Kultura

Wilkiem do lasu XXXV

 Jezioro Biezdruchowskie

Nowe jezioro, nowe możliwości. Każdy zbiornik wodny ma zawsze coś nowego do zaoferowania. Coś, czego akurat może nie być w poprzednio odwiedzanym. Albo po prostu wygląda inaczej. Inny ma kształt. Inna występuje tu roślinność i z inną intensywnością wdziera się w toń wody. Inne można także napotkać tutaj ptactwo. A to akurat interesuje mnie obecnie najbardziej. Mikroświat niespodzianek.

W mowie serca I

2014.06.02
Poznań

szepczesz me imię
słyszę wiatr

powiew ciepła
omiata mi twarz
drżę

ja istnienia trzcina krucha
dopalam się
w tchnieniu delikatnym
Twego Słowa

Adam Gabriel Grzelązka

Przyjechaliśmy nad wodę z dzieciaczkami późnym przedpołudniem. Plaża niewielka, ale darmowa i strzeżona. Znaczy strzeżona to będzie dopiero popołudniem, ale wtedy to my akurat już się zwijamy z powrotem. W miarę pusto. Kąpielisko otoczone pomostem mola, które zakręca i powraca ponownie na ląd tworząc całkiem spory prostokąt w miarę bezpiecznego miejsca do kąpieli. W jednym narożniku kąpie się jakaś grupa dzieciaków. W pozostałej tu i ówdzie jakiś dzieci miejscowe. Podjeżdżamy niemal do samej plaży. Rozładowujemy się z naszym bagażem i dzieciaczkami. Samochód trafia następnie na pobliski parking, a dzieciaki lądują na kocyku w cieniu. Ja biorę najmłodszą w wózeczek i ruszam zwiedzić najbliższą okolicę.

Zapuszczam się w alejkę okalającą jezioro. Wkrótce asfalt się kończy, a alejka przechodzi w śródleśną niezbyt szeroką, za to solidnie zacienioną ścieżynę. Plus taki, że chłodno i przyjemnie. Niewielka ilość owadów nie daje się natarczywie we znaki póki co. Jest i minus. Widok na jezioro przesłonięty gęstym zwartym listowiem drzew i krzewów. A nawet gdyby nie owe drzewa i nadbrzeżne krzewy, pozostaje jeszcze szuwarowisko. O tej porze roku zwarte, gęste, zielone i dostatecznie wysokie, by skryć to, co słychać tuż za, na tafli jeziora.

Mimo to brniemy dalej. Wcześniej, czy później przecież coś się może trafić. Na pierwszy ogień poszło molo. Kawałek za molem pływają cztery młode ptaki. Nieopodal łyska z młodym, ale już sporym pisklęciem. Owe cztery wspomniane to także łyski, tyle że już starsze. I trochę niepodobne na pierwszy rzut oka do dorosłych ptaków. Nad wszystkim unoszą się dwie mewy. Nic w sumie ciekawego. Ale dobre na początek. W końcu to kąpielisko. Duży ruch. Ludzie. Ptaki wolą miejsca spokojniejsze. Szczególnie jeśli mają pod opieką młody przychówek.

Alejka

Mam nadzieję, że w dalszej okolicy będzie i spokojniej i ciekawiej. Zagłębiam się w leśną alejkę. Mała śpi. Czasem przemknie jakiś motyl. Próbuję zdjęć. Niestety w ustawieniu supermacro nie dają się podejść na minimalną odległość. A na zwykłym nie wypełniają zbyt wielkiej części kadru. Nic więcej nie wskóram z tymi płochliwymi owadami. Tu trzeba okazji. Czasem bowiem przydarza się okazja i wówczas będąc gotowym na takie coś z ostatniej chwili można złowić niezłe ujęcie z bardzo bliska. Motyle są takie piękne, szkoda, ze zarazem takie płochliwe. Są jednak sytuacje, kiedy można je spokojnie fotografować z bardzo bliska. Po deszczu, nad ranem, kiedy jest dostatecznie chłodno i motyle stają się bardzo niemrawe. Nie uciekają. Pozostają niemal w bezruchu.

