Co wolno publicyście, a co nie wypada politykowi?

Na kanwie wypowiedzi jednego z nowych-starych polityków o wydarzeniach na wschodzie, w tym w kontekście rzekomych akcentów polskich oraz spraw wewnętrznych sąsiedniego kraju warto się zastanowić, co wolno publicyście a co nie bardzo wypada politykowi.

Generalnie wypowiadanie się w poprzek mainstreamu jest trudne. Zwłaszcza, jeżeli wypowiada się w kwestiach palących politycznie – trzeba umieć ubierać myśli w odpowiednie słowa, które nie wartościują jednoznacznie. Chyba, że pisze się o ideach, albo ma się niepodważalne dowody.

Każdy polityk wypowiadający się w sprawach sąsiedniego kraju musi uwzględniać w temperaturze swoich wypowiedzi to, że nawet jeżeli jest politykiem opozycyjnym to zawsze, w każdej wypowiedzi – reprezentuje państwo. Szczególnie groźnie robi się, jeżeli nieodpowiedzialna wypowiedź polityka może zostać wykorzystana przez propagandę innego kraju, przeciwko naszemu krajowi. W takich warunkach trzeba szczególnie uważać na to, co i w jakim kontekście się mówi, można przynajmniej zastrzec w wypowiedzi, że opieramy się na plotkach, ewentualnie wyrazić jedynie przypuszczenie – cokolwiek, co nie przesądza zupełnie, jeżeli nie mamy pewności.

W przypadku publicystów jest inaczej. Panuje wolność słowa, publicysta może pisać w powadze odpowiedzialności za państwo, to jest oczywiste, ale powinien także uwzględniać prawo opinii publicznej do poznania prawdy – nawet najgorszej. Rolą publicysty jest informowanie, omawianie tematu, pokazywanie możliwości, ewentualne zarysowanie konsekwencji, pokazanie możliwych sposobów wyjścia z sytuacji. Publicysta może powiedzieć, napisać o wiele więcej niż polityk – jego słowa nie mają wagi mandatu publicznego, nie zobowiązują.

Najgorzej jest, jeżeli publicysta zostaje politykiem, ewentualnie polityk przez lata utrzymuje się z publicystyki. Wówczas następuje zupełne pomieszanie funkcji i sfer działalności – nadzwyczajnie niebezpieczne, jeżeli politykowi nie zależy np. z powodów biologicznych i za wszelką cenę chce zdążyć zaistnieć przed dniem, w którym zatrzaśnie się nad nim wieko trumny.

Niestety przenikanie się sfer polityki i publicystyki jest nagminne, nie brakuje byłych polityków, którzy po zakończeniu kariery zostali komentatorami, mają swoje kolumny w dziennikach lub tygodnikach i z zadęciem złamanej kariery – starają się kreować fakty na tyle na ile im talent pozwoli. Niektórzy są w tym doskonali, inni są nieco mniej, a jeszcze inni nie kwalifikują się nawet do pełnienia roli podpałki na grillu.

Niestety nie mamy w kraju żadnych mechanizmów separacji sfery publicystyki od sfery polityki, – co owocuje takim stanem naszej polityki, jaki widzimy. W krajach o ustabilizowanej demokracji za takie sprawy odpowiada po prostu publiczny ostracyzm, nikt nie chce współpracować z politykiem, który pozwala sobie „paplać” w mediach bzdury – taka osoba nie ma wiarygodności politycznej niezbędnej dla sprawowania mandatu publicznego. U nas to nie działa, ponieważ każdy sobie „rzeźbi” i „chałturzy” jak może, nie szczególnie przejmując się opinią publiczną, a wszelkie opinie negatywne innych polityków uznaje za ataki personalne na siebie, – „bo przecież wolno”!

Biorąc pod uwagę całość naszych realiów, a zwłaszcza praktykę funkcjonowania sfery publicznej należy problem uregulować na poziomie ustawy o partiach politycznych, o ustaw o samorządzie terytorialnym jak również regulaminu parlamentarnego. Jest oczywistym, że nie wolno ograniczać mandatu i prawa do swobodnej wypowiedzi, ale nic nie stoi na przeszkodzie, żeby zobowiązać polityków do wyraźnego komunikowania, czy konkretna wypowiedź ma inny charakter niż w ramach wykonywanego mandatu. Być może byłby to wystarczający auto bezpiecznik, zmuszający polityków do zabawy w publicystów? Oczywiście całość bez konsekwencji innych niż ostracyzm publiczny w przypadku przekroczenia bariery wstydu. Wolność słowa, w tym nawet prawo do opowiadania głupot to cena, jaką warto zapłacić, za jakość naszej demokracji.

2 thoughts on “Co wolno publicyście, a co nie wypada politykowi?

  • 9 czerwca 2014 o 04:26
    Permalink

    Ustawa nic tu nie da.
    Zepsute są zwykłe dobre obyczaje i nie obowiązuje przyzwoitość.
    I to tyle w skolonizowanym katolickim kraju w erze globalizacji …

    Odpowiedz
    • 9 czerwca 2014 o 08:05
      Permalink

      Zgadzam się z “inicjatorem” że mnożenie bytów ustawowych nic nie da…
      Brak kultury politycznej, kindersztuby…
      To jest praca na lata – od podstaw – co przy obecnym stanie szkolnictwa, atomizacji społeczeństwa, niepewności jutra, braku jakiejkolwiek perspektywicznej polityki sięgającej dalej niż kadencja, nie jest chyba wykonalne…
      Czarno to widzę…

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.