Kultura

Wiosną oddech głębszy

 Niczym cytryna

Czekałem akurat na żonę, która lada moment winna nadjechać. Spacerując w tę i z powrotem chodnikiem kątem oka dostrzegłem nagły ruch. Coś nadlatywało. Coś zbliżało się w moją stronę klucząc to w tym, to w innym kierunku. Odwróciłem się zaciekawiony w stronę, z której owo coś się do mnie zbliżało. Zaskoczenie i radosny uśmiech zawitały na mej nieco zmęczonej długiej podróżą twarzy.

Oto zbliżał się do mnie pierwszy tego roku jakżeż wymowny symbol wiosny. Bo czyż może być coś bardziej wiosennego, niźli motyl? A właśnie on nadlatywał ku mnie zakosami. Był coraz bliżej. Minął mnie przemykając nade mną i stopniowo począł się oddalać w nieznane. Stałem wpatrując się weń z fascynacją. Piękny, tak bardzo piękny. I jakżeż wiosenny. W końcu zniknął mi z oczu w oddali.

Jako, że moje oczekiwanie wciąż się przeciągało, powróciłem do monotonnego spaceru. Zapuściłem się kawałek w uliczkę, u której wylotu dotychczas stałem. Okazało się to strzałem w dziesiątkę. Jakieś kilkadziesiąt metrów w górze owej uliczki nagle z jednego z przydomowych ogrodów wyleciał na mnie kolejny motyl. Taki sam, choć z pewnością nie był to ten sam motyl. Ten poprzedni był teraz zupełnie gdzie indziej, daleko stąd. A ten z przed chwilą wyfrunął ot stąd. Także żółciuteńki i żwawiuchny, rozradowany dzisiejszym wiosennym popołudniem.

Wiosny zwiastunie

2015.03.09
Poznań

oczu zmęczonych wesołości
serce me pieścisz
duszę radujesz
uśmiech przynosisz
troski odganiasz
ulgę niesiesz zapomnienia
trwogi odganiasz
zmęczenie odbierasz ciału
wzrok sobą przykuwasz
aż biec chciałoby się z tobą
i tańczyć pod nieba słonecznym błękitem

wiosny zwiastunie
motylu beztroski
żółta iskierko radości

Adam Gabriel Grzelązka

Lekko nie jest

Tak, teraz nie ma już to tamto. Nie da się zaprzeczyć, że oto mamy wiosnę. No bo czym może być coś bardziej wiosennego niż owe motyle? Musi być naprawdę ciepło, aby się one pojawiły. Ale nie tylko one. Nie one pierwsze i nie one jedyne podjęły wyzwanie i odpowiedziały ochoczo na sygnały matki natury. Dały odzew słońcu.

W zupełnie innym miejscu, o wcześniejszym czasie napotkałem innego radosnego owada. Radosnego w sensie przyprawiającego nasze oczy o uśmiech i rozradowującego nam serce. Otóż przyklęknąłem właśnie na rachitycznej jeszcze trawie, aby spakować aparat do plecaka. Wzrok mój przykuł ruch tuż obok mnie. Przyjrzałem się.

Oto tuż obok, ledwo kilka centymetrów od złożonego na moment na ziemi aparatu siedziała między źdźbłami trawy pszczoła. Właśnie słonko, które tak wspaniale dzisiaj dokazywało i przygrzewało, spochmurniało i skryło swe dobroduszne oblicze. Wraz z chmurami gdzieś momentalnie prysł urok dnia. Znów wszystko poszarzało. I zdecydowanie jest nagle zimniej. Skądś nadleciał kąsający może nie zimnem, ale jednak chłodem wiatr. I ta oto pszczółka. Skądś wracała akurat do swego ula. Trudno orzec, jak daleką drogę zdołała już przebyć i jak wiele z niej jeszcze zostało, by mogła się schronić w końcu w zacisznym miejscu swej pszczelej rodziny. W każdym razie na jednej z jej nóżek widniał sporych rozmiarów pyłek kwiatowy. A zatem nie leciała na próżno. Nie wracała z pustymi rękoma. Coś znalazła i pieczołowicie taszczyła to do swoich. I nagle ten wiatr, który utrudnia lot. I chłód sprawiający, że każdy trzepot skrzydeł staje się nie lada wyzwaniem.

Chwilę się jej przyglądałem. Delikatnie i ostrożnie obfotografowałem. Siedziała tak niemrawo dłuższą chwilę niespecjalnie się poruszając na owym źdźble. W końcu jednak odnalazła w sobie jeszcze jakieś ostatnie zapasy sił i z trudem uniosła się w powietrze i walcząc z wiatrem odleciała w sobie tylko wiadomym kierunku.

