnych odpisach.

Nasz dramat polega na tym, że w zasadzie wszyscy koncentrują się na wolności negatywnej. Nie odróżniamy założeń apriorycznych od empirycznych! Przez to wpadamy w determinizm nawet się przed nim broniąc! Te błędy popełniają nawet autorytety, co się nie raz zdarza zwłaszcza w transmitowanych na żywo wypowiedziach komentujących bieżącą rzeczywistość. Chyba już nie jesteśmy w stanie się wyzwolić z tych ograniczeń, ponieważ cała nasza przestrzeń i związana z nią percepcja to ciągłe uleganie „wolności od”. Być może to wpływ okupacji, z pewnością ograniczonej suwerenności wewnętrznej okresu PRL-u, może jeszcze jakieś głębokie zakodowanie poddaństwa z czasów pańszczyzny? Trudno określić powody, z pewnością natomiast ujawnia się błąd edukacji. Publiczny system edukacyjny nie przekazuje społeczeństwu podstawowych pojęć – przez co nie czyni ich wolnymi, bo jedynie wiedza daje nam możliwość wyboru, tych co nie wiedzą, że nie wiedzą swego czasu próbowano nazywać wierzącymi, jednakże to też było błędne, gdyż nawet ślepa wiara opiera się na pewnej minimalnej wiedzy utwierdzającej określone wartości aksjologiczne. No ale już nie wchodźmy w szczegóły… może o to po prostu chodziło? Tak się łatwiej rządzi społeczeństwem?

2 myśli na temat “Wolność obywatela w wolnym kraju – wiemy, że nie wiemy i co nam zrobicie?

  • 19 września 2013 o 17:52
    Permalink

    Poziom wolności obywatela, w którym obowiązuje neoliberalizm wyznacza posiadany przez niego zasób pieniędzy lub równoważnych im zasobów.
    Masz spore zasoby – pieniądze, kamienice, znajomości, miejsca pracy, itp. dobra – to masz człowieku WOLNOŚĆ.
    Nie masz ww. dóbr – jesteś NIEWOLNIKIEM.
    I to cała filozofia obecnego układu.
    P.S.
    Możesz ten układ opuścić, stając się kloszardem.
    Ale tam też chyba są jakieś ograniczenia.
    Na innym poziomie bytowania, ale na pewno są.

    Odpowiedz
  • 24 września 2013 o 14:35
    Permalink

    Rodzimy się niewolnikami i umieramy niewolnikami. Błagam nie sprowadzajcie mnie już na ten świat. Mam dość.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.