Kultura

Wilkiem do lasu XV

 Kierskie ptaki

Kolejne łabędzie to już Jezioro Kierskie. Któregoś zimowego, niezbyt słonecznego, lecz i niespecjalnie pochmurnie ponurego dnia wybrałem się na zimową wędrówkę wzdłuż jednego z brzegów Kierskiego Jeziora. W pewnym momencie swej wędrówki napotkałem amatorów zimowych kąpieli. Część moczyła się ochotnie w wodzie sięgającej im po pachy, część już widać po kąpieli, tłumnie kłębiła się na brzegu. Jedni już ubrani, inni się właśnie wycierali i ubierali, a jeszcze inni dopiero rozbierali lub już się rozdziawszy rozgrzewali przed wejściem do lodowato zimnej wody. Zjazd jakiś morsów czy co? Bo tłumnie tu tego przedpołudnia na te zimne wody jeziorne natarli.

Tymczasem dosłownie kilka metrów dalej stadko łabędzi pośród całego mrowia krzyżówek pływało nad brzegiem wypatrując tego, co im dzieciaki do wody wrzucało. A czasem i dorośli coś od siebie też dorzucali. Stadko to całkiem pokaźne. Obok dorosłych kilka młodych, choć już bardzo dużych młodych osobników. łatwo je wyróżnić, gdyż nie są jeszcze śnieżnobiałe, ale jakby mają zabrudzone, zszarzałe upierzenie.

Zupełnie im ta bliskość ludzi nie przeszkadzała. Podobnie, jak owe nad swarzędzkim molem, były widać bardzo z ludźmi zaznajomione i niemal można było wejść pomiędzy nie, w samo centrum stada. Oczywiście uprzednio należało się najlepiej rozdziać i zanurzyć po kostki, a następnie co najmniej po kolana w wodzie o wątpliwie przyjemnej temperaturze. Brrr. W Swarzędzu przynajmniej siedziały na plaży. A raczej stały na niej. I nie musiałem do wody wpełzać za dobrym zdjęciem. Poza tym wówczas to byłaby sama przyjemność, bo i lato, i gorąc, i orzeźwienie. A teraz, w ten zimny poranek. Nie, nie dla mnie. Pozostałem na skraju wody i z tej pozycji robiłem zdjęcie po zdjęciu.

Przelotem przez Maltę

Tych łabędzi bym w ogóle nie zauważył. Jak sama nazwa wskazuje łabędzia niemego, choć po prawdzie całkiem niemym nie jest i czasem jednak się odzywa po swojemu w łabędzim jakimś narzeczu, zachowują się zazwyczaj wyjątkowo milcząco. Nie da się ich zatem posłyszeć, a co najwyżej bez trudu dostrzec, bo co jak co, ale rozmiary mają w końcu pokaźnych całkiem rozmiarów.

Otóż szedłem akurat na spacer. Myślę sobie, wezmę dzieciaki i pojadę wózkiem nad Maltę. Może jakieś gęsi się akurat pasą. Dzień spokojny, nie za chłodny, mający się na deszcz, deszczowo pochmurny. Słowem spokojna, cicha chmurna szarówa. Dotarłem nad brzeg, a że nic nie widać postanowiłem przedostać się na drugi brzeg i tam zagłębić w las którąś ze ścieżek.

Aparat na szczęście miałem w pogotowiu. Nagle bowiem doszły mych uszu słowa wypowiedziane przez przechodniów mijający mnie, a podążających w przeciwną niźli ja stronę.

– O łabędzie lecą!

W tym momencie do moich uszy dotarł szum, w jaki wprawiają zagarniane powietrze przez te potężne ptaki i ich skrzydła. Dźwięk iście niesamowity i niepowtarzalny. Dochodził zza mich pleców i wyraźnie się zbliżał. Niewiele myśląc i nawet nie rozglądając się, sięgnąłem do przewieszonej przez ramię torby i wyjąłem aparat włączając go jednocześnie i już ustawiając zoom na większe przybliżenie. Niewielkie stadko, niezbyt wysoko lecąc minęło mnie i oddalało się ku drzewom, wśród których w oddali kryje się ogród zoologiczny. Nim zniknęły z pola widzenia, udało mi się jeszcze kilka razy nacisnąć spust i wyzwolić migawkę. I to tyle. Gdyby ich nie zauważono akurat przy mnie, pewnie nim bym się zorientował, minęłyby mnie i odleciały, a ja dopiero szykowałbym się do zdjęć.

Wiersze milczą

2009-11-17
Poznań

we mnie na dnie serca
w otchłani mrocznej rozpaczy
nie wymawiam ich
nawet bezgłośne słowo
nie pada z mych ust
pytają mnie kiedy
nie daję odpowiedzi
odchodzą zapomniane

milczę
nie wiem nawet
czy ja kiedyś jeszcze

dowiem się
może kiedyś
dlaczego i co
odjęło mi mowę

Adam Gabriel Grzelązka

Niespodziewane odwiedziny

W Parku Sołackim, na stawach, nigdy łabędzi nie widziałem. Bywały ponoć w odległych pamięcią czasach. Ale ja nigdy żadnego nie spotkałem o żadnej porze roku. Aż do teraz. Otóż niedawno, gdy jeszcze staw zalegała mocno już topniejąca tafla lodu, na środku największego stawu, pośród dużego stada mew, stała sobie dostojna łabędzia para. Że też musiały akurat osiąść na samym środku. Nijak ich solidnie nie szło ująć. A to za daleko. A to resztki niepołamanych przez jesienne i zimowe wichury trzcin psuły widok. Obszedłem to niewielkie przecież oczko dookoła robiąc takie zdjęcia, na jakimi pozwalała odległość. Na taflę nie ryzykowałem wchodzić. Wątpię, bym zdołał ujść kilka kroków, a nie złamałaby się ona w którymś miejscu pode mną. Od kilku bowiem dni słońce solidnie grzało i lód topniał w szaleńczym tempie.

Oczywiście przyszedłem dzień później. Żadnego już jednak łabędzia nie było. Ani w kolejnych dniach. Szkoda. Aż do teraz. A właściwie do minionego tygodnia, kiedy to znów zaszedłem do parku na przechadzkę. Nagle z lewej dosłyszałem charakterystyczny szum. Szkoda, że tak późno. I akurat w miejscu, w którym ciężko było złapać lecącego ptaka w obiektyw. Zasłaniała go kępa drzew na wysepce nieopodal brzegu. Nie zdążyłem przed. Nie zdążyłem po, gdy lądował. Ale mam garść zdjęć, gdy osiadłszy na wodzie (lód zniknął już dawno temu) i pływał kręcąc się niezbyt blisko brzegu. Ale i niezbyt daleko na szczęście. Pokręcił się, powiercił na wodzie, wzbił w powietrze i odleciał dalej. Może to wędrowiec wracający nad Jezioro Kierskie? Trudno orzec. Nie miał na sobie pierścienia z oznakowaniem, jak widywane przeze mnie gęsi, więc nawet jeślibym go kiedyś spotkał ponownie, z pewnością niestety nie rozpoznam.

Poznań, 2014.03.09
Autor: Adam Gabriel Grzelązka

2 komentarze

  1. inicjator_wzrostu

    Pięknie opisane!
    Pozdrawiam wiosennie.

  2. To co opisuje Autor mam na co dzień, są takie regiony. Jednak ostrzegam, codzienne warunki życia są zdecydowanie trudniejsze aniżeli w mieście np. aby w domu była jako taka temperatura należy zadbać o to samemu no i na dodatek mieć ku temu środki. Jednak jest coś za coś, a to jak żyję to był mój wybór.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.