Wojskowość

Wojna jako narzędzie dyplomacji – dlaczego nie, dlaczego tak!

 W niniejszym artykule zastanowimy się nad wybranymi aspektami współczesnej natury wojny jako efektywnym narzędziem dyplomacji. Dlaczego można rozważać wojnę jako jej przedłużenie, a dlaczego nie powinno się tego robić i w jakich warunkach, która strategia jest uzasadniona. Kluczowe w poniższym rozumowaniu jest odrzucenie dogmatów, w tym dogmatu – pokoju za wszelką cenę jako podstawy rozwoju cywilizacyjnego. Nie ma bowiem w polityce sytuacji zero- jedynkowych, a jeżeli się jednak zdarzają to wówczas kraj, który wyeliminował myślenie o wojnie napastniczej ze swojego rozumowania geopolitycznego – okazuje się krajem podbitym i to szybciej zanim jego elity zorientują się o co chodzi. Nadrzędnym warunkiem jakiegokolwiek działa w tym zakresie jest zawsze i wszędzie interes państwa tożsamy z interesem jego obywateli. Co automatycznie oznacza, że czasami być może bardziej się opłacać zaatakować niż beznamiętnie czekać z rozłożonymi nogami na rozwój sytuacji, który może okazać się bardzo bolesny.

1) Koszty wojny a Korzyści ze zmiany statusu geopolitycznego w razie wygranej

Podstawowym powodem dla którego unika się wojen i uznaje się je za bezsensowne są ich koszty, czyli przede wszystkim suma zniszczeń oraz suma utraconych korzyści z pokojowej wymiany handlowej w okresie wojny oraz w okresie przywrócenia stanu porządku i zaufania międzynarodowego adekwatnego do stanu sprzed wojny. W przypadku gęsto zaludnionej i zagospodarowanej przestrzennie Europy – koszty ludzkie i materialne prowadzenia wojen zawsze są wysokie. Kategoria strat wojennych jest jednak kategorią obiektywną, nie do uniknięcia – jeżeli zostaniemy zaatakowani, a nie wygramy i tak będą straty. Dlatego też należy te koszty i ofiary traktować jako „koszty systemowe”, jakkolwiek by to nie brzmiało brutalnie, ale niestety ofiary i straty to rzecz normalna na wojnie – trzeba się z tym liczyć i wyznaczyć poziom możliwych do poniesienia strat osobowych i materialnych, jak również niestety terytorialnych, pamiętając że te są najbardziej bolesne. Dodatkowo liczą się koszty samego prowadzenia działań wojennych i koszty utraconych korzyści z rozwoju gospodarczego i wymiany handlowej, jeżeli wolelibyśmy zamiast wojny pokój i handel. One również są nie do uniknięcia i ich poziom trzeba umieć oszacować, zwłaszcza dzisiaj, kiedy nie jesteśmy zdolni do wyprodukowania całości gamy potrzebnego do prowadzenia wojny uzbrojenia ofensywnego.

Głównym powodem dla którego toczy się jednak wojny są korzyści ze zmiany statusu geopolitycznego jakie są możliwe do osiągnięcia w razie wygranej. Klasycznym przykładem były działania państwa polskiego na wschodzie po 1918 roku zestawione z brakiem takich działań po roku 1990-tym. Wówczas kierownictwo państwa oceniło możliwe koszty i korzyści – decydując się na wojnę, której nawet nie wypowiadając po prostu zintensyfikowano, ze sławetnym wjeżdżaniem do Kijowa tramwajem lub trudnym do wytłumaczenia nawet współcześnie zajęciem Wileńszczyzny. Odpowiedź na pytanie o korzyści geopolityczne była wówczas jedna – w stanie nieustalonym opłacało się zaryzykować, zwłaszcza jak ryzyko samo prosiło się o podjęcie. Nikomu wówczas nie mieściło się państwo polskie bez Lwowa lub Wilna – to było po prostu nie do pomyślenia. Natomiast rok 1990-ty przyniósł inne rachuby i inne wartości. Kwestia terytorium państwowego przestała się liczyć jako wyznacznik potęgi, a uregulowanie granicy zachodniej uznano za wielki cichy sukces, bez którego dopiero byłoby dzisiaj ciekawie.

Wniosek – wojnę można planować jeżeli jest się pewnym zwycięstwa, a przynajmniej że się nie przegra a suma kosztów operacyjnych i strat systemowych będzie możliwa do uniesienia politycznie. Warunkiem opłacalności przedsięwzięcia jest możliwość długofalowego czerpania korzyści z osiągniętych rezultatów – niekoniecznie terytorialnych.

