Kultura

Wilkiem do lasu XXX

Heja ho, na spacer się szło

Pora była wczesna. Jak na mnie nawet dość bardzo. Dostatecznie wczesna i dostatecznie ładna, aby wybrać się na dłuższy spacer. Korzystając z okazji, że z trójki podopiecznych została mi dwójka, zdecydowałem pójść w okolice niedostępne mniej lub bardziej dla bliźniaka z przystawką. Maluchy właśnie są po jedzeniu. Przewinięte, przebrane, zapakowane w wózek. Na dół do koszyka cały zestaw akcesoriów. Aby móc pozostać dłużej zabieram wszystko, co może się przydać w drodze, a co pozwoli niepowracać po zwyczajowych 2-3 godzinach. Szykuje się ciepły dzionek, zabieram wiec dodatkowo małe butelki i napój dla dzieciaczków. Także dużą butlę z wodą dla siebie. Z pewnością już wkrótce będzie przypiekać z tego pięknego błękitu.

Podążam najkrótszą drogą nad Maltę. Zasadniczo mógłbym wybrać inną trasę. Przejść bliżej ZOO. Zdecydowałem się jednak zahaczyć o kraniec Jeziora Maltańskiego. Rzut oka, czy nie kręci się tu gdzieś mandarynka. Spotykałem ją tutaj całą zimę i wiosnę. Kręciła się wraz z krzyżówkami. Samotna, jedyna.

Nie było. Idę zatem dalej. Z prawej mijam źródełko. Wypływa tutaj woda z wyprowadzonej z obmurówki rury. Można tu często spotkać rowerzystów napełniających swe bidony świeżą zimną i całkiem smaczną wodą. I nie tylko rowerzystów. Także biegaczy i zwyczajnych spacerowiczów. Niektórzy nawet przyjeżdżają niewielkimi wózkami i napełniają załadowane do nich wielkie butle i kanistry na wodę. Sam niekiedy zatrzymywałem się tutaj, aby ugasić pragnienie.

Skręcam w lewo. Źródełko pozostaje z tyłu. Przede mną cienista mocno szeroka ścieżka wspinająca się w górę. Po prawej strome zbocze porosłe głównie sosnami. Rzadkie krzaki. Czasem jakieś drzewo liściaste. Pośród runa buszują w ściółce i liściach kosy. Łatwo je rozpoznać w momencie, gdy zaczynają się poruszać. One nie chodzą. One biegają. Biegną jakby im się jakiś motorek włączył. Jakby ktoś puścił film na przewijaniu. Zupełnie inaczej poruszają się kwiczoły. Gdy jest ciemno i nie daje się na pierwszy rzut oka dostrzec kolorów, właśnie sposób chodzenia odróżnia oba ptaki. Poza tym kwiczoły często stają słupka. No i są nieco większe od kosów. Za to kosy w charakterystyczny sposób przegrzebują zeschłe liście. W tej okolicy, na owym zboczu mijanym z prawej, zdarzało mi się napotykać biegające wiewiórki.

Po lewej zaś, poniżej ścieżki, sporo poniżej, jakiś metr może nawet więcej niż dwa z początku, widać rozlewisko Cybinki. Teraz jest całe zielone, porosłe rzęsą wodną. Tafla wody poprzetykana jest wysokimi olchami.

Teraz, gdy drzewa obicie pokryły się liśćmi, jest tu pomimo słonecznego dnia, dość ciemno. Niewiele światła tutaj dociera. Wiosną, szczególnie wczesną, było tu dużo jaśniej. Nagie kikuty drzew niczego nie przysłaniały. Wówczas, gdy natrafiałem na dzięcioła dużego, mogłem go przy odrobinie szczęścia i skupienia fotografować. Dziś przechodząc tędy także się za nimi rozglądałem. Żadnego nie znalazłem. Uchem łowiłem wiele różnych dźwięków ptasich, ale żadnego dzięciołowego bębnienia. Widocznie akurat wszystkie wyniosły się w inną okolicę. Dużo tu drzew. Duży park. Mają więc gdzie sobie polatać. Mnie pozostają jedynie szerokie ścieżki, które pomieszczą pchany przede mną bliźniak. Co prawda jego duże koła pozwalają poruszać się nawet po trudnym terenie, niemniej jednak o wejściu w las ot tak w dowolnym miejscu nie ma nawet co pomarzyć.

Co ciemności lasu skrywają?

Już miałem odejść. Już miałem się oddalić. Już miałem udać się w dalszą wędrówkę. Już miałem. Coś mnie jednak powstrzymało. Coś sprawiło, że zamiaru swego poniechałem. Powolnym ruchem wydobyty z przewieszonej przez ramię torby aparat już się załączał i wskazujący palec przytrzymywał dźwignię zoomu. Uniosłem go w górę, namierzyłem to, co mnie przyciągnęło, powiększyłem zbliżenie i spróbowałem zrobić zdjęcie mając nadzieję, że pomimo niekorzystnego braku światła, jednak wyjdzie. Że jednak będzie dobre. Że nie będzie poruszone. W takich warunkach, szczególnie przy dużym wysunięciu obiektywu, mój aparat ma duże problemy z wyostrzeniem. Zbyt mały kontrast sprawia, że procesor głupieje i nie wie, na czym ma się skupić. W efekcie robi się loteria. dopiero w domu, na laptopie sprawdzę, co i jak wyszło. Jedyny sposób na radzenie sobie z zaistniałą sytuacją to zrobienie jak największej ilości zdjęć. Im ich będzie więcej, tym większa szansa, że choć kilka z nich będzie wystarczająco dobrych.

