Wilkiem do lasu XXVII

Kaczka z dziada pradziada

Kaczki na stawach parku Sołackiego są od zawsze. Odkąd zająłem się fotografią przyrodniczą, napotykam je częściej. Tak to już bywa z hobby. Im głębiej się w nie wnika, tym człowiek staje się uważniejszy, tym wnikliwsze ma oko. I uważniej się im przyglądam. Można powiedzieć, że ich życie prywatne znalazło się w centrum mojej uwagi. Szczególnie gdy to życie rodzi nowe życie. I właśnie o nowym życiu będzie poniższy esej. O kaczych potomkach. O kaczątkach.

Kaczek jest sporo. Nie tyle, ile było tu zimą. Szczególnie tej poprzedniej zimy, kiedy to kaczki zapełniły sobą nie tylko tafle zamarzniętych stawów, ale i tłumnie wyległy na wszelkie ścieżki. Tak tłumnie, że nieomal było niepodobna przejść nimi (alejkami, nie po kaczkach!), aby się o jakąś kaczkę nie otrzeć. Było ich wtedy tak na oko tysiące. Nie było miejsca, gdzie kilkunastu kaczek się nie napotykało.

Tegoroczna zima była łagodna, więc i zimujących kaczek w parku było mniej. Ciepło sprawiło, że dawały sobie doskonale radę same i nie skupiały się już w miejscach, w których byłyby dokarmiane. Tylko nieliczne zamieszkały w Parku. Gdy zaś nadeszła wiosna, i one odleciały. Powróciły te, które tu będą do zimy. Oczywiście znalazły się i takie, które tu cały rok. Które nigdzie się stąd nie ruszały. Którym tu wystarczająco dobrze, aby cały czas tutaj.

Wiosna połączyła kaczki w pary. Dwie z nich doczekały się potomstwa. Jednej parze kaczek towarzyszyły trzy pisklęta. Towarzyszyły, albowiem obecnie owe trzy kaczuchy już ani pisklęta, ani z rodzicami. Podrosły, opierzyły się i właśnie niedawno usamodzielniły. Od dorosłych różnią się jedynie rozmiarami. Nadal pozostają nieco mniejsze. I trzymają się nadal razem. Czasem jeszcze z matką. Ale często zupełnie same.

Druga para nadal wodzi swoje małe. Różnica miedzy oboma lęgami, nie jest jak się zdaje, większa niżli tydzień do dwóch, góra trzy. Zatem i te lada dzień się usamodzielnią i odłączą od wszechobecnego kaczora i kaczorzycy. Ta obecność kaczora, samca, jest interesująca. W fachowej literaturze często jest mowa o tym, że samce opuszczają matki po wykluciu małych. Tymczasem tutaj obserwuję wyraźnie dwie pary: samca i samicę wodzące i chroniące wyraźnie swe młode. Póki co jednak wciąż jeszcze razem. Już raczej kaczuszki niźli pisklęta. Pisklęcy bowiem puch i tu także już został zastąpiony przez kacze pierze. Jak się okazuje, same samiczki. Ani jednego kaczora. W każdym razie póki co żadne z nich nie nosi cech charakteryzujących samce. A przecież u krzyżówek owe różnice w upierzeniu są bardzo duże i zauważalne. Chyba, że to dopiero później da się dostrzec i póki co moje obserwacje pozostają niepewne z powodu braku wiedzy i doświadczenia. Czas pokaże i zweryfikuje moje przypuszczenia.

Wylęgi sołackie

Odkąd sięgam pamięcią, były właśnie dwa tegoroczne wylęgi: potrójny i pięciokrotny. Chyba, że pierwsza kaczka straciła jaja lub pisklęta nim je pierwszy raz napotkałem. Może tak, może nie. Mogło być tak, że po prostu złożyła tylko trzy jaja.

Z drugiej strony widywałem w parku szczury wodne. Co prawda dawno, ale za to sporą gromadką. To, że obecnie nie widać ani jednego, nie oznacza, że gdzieś tutaj sobie nie żyją w najlepsze. Może po prostu nie dają się obecnie zauważać. Dziś dal odmiany napotkałem płynącą o świcie wydrę. Do tego dochodzą chociażby sroki. Niekiedy tu i ówdzie napotyka się skorupki jajek. Trudno zgadnąć, które są efektem wylęgu, a które padły ofiarą któregoś z okolicznych smakoszy. Niekiedy jednak ślady wskazują na to drugie, gdy skorupka jeszcze świeża i towarzysza jej ślady rozlanego żółtka. Niektóre opadłe skorupki oznaczają, że tam w górze, nad głową, w koronie drzewa coś się wylęgło. A czasem, że jajko zostało po prostu zjedzone. Wykradzione z gniazda rodziców. Cóż, naturalna kolej rzeczy.

Wróćmy jednak do kaczek i ich piskląt. Stosunkowo łatwo je odnaleźć. Wystarczy bowiem rozglądać się nie tyle za pisklętami, co raczej za kaczą matką. Jej charakterystyczna, wysoko wyciągnięta stójka jest dostrzegalna z daleka. Tam, gdzie czuwa matka, tam śpią lub też baraszkują w wodzie jej dzieciaczki. Wówczas wystarczy powoleńku i bardzo ostrożnie podkraść się i sycić oczy tym cudem natury. Jeśli zachować wystarczająco dużo ostrożności, pozwalają podejść się całkiem blisko. Dawno już utraciły swoje naturalne środowisko i zmuszone przystosować się do środowiska tak mocno przekształconego przez człowieka, próbują jakoś wśród nas koegzystować. Ważne, aby im nade wszystko nie przeszkadzać. nie straszyć. Nie przeganiać. Nie podchodzić zbyt blisko. Ale nade wszystko nie krzywdzić. Aby wodze swej ludzkiej bezdennej głupoty trzymać w ryzach.

Poznań, 2014.06.25
Autor: Adam Gabriel Grzelązka

One thought on “Wilkiem do lasu XXVII

  • 10 sierpnia 2014 o 19:16
    Permalink

    Za oknem mam widok na łąki, od kilku dni obserwujemy jak mama sarna ze swoim dzieckiem przychodzi omal pod okna aby młode poznało teren, jest tu dużo zielonej trawy. Dodam, że zimą zarówno sąsiad jak i my staramy się dostarczyć sarnom siano, które pozostaje po koszeniu działki. W sadach pozostawiamy też spady owoców aby pomóc sarnom przetrwać zimę. Jak chodzi o dokarmianie zimą lisów to idzie łatwiej,zwyczajnie lubią psią karmę. Uważam, że bardzo istotną rzeczą jest pomagać wszelkim stworzeniom np. w czasie upałów wystawiać wodę, ptaki, bezdomne psy i koty bardzo jej potrzebują.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.