Nade wszystko, trzeba pamiętać, że wojna polega na zabijaniu i unikaniu bycia zabitym. Właśnie dlatego jest paskudna i ohydna, za wszelką cenę trzeba jej unikać, bez żadnego – zwłaszcza, jeżeli szafuje się cudzym życiem.

2) Umożliwienie zachowania twarzy przez wszystkie strony konfliktu a Triumf woli politycznej zwycięskiego przywództwa

W sytuacjach konfliktowych prowadzących do wojny pomiędzy krajami liczy się przede wszystkim zachowanie twarzy przez strony konfliktu. Jeżeli prowodyr jest jeden i jako zdecydowanie silniejszy napiera na słabszego lub słabszych – jest niesłychanie trudno doprowadzić do rozwiązania, w którym wszyscy wygrywają i nie ponoszą kosztów systemowych. Scenariusz oporu znamy z września 1939 roku, sierpnia 1944, ani w pierwszym, ani w drugim przypadku nie było dla Polski z tych walk żadnych korzyści – ponieśliśmy jedynie gigantyczne straty. Nieprzyjaciele i hieny pożywiające się na Rzeczpospolitej nawet nie myśleli o sytuacji wyjścia z twarzą. Właśnie na taki konflikt – mający na celu zabijanie i eliminację biologiczną Narodu musimy być przygotowani. Dla naszych przeciwników prawie zawsze liczy się triumf woli politycznej zwycięskiego przywództwa, czy to rasowego, czy to ideologicznego. Zawsze się znajdzie powód i jego uzasadnienie, żeby napaść i pozabijać Polaków.

W naszym interesie jest taki ustawienie się w sytuacji wyjściowej na samym początku konfliktu, żeby było możliwe wyjście oponentów z twarzą – nawet za cenę ustępstw przedłużających stan nieustalony, w którym możliwe są działania nie mające doprowadzić bezpośrednio do rozstrzygnięcia sporu. Wówczas jako słabsi możemy mówić o triumfie własnej woli politycznej, albowiem nie daliśmy się podejść.

Wniosek – z naszej perspektywy gra na czas jest wartością samą w sobie o którą warto zabiegać, co doskonale będą rozumieć nasi przeciwnicy. W ich przypadku skrócenie dystansu i wdrożenie szybkiego zwycięskiego konfliktu jedynie ograniczy całościowe koszty operacji.

3) Honorowanie warunków brzegowych oponentów a Dążenie do dominacji nad otoczeniem

Dobrze, jeżeli my honorujemy warunki brzegowe oponentów, ale co jeżeli oni mają nasze zastrzeżenia w nieuwadze, do tego stopnia posuniętej, że w ogóle nie dochodzi do rozmów i brania naszych argumentów pod uwagę. Dużo nie trzeba szukać – obecny minister spraw zagranicznych swego czasu adekwatnie do rangi problemu nazwał położenie gazociągu północnego z absolutnym pominięciem Polski. Doszło nawet do ograniczenia naszej suwerenności przez jednego z sąsiadów, absolutnie bez liczenia się z naszym zdaniem w przedmiocie swobody żeglugi po wodach przygranicznych! Sprawę załatwiono na przysłowiową gębę – niczego więcej w sposób emocjonalny nie byliśmy w stanie osiągnąć. Czy zostaliśmy zdominowani i ustawieni w szeregu jako podmiot podległy? Zdecydowanie tak!

Jeżeli będąc na drodze do konfliktu oponenci nawzajem się szachują i wchodzą na pola zarezerwowane dla najpoważniejszych interesów, to warto jest grać od razu o najwyższą stawkę, ponieważ i tak dojdzie do skrócenia dystansu. Lepiej jest skracać na własnych warunkach, jednakże nie może się to opierać na blefowaniu, musi mieć realne podstawy – jak w omawianym przypadku np. ekologiczne.

W naszym otoczeniu geopolitycznym naszym stałym problemem jest to, że to my z łatwością możemy być zdominowani przez nie, a nie my je dominujemy. Dlatego kwestią wyzwań fundamentalnych jest tutaj rozwijanie swojego potencjału odstraszania oraz potencjału zachęcania. Zdominować otoczenie można bowiem na dwa sposoby – zastraszając, albo przekonując, że jesteśmy „kochanymi” i „fajnymi” Polakami – „do rany przyłóż”. Wbrew pozorom, to właśnie ta druga droga jest o wiele bardziej efektywna, jednakże trzeba uważać bo od zachwytu i „uwielbienia” można łatwo wpaść w kwestię zazdrości i zawiści, a tą już dzisiaj widać u niektórych sąsiadów. Dlatego nie można odpuszczać komponentu siłowego.