Od czasu do czasu gęste zarośla skrywające brzeg jeziora przecina ścieżynka prowadząca nad samą wodę. To miejsca wydeptane i oczyszczone przez rybaków licznie tu widać zasiadających. Dziś spotkałem jedynie dwóch. Zaś stanowisk najmniej kilkanaście. A przecież w sumie obszedłem jedynie część jeziora. Innego dnia, przy innej okazji zapuściłem się całkiem daleko w tę alejkę z nadzieją, że uda się jezioro obejść w całości. Okazało się to niewykonalne. W każdym razie ze spacerówką. Ścieżka wchodzi w szuwary, na bagna. Dalej można iść tylko samemu, bez wózka. Być może jakąś inną odnogą dałoby się pójść dalej, lecz tego sprawdzić już nie miałem okazji.

A na wodzie…

Rzeczywiście, warto było się przejść w tę okolicę. W jedną ścieżynkę zeszedłem, aby się rozejrzeć, co tam nad wodą. Trzciny rozszerzały się łukiem robiąc spore okienko w trzcinowisku. W tym prześwicie ukazały mi się perkozy. Niewielkie stadko. W tym jedna samica z maleństwem. Nim zniknęły za ścianą zieleni udało mi się zrobić nieco zdjęć. Samicy z młodym nie udało mi się już spotkać ponownie, ale te duże, dorosłe w drodze powrotnej napotkałem ponownie. Daleko dalej zresztą już tą alejką nie zaszliśmy. Wiele nie było też do napotkania. Poza maleńką martwą myszką. I oczyszczonym z mięsa szkieletem lisa zatopionym w rudej sierści. Dokładnie oczyszczony, objedzony. Ciekawe, że przeleżał tutaj do czasu, aż okoliczne robactwo i mrówki zdołały oczyścić szkielet. Ścieżka bynajmniej nie wyglądała na nieuczęszczaną. Nikomu najwyraźniej lisie ścierwo nie przeszkadzało. Chyba, że padł i został obgryziony zimą. Co wcale niewykluczone. Mimo to i tak musiał go czasem ktoś mijać. Sama się przecież ścieżka nie wydeptała.

Czas nieuchronnie się kurczy i pora wracać. W drodze powrotnej kolejna seria zdjęć wspomnianym perkozom. Tym dużym, dorosłym. Trochę bawiliśmy się w ciuciubabkę. Co podchodziłem bliżej, kryły się za linią zieleni odpływając wzdłuż brzegu. Wtedy ja za wózek i do następnej przecinki rybaczej. Kilka zdjęć nim perkozy popłynęły dalej. I tak po kilkakroć. W końcu nasze drogi się rozeszły. Perkozy w swoją odpłynęły drogę, a ja powróciłem na plażę.

Może uda się jeszcze powrócić tutaj i wskoczyć w kajak. Byłoby ciekawie opłynąć to niewielkie jeziorko i popróbować porobić zdjęcia od środka. Jeżeli ptaki zdzierżą mą obecność, będzie można uwiecznić na negatywie wszystko to, co z brzegu nie jest dostępne.

Poznań, 2014.07.04
Autor: Adam Gabriel Grzelązka

One Comment

  1. Będąc w lesie, nad wodą lub na wodzie głównie zwracam uwagę na otaczającą przyrodę. Swego czasu starałam się sfotografować kaczki, perkozy, łabędzie, wydry (te ostatnie tak jak łabędzie nawet dokarmiałam). Od pewnego czasu nie robię zdjęć natomiast mam te widoki zapamiętane w swojej skrzynce.Artykuł przyjemny zwłaszcza na “ołowianą” jesień.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.