Kultura

Wilkiem do lasu XVI

 Koniec-nie-koniec

Opowieść o łabędziach goszczących przelotem na sołackich stawach miała być końcem opowieści o tych wspaniałych ptakach. Twórcza wena, jaka nawiedziła mnie tej niedzielnej nocy podczas pisania powyższej narracji wyczerpała zasadniczo temat. Pozostało jedynie tekst przejrzeć, poprawić literówki, dopowiedzieć to i owo gwoli objaśnienia, zilustrować wierszem i podesłać redakcji.

Tak miało być. Przez wzgląd jednak na porę tyleż późną, co nocą dojrzałą, tekst nie poszedł mailem. Ze względu na objętość w zgodzie z przyjętymi założeniami, coby jednorazowo nie ciągnąć eseju zbyt długą jednorazową narracją i nie nudzić czytelnika tym samym gdyby niespecjalnie opowieść przypadła mu do gustu, zamiarowałem za dnia podzielić go na dwie dopełniające się treści. Ale nie posłałem. A nadeszły w międzyczasie dzień sam niejako dopowiedział ciąg dalszy eseju.

Pragnę słów

2009-08-24
Poznań

słów natchnionych
wzniosłych delikatnych ulotnych

pragnę słów
słów doniosłych ważkich
brzemiennych swą mocą

myśli we mnie niespokojne
pragną słów
by wyjawił się sens
pragną słów
bym wyrazić się mógł

Adam Gabriel Grzelązka

Tymczasem nastał dzień. Odespałem późno zarwaną kolejną noc. A dzień okazał się piękny, ciepły słoneczny, radosny, wiosenny. Nie, tego nie można zmarnować. Nie można zaprzepaścić. Chociaż na Cytadelę zajrzę. Szczęście może dopisze i dzięcioła zielonego napotkam. Albo tego małego lub średniego, bo pewności nie mam co do zdjęć, które kiedyś udało mi się tam. Może znów będzie mi dane go odnaleźć. Niestety. Nadzieje płonne. Słychać, słyszałem. Ale nie udało się wytropić.

To może dalej, nad Wartę, na ten nowy spacerniak, co go jesienią kryli asfaltem. Ale i tu niewiele ciekawych napotkałem rzeczy. Owszem dzięcioł był, ale duży. Garść sikorek. Kaczki krzyżówki. Mew stadko niewielkie. I dużo przechodniów. Idę więc dalej.

Między trzciny

Minąłem ogrody działkowe. Przeszedłem między filarami mostu. Dalej rzeka zakręca szerokim łukiem w lewo, by znów względnie prosto płynąć sobie spokojnie dalej. Początkowo zamierzałem iść możliwie blisko brzegu. Ale spostrzegłszy wielość samochodów domyślałem się licznego wysypu wędkarzy. Nie ma tam co iść. Ptaki pewnie spłoszone gdzie indziej już odleciały. Godzina zresztą nie najszczęśliwsza. Najhałaśliwiej bowiem jest o świcie i wieczorem. W południowych zaś, jak teraz godzinach, ptaki wyciszają się i mniej aktywne pozostając stają się trudniejszymi do odnalezienia.

Niewiele myśląc poszedłem środkiem. Z jednej strony wysoki nasyp, a na nim estakada miejskiej obwodnicy. Z drugiej szpaler nadbrzeżnych drzew. Pośrodku pokryta uschłymi zeszłojesiennymi badylami zalewowa łąka. Tu i ówdzie wydeptane ścieżki. A nawet wyjeżdżone samochodami dróżki. Jedną z nich zapuściłem się w głąb tych chaszczy. Ku owemu oczku, o którym mowa była przy pierwszej wzmiance o łabędziach. Jest sucho, więc bano pewnie mocno podeschnięte i nie będę się jakoś mocno zapadał. A i wiatr zrobił swoje łamiąc większość z rosnących tu kiedyś bujnie trzcin.

Nad wodą

Dotarłem do kępy drzew. Pokręciłem się tu i ówdzie rozglądając ciekawie. Towarzyszył mi wiosenny zaśpiew sikorek. I dalekie pokrzykiwania dzięcioła. Podmokła ziemia była mocno poryta. Najwyraźniej jest to jedno z często, jeśli nie codziennie, odwiedzanych miejsc przez jakieś stadko dzików. Swoją drogą, ciekawe, gdzie kryją się teraz… Dotarłem do lisiej nory. Stare wejście jakby się zapadło, ale niedaleko było nowe, o czym świadczył całkiem pokaźny wzgórek świeżego żółtego piasku i licznie odciśnięte łapki. Poszedłem dalej, ku wodzie. Minąłem ostatnie ocalałe trzciny. Z tego końca stawu rosły gęściej i będąc lepiej chronionymi przez pobliskie drzewa, ocalały nawałę jesienno-zimowego wiatru.

Po kilku krokach ukazał się brzeg. Od wody dzielił mnie pień zwalonej wierzby. Ziemia nieco uginała się pod butami, ale się nie zapadałem. Dobry znak. Da się przejść. Brak śniegu, brak deszczu zrobiły swoje. Tafla wody wyraźnie się cofnęła, a ziemia solidnie podeschła. I choć zachowywała wilgoć, dawało się po tym czymś chodzić bez obaw zgubienia w bagnie buta.

