Kultura

Wilkiem do lasu XIX

 Dziki dzik dziko się ukrywa (cz.2)

Powróćmy jednak do naszych dzików. Chodziłem, szukałem i ciągle nic. Straciłem już nadzieję. Pora była późna, popołudniowa. Zapewne znalazły doskonałą kryjówkę i się tam zaszyły. Wypoczywają. Wylegują się. Bo niby czemu nie. Sam bym tak chętnie dzikiem będąc zrobił. A ptaków też jak na lekarstwo. Słychać tylko łyski. Ganiają się krzyżówki. Nic jednak nie widać. Wszystko odbywa się w centrum bagna, gdzie mój wzrok już mimo wszystko nie sięga. Przysłaniają widok bagienne kępy uschniętych traw. Pozostaje nasłuchiwać. Z braku czegokolwiek do fotografowania, porobiłem kilka widoków i zająłem się latającymi w te i nazad kaczkami. Niełatwe zadanie. Kaczki ciągle zmieniały kierunki krążąc nad bagnami. W którymś momencie udało mi się przy okazji zrobić kilka zdjęć odlatującej czapli siwej. To już coś. Zawsze coś.

Nie przeciągając nazbyt opowieści przejdę do sedna. Tego dnia napotkałem dziki dwukrotnie. Naocznie. Na chwilę. Na ulotny moment. Szkoda, że nie fotograficznie. Są bardziej płoche, niźli sroki. Najwyraźniej nie przepadają za wścibskimi fotografami. Amatorami zaś w szczególności. Mimo mych wysiłków i upierdliwości, nie podjęły współpracy i nie dały mi choćby cienia szansy bawiąc się ze mną w kotka i myszkę. I nie ja tu byłem kotem, mimo że za nimi chodziłem, a nie one za mną. To ostatnie chyba akurat dobrze, bobym się nieźle spietrał.

Pierwszy raz pojawiły się po dłuższym moim krążeniu po okolicy. Znaczy dziki, nie sroki się pojawiły. Sroki też bywały tu i ówdzie, ale nie kryły się aż tak przesadnie, jak dziczyzna. Obszedłem właśnie bagna tak mniej więcej do połowy i powoli przemierzałem brzeg już przeciwny od tego, którym zacząłem dzisiejszą podróż na to piękne przyrody łono. W tym miejscu mało jest otwartej wody, brzeg bagnisty niepostrzeżenie przechodzi w twardy grunt. Dużo krzaków. Jeszcze bezlistnych, co nie znaczy że nie upierdliwie gęstych. Dziki stały na skraju. Na skraju trzcin. Tak po prostu. Albo raczej wewnątrz nich, oddzielone ode mnie cienką warstwą ostatnich suchoszarych zarośli. Kilkanaście metrów ode mnie. Za tymi uporczywie wszystko zasłaniającymi krzakami. Niby nie ma liści, ale i tak zasłaniają, nie mówiąc już o możliwości podejścia nad brzeg do trzcin. Zlewały nieźle z otoczeniem.

Gdyby się nie ruszyły, w ogóle bym ich nie spostrzegł. Jak truśki siedziały, a raczej stały ma cichuśko. Poszedłbym dalej nieświadom ich istnienia tuż obok. Zaś gdy się już ruszyły, odeszły niespiesznie pokazując mi swe dzicze zady. Trzcina w tym miejscu dość gęsta i wysoka z łatwością je skryła już po kilku ich krokach, nie pozwalając za wiele dostrzec. Ot tyle, żeby wiedzieć, że były, że odeszły i jak wygląda dzik widziany od tyłu. Weszły głębiej w bagno. Nie dało się tym tropem za nimi podążać. A okrążać je ponownie, by znaleźć się po ich przeciwnej stronie nie miało już sensu. Nim bym tam dotarł, one i tak by mnie zauważyły i posłyszały i z dala ominęły. I tyle bym je. I tylko się po próżnicy nałaził w tę i tamtą i na powrót. Ja tu, one tam. Ja tam, one myk myk.

Poszedłem dalej. Co było innego robić? W oddali ledwo widoczna para łabędzi między bagiennymi wysepkami. Idę dalej. Teraz słońce mam po lewej na skos. Brzeg, od którego zaczynałem, jest wyższy. Lepszy zeń wgląd w bagna. Ale minusem tego jest to, że jest obecnie pod słonce. Jest tak od samego rana i pozostanie właściwie do zachodu. A słońce wciąż niskie, ledwo co wiosenne. Za jakiś czas, gdy będzie wschodzić wcześniej i wznosić się wyżej, sytuacja się poprawi. Tyle, że wówczas będzie tutaj zielono. I wysoko ta zieleń wzrośnie. I zasłoni widok. Zaś ten, którym teraz szedłem, jest niższy, trudniej dostępny. Wkrótce, gdy drzewa okryją się listowiem, będzie stąd niewiele widać. Drzewa i pomiędzy nimi sporo krzewów. Ale póki co jeszcze tak nie jest.

