Polityka

Władza się zawsze wyżywi

 Słowa „władza się zawsze wyżywi” są przypisywane panu Jerzemu Urbanowi – słynnemu rzecznikowi prasowemu rządu Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Abstrahując od kontekstu, w jakim zostały użyte warto zauważyć, że w konstrukcji swoich odwołań ta wypowiedź jest uniwersalna i bezwzględnie prawdziwa. Zaiste, bowiem nigdy w historii nie było tak, żeby władza nie mogła się wyżywić kosztem swoich poddanych, nawet, jeżeli w kraju była największa bieda spowodowana przez suszę, wojnę lub inne klęski i trudności – dla władzy, konkretnie dla osób uprzywilejowanych z tytułu pełnionych funkcji, jak również szerzej – dla elity uprzywilejowanej z tytułu przywilejów formalnych i posiadanych zasobów – zawsze znajdowała się żywność, lekarstwa, transport itp.

Podobnie jest także obecnie. Niestety w naszym państwie w zasadzie wszystkie najważniejsze – konstytucyjne urzędy publiczne – same wyznaczają swoje budżety, jedynie anonsując Prezesowi Rady Ministrów – Ministrowi Finansów pożądaną wysokość a Sejm je zatwierdza. Nie ma żadnych związków, jakości wypełniania funkcji z otrzymywanym wynagrodzeniem. Podobnie jest w administracji – tu także działa system nakazowo-planowy, jednakże poddany jest kontroli zwierzchników i przełożonych. W 80% przypadków Polski resortowej i samorządowej – konstrukcja budżetu na następny rok, to kopia z roku poprzedniego plus deficyt. Nie ma czegoś takiego jak efektywność, racjonalność, dążenie do minimalizacji kosztów usług publicznych. Zwłaszcza na szczytach władzy, w ogóle nie ma liczenia kosztów, chyba, że chodzi o koszty takie, które dziennikarze z tabloidów mogą zauważyć i obśmiać – to się unika kupowania samolotu pasażerskiego do przewozu VIP-ów, tak skutecznie, aż dochodzi do tragedii.

Słuchając wyjaśnień pani Ewy Kopacz pełniącej funkcję Marszałka Sejmu Rzeczpospolitej Polskiej o „zakładzie pracy”, jako uzasadnieniu dla przyznaniu kolegom wysokich nagród, niejako z obowiązku – przełożonego, można dojść do wniosku, że Polska to fajny kraj. Jednakże, już zwykłe wyjrzenie za okno, pod warunkiem, że nie jest to okno w Kancelarii Sejmu – powoduje konstatację, że z tą fajnością jest raczej względnie.

W kwestii, jaką wywołała pani Kopacz są dwa poziomy odniesienia – pierwszy moralny, czy rzeczywiście przyznawanie sobie samemu przez władzę – wysokich w stosunku do średnich zarobków społeczeństwa nagród jest moralne – zwłaszcza w roku kryzysowym, gdy ludziom zabiera się przywileje, nie rosną progi podatkowe (kolejny rok), a dodatkowo wydłuża się wiek emerytalny! Czy zachowanie ludzi władzy – odpowiedzialnych bezpośrednio za tworzenie w Polsce powszechnie obowiązującego prawa jest w takim kontekście moralne czy nie? Drugi poziom odniesienia jest najzupełniej formalny – mianowicie, czy powinno być tak, że każda władza w tym przypadku Sejm, jako władza najwyższa w RP – sama sobie przyznaje nagrody?