Gdyby to jednak było takie łatwe. Gdyby to był jedyny problem. Niestety obiektem zdjęć nie była mroczna i urocza ścieżka, ani rosnące wokół drzewa czy nawet kwitnące u ich stóp drobne kwiatki. Byłoby mi łatwiej, gdybym był tu całkowicie sam. Niestety ten warunek także nie był spełniony. Dzieciaczki nie spały i już zaczynało im się przestawać podobać to, że ich pojazd nie poruszał się, lecz bezradnie stał w miejscu. Domagały się mojej uwagi. Przerwałem wpatrywanie się w cienie między drzewami i przeczesywanie listowia.

Chciał nie chciał, muszę zająć się wózkiem. Powolne ruchy uspokajają moich małych pasażerów. Tak, to jest to o co im chodziło. Spaceruję powoleńku to tam, to z powrotem. Zapada cisza. Bynajmniej jednak maluchy ani myślą iść spać. Ani myślą się choćby zdrzemnąć. To ułatwiłoby sprawę. Mógłbym tu pozostać dłużej, poczekać na kolejną okazję. Wśród drzew tymczasem nic się nie dzieje. Pusto. Cisza. Bezruch. Trudno. Nie ma co tu dalej tkwić. Czas iść dalej. Przed nami jeszcze daleka droga. Na dziś przewidziałem naprawdę długi spacer.

Podchodem go, podchodem

Już, już, gdy nagle coś. Odwracam się. Jakiś ruch między liśćmi. Tak, teraz słyszę wyraźnie. Jest tam. Nie widać stąd. Muszę jakoś dotrzeć bliżej. Znaleźć dobry punkt, z którego będzie wszystko widać i da się zrobić jeszcze chociaż jedną dobrą fotkę. Wjechałem wózkiem w jakiś zaułek. Biegną tutaj napowietrzne rury wodociągowe. To nieco komplikuje sprawę. Miejsce, z którego dobiega interesujący mnie dźwięk, znajduje się po drugiej stronie owych wielkich rur. Ani je ominąć. Ani na nie jakoś wejść w tym miejscu. Próbuję się przecisnąć pod nimi. Niewiele to zmieniło.

Dzieciaczki znów zaczynają się niepokoić. Próbuję łączyć oba cele. Nie da się być i tu i tu. Nie da się podchodzić, szukać i bujać wózek. Trochę więc zajmuję się dzieciaczkami, trochę – gdy milkną – przepatruję okolicę – i gdy pojawia się szansa – naciskam spust aparatu.

Wspaniały dzień. Wspaniała okazja. Jedyna, niepowtarzalna i jak dotąd pierwsza. Zdarzało mi się słyszeć od różnych napotykanych osób i fotografów, że tu, tam czy jeszcze gdzie indziej można je napotkać. Ja sam jednak nigdy och jeszcze nie widziałem. Ani razu. To, co dziś zobaczyłem po raz pierwszy na własne osobiste oczyska, przerosło moje oczekiwania. To mój pierwszy czarny dzięcioł. Piękny, ogromny. Szkoda, że takie trudne warunki do fotografowania mnie tu zastały. Gdyby chociaż siedział spokojnie przez dłuższy czas w jednym miejscu na pniu czy gałęzi – byłoby mi łatwiej. Miałbym więcej czasu na celowanie, kadrowanie i ostrzenie. Jemu jednak ani na myśl to nie przyszło. Albo chował się między liście i tylem go widział, albo gdy go widziałem jak przyczepiał się do pnia, skakał po nim niczym mała kózka. Pozostawiało to niewiele czasu na pochwycenie go w kadr. Wiele zdjęć, wiele nieudanych ujęć. Ale na szczęście nie wszystko stracone. Dosłownie na kilku fotkach go widać. Może nie są to najlepsze zdjęcia, na pewno nie takie, jakie chciałbym mieć, ale są i jest pamiątka z tego naszego spotkania.

Wydobywam

2014.05.10
Poznań

będzie wydobyte
będzie dane
zajaśnieje blaskiem

kto zechce temu
na końcu będzie języka
i dalej w głąb ku serca dnie
podaży
nic nie zatrzyma słów
które wydobywam
nic nie stłumi światła
nic nie skryje ich blasku

Adam Gabriel Grzelązka

W końcu odleciał gdzieś w głąb lasu, a my – ja i dzieciaczki – poszliśmy na wspominany tu i ówdzie długi, długi spacer.

Poznań, 2014.06.23
Autor: Adam Gabriel Grzelązka

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.