Wniosek – warto jest być agresywnym, ale tylko i wyłącznie do pewnego momentu, natomiast zdecydowanie soft power to jest to, czym trzeba oddziaływać na percepcję mieszkańców krajów sąsiednich – zmiękczając na ile się da własny wizerunek. W sytuacji konfliktowej, trzeba umiejętnie oznaczać swoje warunki brzegowe, a w razie ogólnej przewagi strategicznej nieprzyjaciół nie ujawniając swoich największych dąsów, ponieważ dla skrócenia dystansu – dokładnie tam wejdą z butami. Casus września 1939 roku i wszystkiego tego co do niego doprowadziło (Monachium 1938, Rapallo i inne), nie może nigdy zejść z celownika klasyki naszej geopolityki.

4) Przecenianie sił i wiara we własną propagandę a Strach przed przeciwnikiem

Największym błędem jaki można popełnić jest wiara we własną propagandę i myślenie życzeniowe. To że czegoś chcemy, to wcale nie oznacza, że to się samo może stać i tak już będzie. Nic się nam nie należy poza tym, co wywalczymy lub za co zapłacimy – takie są brutalne prawa geopolityki, tak funkcjonuje świat i na tym się opiera. Oceniając własne siły, własny potencjał – zarówno soft power jak i hard power, zawsze dla trzeźwości oceny trzeba dzielić co najmniej przez pół! Owszem jest to nadmierna ostrożność, jednakże w dzisiejszych warunkach szybkich konfliktów opartych na paraliżowaniu infrastruktury nieprzyjaciela – jeżeli uda się użyć połowy sił do obrony to naprawdę sukces. Natomiast w relacjach międzypaństwowych nigdy nie jest tak, że nie ma konkurencji, zawsze wciśnie się ktoś trzeci. Oznacza to, że dzielenie własnych sił i możliwości przez połowę jest co najmniej zdrowe dla oceny krańcowych możliwości i scenariuszowania. Poza tym, przy naszym zamiłowaniu do dyscypliny i porządku – dobrze jest brać systemową poprawkę ogólną.

Nie można się bać przeciwnika, ponieważ nigdy nie ma sytuacji bez wyjścia. Jednakże wcześniej trzeba się na coś zdecydować, albo zwyciężamy, albo będziemy niewolnikami lub zostaniemy zabici. W związku z tym czy nie warto będzie kolejnym razem odpalić ostatnią głowicę jądrową po wejściu ostatniego żołnierza do ostatniego wolnego kanału na starówce? Na zasadzie – „a zobaczymy co się stanie”, czy też liczyć się ze zgrozą okupacji?

Uwaga to jest bardzo ważne – nasz kraj padał ofiarą sąsiadów, głównie ze względu na terytorium, to właśnie ziemia z punktu widzenia ekonomicznego (Niemcy) czy strategicznego-bufora (Rosjanie) od zawsze stanowiła to po co obce armie przychodziły do Polski. Poza tym, bądźmy szczerzy – po prostu po okradnięciu kraju przez Szwedów w XVII wieku – niewiele już pozostało do zaoferowania kolejnym okupantom! Dlatego też aspekt samozniszczenia w wypadku przegranej należy rozważać jako element strategii. Jakkolwiek to brzmi – jest to tzw. koszt ostateczny.

5) Ograniczenie napięcia – „coś za coś” na rzecz zgniłego kompromisu a Strategia „zero kompromisów”

Naturalną tendencją słabeuszy w razie narastania konfliktu jest dążenie do ograniczania napięcia. Ewentualnie do rozkładania napięcia w czasie. Już samo wyrażenie takiej pozycji negocjacyjnej jest dowodem na słabość i może spotkać się ze wzrostem presji przeważającego przeciwnika. Wówczas w ramach strategii coś za coś – płaci się więcej za pokój. W 1939 roku, Polska nie tylko nie chciała tej ceny zapłacić np. Pomorzem i kawałkiem Śląska, ale nikt jej takiego rachunku w świetle zdradzieckiej napaści ZSRR nie stawiał. Musimy liczyć się, że w naszym przypadku stawką w konflikcie jest być (żyć), albo nie być (nie żyć). Stąd też przyjęcie strategii zero kompromisów z sąsiadami mogłoby być od pewnego poziomu podwyższenia potencjałów o wiele bardziej rozsądną strategią. Zwłaszcza, że o nic już z nikim nie walczymy, nie mamy do nikogo żadnych pretensji o nic, dlatego też warto się zastanowić nad strategią twardego NIE, wspartego oczywiście realnym potencjałem odstraszania i „zemsty ostatecznej” w przypadku wysuwania przez sąsiadów ewentualnych roszczeń o cokolwiek w znaczeniu państwowym.