Wzrok mój padł najpierw na pobliskie kaczki. Potem przeniósł się w głąb i… I były. Przyleciały. Całkiem możliwe, że to ta sama para, którą widziałem tu jesienią. Akurat robiły stójkę zanurzając swe długie szyje pod wodą i wygrzebując coś smakowitego z dna. Poszedłem wzdłuż zwalonego drzewa lekko się za nim kryjąc. Niespecjalnie się mną przejmowały. Pływały w najlepsze. Czasem zanurzały się stając w pionie kuprami ku niebu. Zrobiłem serię zdjęć i postanowiłem nieco oddalić się od wody, aby podejść bliżej.

Poszedłem miedzy drzewa, aby pomiędzy nimi przecisnąć się i zejść z drugiej strony tego zadrzewionego niewielkiego cypla wrzynającego się w wodę. Tymczasem oba łabędzie zbliżyły się. I tak oto, gdy wyszedłem spomiędzy drzew i zmierzałem ostrożnie, powoli, stopa za stopą ku wodzie, one pływały ledwo kilkadziesiąt metrów przede mną.

Tuż przy brzegu wypatrzyłem sporą odłamaną gałąź. Wyglądała sucho i na tyle solidnie, że może zdoła wytrzymać i nie rozpaść się, gdy zechcę na niej przysiąść. Byłoby to wygodniejsze, niż kucanie i lekkie zapadanie się w podmokły bądź co bądź grunt.

Ptaki tymczasem zajęły się toaletą swych piór. Korzystając z tego, że nie są zainteresowane wyraźnym obserwowaniem mnie, ostrożnie podkradłem się. Nie reagowały, nie uciekały. Gałąź choć spróchniała, okazała się dostatecznie mocną. Przysiadłem. Ech, znów ubłocę sobie i spodnie i przede wszystkim buty. Ale co zrobić. Nie ma wyjścia. Ściągnąłem plecak. Zdjąłem torbę. Aparat położyłem na kolanie. Odchyliłem panel. Skierowałem go na ptaki. Ustawiłem zbliżenie. Zdjęcie po zdjęciu utrwalałem pływające niedaleko mnie łabędzie. Gdyby nie podpłynęły akurat same w to miejsce, tam gdzie były poprzednio, nie zdołałbym je podejść aż tak blisko bez wchodzenia w wodę. A tego zdecydowanie czynić nie chciałem. Ot, szczęście dopisało nieoczekiwanym bonusem.

Tymczasem łabędzie przybierały różne komiczne pozy wyciągając raz jedną, raz drugą nogę i czyściły sobie pióra. Wreszcie ich zabiegi dobiegły końca. Można powiedzieć, że zwinęły się w kłębek i zapadły w poobiednią sjestę. Ta, zeszła mi dobra godzina i jeszcze trochę kolejnej na ich obserwacji. Nie zapowiadało się, aby miało się teraz przez jakiś czas coś ekscytującego wydarzyć. Chyba że coś lub ktoś je spłoszy i przerwie im błogi wypoczynek. Pora się powoli oddalić. Ostrożnie wstałem, zabrałem torby i krok po kroku odszedłem pozostawiając łabędzie samym sobie. Zabrałem ze sobą wspomnienie, radość spotkania i kilkaset zdjęć.

W zeszłym roku widziałem tu tylko parę dorosłych ptaków. Być może właśnie te, co dzisiaj je obserwowałem. Albo nie miały lęgu, albo go utraciły. Chyba, że młode odleciały gdzieś same. W końcu była to już późna jesień. Ciekawe, jak będzie w tym roku. To najbliżej znajdujące się łabędzie. Dużo bliżej niż te nad Kiekrzem. Jeśli nikt, ani nic ich nie spłoszy, będzie można się im dokładniej poprzyglądać. Może będą miały młode i będę mógł i je obfotografować. Póki przynajmniej nie zakryje wszystkiego nowo wyrosła trzcina. A sądząc po rosnących temperaturach, zacznie się to już niestety niedługo. Ech, przydałby się niewielki pontonik, aby móc zapuścić się na lustro wody i robić zdjęcia z drugiej strony szuwarów.

Poznań, 2014.03.09
Autor: Adam Gabriel Grzelązka

3 komentarze

  1. Wierny_Czytelnik

    Łabędź jest pięknym ptakiem 🙂

  2. inicjator_wzrostu

    Zachwyca mnie ta poezja DNIA CODZIENNEGO!
    Pędzimy i nie widzimy wokół siebie piękna i dobra.
    Do to są nierozłączne sprawy.
    Pozdrawiam Autora!

  3. Zgadzam się, że przydałby się niewielki pontonik. Od strony wody brzegi jeziora wyglądają inaczej, bardziej tajemniczo a i łabędzie chętniej podpływają, licząc na jakieś dożywienie. Ja dokarmiałam łabędzie chlebem i właśnie dzięki temu mogłam do woli podziwiać te królewskie ptaki.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.