Oddech pierwszy

Po prawdzie to pierwsze oznaki wiosny dawno już były dane. Gdzieś tak w połowie stycznia. Po prawdzie to trudno znaleźć taki moment tego roku, o którym można by powiedzieć, że była tu zima. W innych częściach Polski, owszem była. Ale tu w Poznaniu niespecjalnie się afiszowała. Byle szron cieszył. Byle ochłapki śniegu. I zmarznąć porządnie, tak zimowym mrozem do szpiku kości być przenikniętym nie było okazji. No zimno, owszem bywało. Tyle, że raczej zimno-jesiennie. Ot parę miesięcy jesieni i znowu wiosna. Oby wiosna, a nie lżejsze postacie jesiennej szarugi i chmurności.

Jesienią ptaki odlatywały i odlatywały, i odlatywały. Nie spieszyło im się. Niektóre tak mniej więcej o czasie, w sezonie. Ale i długo po nim niebem ciągnęły klucze gęsi i kaczek. Gdzieś tam dalej, ku cieplejszemu południu. Kiedyś tam przemknęło przez okolicę stado dzwońców. Zatrzymało się na solidny popas i zniknęło następnego dnia. Kwiczoły owszem pojawiły się, ale jakoś nieliczne i po dziś dzień ciężko je napotkać. Ot jeden tu, drugi trochę dalej. I tyle. Żadnych spektakularnie dużych stad. A nie, przepraszam, kiedyś widziałem łysą koronę drzewa przez nie obsadzoną. I właśnie wtedy kwiczały do siebie w najlepsze.

Nadszedł styczeń. Żadnej różnicy. Ni to cieplej, ni to zimniej. Czasem deszcze. Albo silne wiatry. Zazwyczaj ponuro. Ale i słonko niekiedy. Ot, jesienna mieszanka pogodowa. Nic specjalnego. Niby to mróz się zapowiadał, odgrażał, że przyjdzie falą i da o sobie znać. Ale podwinął ogon w połowie zdania. I tyleśmy go widzieli. Co najwyżej po dziś dzień podkąsuje sobie nocnymi przymrozkami od czasu do czasu.

Nadszedł styczeń i przemijał co dnia. Rok starzał się powoleńku jak to ma w zwyczaju o tej porze. Niby już nowy, ale jeszcze dopiero co, jeszcze prawie nie zaczął się, jeszcze niemal go nie ma, jeszcze daty się mylą… I znów nieco się ociepliło. Bez szaleństw, ale jednak powyżej zera. Z wahaniami podbijając termometr do pierwszej dziesiątki nad zerem.

Pojawiło się pierwsze niewielkie stadko. Pomknęło na północ. Pojawiło kolejne. I jeszcze jedno. I znów. A potem coraz większe, coraz częściej. W końcu niemal codziennie jakieś powracające stado dostrzegałem, słyszałem jak darło się z przestworzy.

Dziś za to istna podniebna autostrada. Parę, jak nie paręnaście razy do samego południa od wczesnego poranka stad nade mną przemknęło. Inna sprawa, że byłem w tym czasie na skraju miasta. Widać w tym miejscu sporo stad wędruje sobie w najlepsze. I nie jakieś tam maleńkie stadka po kilka czy kilkanaście ptaków. Ale całkiem okazałe na sztuk kilkadziesiąt. Mknęły jedne za drugimi. Albo obok innych jakby się ścigały, które powrócą pierwsze.

Poznań, 2015.03.09
Autor: Adam Gabriel Grzelązka

One Comment

  1. Na temat motyli: w mojej piwniczce (trzymam tam węgiel) przetrwało zimę 7 motyli i 3 ćmy, na razie się nie budzą i dobrze gdyż temperatura nocą to zero stopni C.

    Opiszę zabawną historyjkę, która osobiście mnie dotyczy.
    Jadąc rowerem, zamiast patrzeć przed siebie gapię się w niebo i wypatruję latające ptaki oraz snujące się po niebie obłoki. Tym sposobem udało mi się wjechać do rowu i na dodatek w chaszcze, ponieważ było lato mój strój był skąpy a ja z opresji wyszłam podrapana, wyglądało to jak przemoc w rodzinie. Samochodziarzy uprzedzam, była to polna droga i proszę się nie fatygować z wpisami jak to rowerzyści zagrażają kierowcom samochodów.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.