Wniosek w naszych realiach zapłaciliśmy tak straszną cenę za przetrwanie ostatniej wojny, że nie tylko nie powinniśmy bawić się z sąsiadami w grzeczności, ale nawet tego robić nie powinniśmy, ponieważ to nic innego jak demonstrowanie słabości. Oczywiście podstawą do agresywnego odpierania roszczeń musi być realny potencjał, a tego jak nie było ta nie ma.

6) Rolna Organizacji Narodów Zjednoczonych i innych organizacji zbiorowego bezpieczeństwa a Autonomiczne postrzeganie interesów narodowych

Znaczenie organizacji międzynarodowych, jak również międzynarodowej opinii publicznej jest funkcją nagłośnienia konfliktu. Ponieważ dobrowolnie staliśmy się częścią większej całości nie możemy pozwolić sobie na w pełni autonomiczne postrzeganie interesów narodowych bez uwzględnienia poszerzonego kontekstu Wspólnotowego. Jednakże, właśnie casus gazociągu północnego oraz zachowania się w Unii – Wielkiej Brytanii, to powody pokazujące, że nie można całego rozumowania polityki zagranicznej podporządkować pod Brukselę, albowiem ta często nie ma interesów ogólnych lub nie jest ich w stanie sformułować jak np. na polu tak potrzebnej polityki energetycznej, chyba że z naszą szkodą (gaz ze źródeł niekonwencjonalnych).

Z powyższych względów dobrze jest uwzględniać kontekst ponadnarodowy, jednakże on nie może być ostatecznym wyznacznikiem, przynajmniej tak długo jak ośrodek narodowy jest odpowiedzialny za przetrwanie państwowości w ramach Wspólnoty. Jednakże jeżeli dojdzie do pełnej federalizacji Unii – nie unikniemy losu pogranicza buforowego, na którym rozładowywanie spięć jest czymś normalnym.

Natomiast w przypadku krótkiego, intensywnego konfliktu nie mamy co liczyć na żadne mediacje, w przypadku wariantu gruzińskiego zrealizowanego na Polsce musimy polegać wyłącznie na sobie.

Wniosek – w naszym interesie jest posiadanie na tyle liczącego się potencjału odstraszania, żeby nieprzyjacielowi nie opłacało się kalkulować nawet poprzez uznanie strat własnych za konieczne – wariantu rozwiązania siłowego. Ze względu na intensywność współczesnych konfliktów, nikt nam nie pomorze w razie jego wybuchu.

Wnioski – czasami wojna naprawdę się może opłacać, zwłaszcza jeżeli i tak z sekwencji wydarzeń inicjowanych przez nieprzyjaciela wynika, że jest nie do uniknięcia. Nie można mieć w tym zakresie złudzeń i opierać się na domniemaniu jakichś praw człowieka, czy też działania organizacji międzynarodowych. Wojna jest czymś tak normalnym jak oddychanie, trzeba się z nią liczyć i brać ją pod uwagę w możliwych scenariuszach rozwoju sytuacji międzynarodowej.

Niestety w razie konfliktu będziemy skazani na siebie i na posiadany potencjał, przy czym niekoniecznie od nas samych będzie zależał jego wynik.

Czas najwyższy, żeby politycy w Warszawie zaczęli mówić ludziom prawdę, zamiast enigmatycznie udawać, że nie ma problemów, które mogą eskalować. Naprawdę nie trzeba wiele, żeby w tej części świata znowu rozpętało się piekło, które pochłonie znaczną część świata. Nie da się bowiem rozważać „tak” i „nie” w przypadku wojny. Będąc krajem z takimi sąsiadami jak my, musimy uwzględniać dla wojny zdecydowane „tak”, ponieważ ona może każdego dnia zapukać do drzwi naszych mieszkań i domów.

Rosyjskie tłumaczenie tekstu [tutaj]

One Comment

  1. inicjator_wzrostu

    Świetny i analitycznie głęboki tekst. Gratulacje dla autora!

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.