W kwestii pierwszej – w znaczeniu moralnym, każdy może ocenić to sobie osobiście, czy chciałby otrzymać 40 tys. zł nagrody brutto za przyznanie swojej szefowej nagrody w kwocie 45 tys. brutto? Odpowiedzi będą jednoznaczne i nie ma, co się pastwić nad kwestią ludzkich chęci, albowiem wiadomo, że każdy nawet dobrze zarabiający chciałby dostać taką nagrodę, gdyż jest to bardzo dużo pieniędzy w naszych warunkach, na które niektórzy muszą pracować cały rok. Czy pani Kopacz i jej koledzy wicemarszałkowie swoją pracą tak znacząco się wyróżnili (w praktyce zdzierali gardło), że zasługują aż na tyle pieniędzy? Wiadomo, że w odniesieniu do ich uposażeń jest to niewiele więcej niż średnie miesięczne dochody, jednakże w odniesieniu do „średniej krajowej” jest to bardzo dużo, tak dużo, że rok pracy za średnią krajową po ubruttowieniu i uwzględnieniu składek pracodawcy nie starczyłby na tą nagrodę. Można, zatem zapytać ilu przeciętnych Polaków musi płacić podatki na jedną taką nagrodę dla naszych parlamentarzystów? Można także zapytać o wiele innych rzeczy, mianowicie czy na pewno wszyscy wicemarszałkowie się aż tak zasłużyli? Możliwe jest wiele wariantów, nieco bardziej umoralniających ten aspekt postępowania pani Kopacz. No, ale to ona jest władzą i ona decyduje, co więcej nic nie można jej zrobić, bo zawsze wspólnie z kolegami i koleżankami ze swojego zakładu pracy – może przegłosować, że się im od społeczeństwa należy – i co im zrobimy? To się proszę państwa nazywa koszt demokracji! Bolesny koszt! Za który polityk płaci w trakcie wyborów, obecnie uposażeni mogą się cieszyć ze swoich nagród, czas rozliczenie nadejdzie już rychło.

Patrząc na problem formalnie – to nie jest normalne, – ponownie kierując się logiką myślenia przez pryzmat „zakładu pracy”, że pracownik sam ustala sobie pensje! To musi powodować nadużycia i powodować, że dochodzi do sytuacji dwuznacznych moralnie. O wiele bardziej przejrzysty demokratycznie byłby system, w którym np. Prezydent RP – decydowałby jak duże i na jakich zasadach uposażenia i nagrody mogą otrzymywać parlamentarzyści. Natomiast premier, – jako najważniejszy i ostatecznie odpowiedzialny przed Narodem za pieniądze – powinien te kwoty przydzielać. Może tylko Prezydent RP, jako najważniejszy urzędnik państwa – powinien mieć ten przywilej, że sam sobie ustala wynagrodzenie. Niech tak będzie, niech będzie taki koszt demokracji – można się na to zgodzić, żeby Prezydent był ponad wszystkim i naprawdę niezależny. Natomiast nie ma żadnego powodu, żeby nie uchwalić ustawy, w której w ramach widełek pan Prezydent wnioskowałby do pana premiera o określony poziom uposażeń dla parlamentarzystów na daną kadencję Sejmu. Czy to jest takie trudne? Natomiast wynagrodzenia wszystkich najważniejszych urzędników w państwie można spiąć, jako procent uposażenia Prezydenta – w tym znaczeniu jego zachowanie musiałoby być odpowiedzialne i kontrolowane przez parlament, bo jeżeli tenże zatwierdziłby przyjęty przez premiera (rząd) poziom zarobków Prezydenta to wówczas musiałby się zgodzić na podwyżki dla siebie i całej administracji – procentowo o kilka oczek promilowych może procentowych w górę lub w dół w zależności od sytuacji gospodarczej państwa i możliwości budżetowych.

W takim modelu – nikt nie miałby do nikogo pretensji, a cały mechanizm byłby ze sobą powiązany w taki sposób, że wszystko byłoby przejrzyste i w ramach możliwych widełek.

Reasumując – nie można mieć do pani Kopacz pretensji, że dała sobie i wicemarszałkom nagrody. To normalne, prawdopodobnie każdy by to zrobił, gdyby mógł. Natomiast na pewno ten czyn będzie kosztować Platformę Obywatelską procent może dwa – w słupkach poparcia, co zaboli o wiele bardziej niż nie dostanie tych czterdziestu z okładem tysięcy! I bardzo dobrze – na tym właśnie polega demokracja.

One Comment

  1. Po co się czepiać rządzacych o takie pierduły jak 45 000 PLN?
    Przecież menedżer w średniej firmie zarabia więcej niż Prezydent RP, więc jak zapewnić najlepszy dobór kadr do rządzenia?
    Ten tekst jest wybitnie populistyczny.
    Przeceiż dla SZAMBONURKA śmietnikowego, 400-tu złotowe diety radnego dzielnicy w Krakowie są NIEBOTYCZNE!
    A władze wybraliśmy i muszą funkcjonować.
    Bez pieniędzy jest to niemożliwe.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.