Całego bagna brzegiem bagna obejść się nie da. W którymś momencie trzeba powrócić na spacerowy trakt. Drogę bowiem zagradza odpływająca stąd rzeczułka. Szeroki i głębokawy kanał wodny. Do przekroczenia jedynie mostkiem u stóp wzniesienia, na którym stoi leśniczówka. Nieopodal na szczęście. Dlatego w sumie całość da się okrążyć w dwie godzinki. Albo i szybciej, jeśli pójść ścieżkami dla pieszych, a nie tymi wydeptanymi przez zwierzęta.

Tam pośród kniei

2014.03.30
Poznań

w ostępach tego lasu
pomiędzy trzcinami
na drugim brzegu
za plecami
z lewej lub z prawej dla odmiany
o tak o tak o jakżesz o tak
miej oczy dookoła przerażonej głowy
a czujnym zmierzaj krokiem
i do skoku bądź gotów
i do ucieczki się szykuj

gdzieś tu
lub tam gdzieś dla odmiany
sam gdzie tego jeszcze nie wiesz przecie
lecz bądź pewien
o tak o tak o jakżesz tak
pewność noś w sobie wraz ze swym strachem
on tu jest
on cię zaskoczy
on napędzi ci lęku trochę
on król ostępów i leśnych kniei
on lasu tego niepodzielny władca
on postrach wędrowców i grzybiarzy
on dziki dzik nad dziki

cóż że on świnia
skoro w tobie serce już płoche
byle gałą trzaśnie ty drżysz niczym osika
a serducho twe struchlałe
nieomal przez gardło nie umknie z ciebie
kolanami trzęsiesz ze strachu
pot zimny plecami ci spływa
czy aby nie wyskoczy zza krzaka
czy aby nie napotkasz oko w oko
groźnego pana dzika

a on
on nic sobie z ciebie nie robi
nie pcha się w paradę
w inną dawno już poszedł stronę
odszedł przed tobą nie umykał
coś chrząkał pod nosem
drwił może
śmiał się od niechcenia
a może narzekał
że on nie świnia
on dzik jest wolna istota Boża
kręcony ogon na zadzie
i ryjek na przedzie
to zbieg jedynie niepomyślnych okoliczności
świni się przecież nikt nie boi
a przed dzikiem co sił umyka
a zresztą co tam
niech mówią sobie
niech od świń wyzywają ze strachu
on wie swoje
stanie ci na ścieżce
wyjdzie zza krzaków
i już jest po tobie
on pójdzie w swoją stronę
czysty dziczyzną pachnący
a ty cóż
ty tego o sobie powiedzieć już nie zdołasz
każdy komu będzie dane przejść koło ciebie
wiedział będzie żeś się nie domył
że brzydkie wydzielasz już zapachy
tyś człowiek lecz niestety
ktoś powiedzieć musi ci to wprost w oczy
człowieku umyj się przecie
śmierdzisz pan niczym świnia
czas zmienić spodnie na nowe
nie paraduj pan z tą plamą na przedzie
zobacz zlał się w trupa świnia jedna
czuję pana ze stu kroków

Adam Gabriel Grzelązka

Dzikie dzicze spa

Tu ponownie napotkałem błotną kąpiel dzika. Wszędzie miękka, czarna ziemia nosiła ślady jego racic. Tu i ówdzie była też rozryta. Nagle jakiś trzask. Pękła jakaś pokaźna sucha gałąź. Czyżby jakieś dzieciaki łaziły po krzakach? Albo jakiś kłusownik? Nikogo jednak nie widać. Trzask, choć stosunkowo niedaleki i bardzo głośny, nie powtórzył się więcej. Idę dalej. Wzrokiem wypatruję ścieżki. Gdzieś tam za tymi krzakami, za tymi drzewami winna przebiegać. Byłoby łatwiej ją odnaleźć, gdyby ktoś na niej był: spacerowicz, biegacz lub rowerzysta. Chwilowo nikogo. Tymczasem pod nogami mokrawo i grząsko. Kolejna porcja błocka na moich i tak już nieźle zabłoconych buciorach. Zmieniły karnację z lśniąco czarnej na błotnoszarą.

Nagle spod iglaka wyskoczył dzik. Nawiewał, aż się kurzyło. Spryciula taką obrał sobie trasę, że mimo prób nie zdołałem go jednak sfotografować. Niby jeszcze wiosna nie w rozkwicie, ale iglaki jednak mają swoje igliwie cały rok. I chociaż w tym rejonie jest ich niewiele, dopiero za ścieżką rośnie całe mrowie sosen na wyższym terenie, bardzo piaszczystym, a więc przez sosny ulubionym, to jednak tutaj się ich kilka trafiło z na dodatek bardzo nisko zwisającymi gałęziami. I właśnie pod nimi pobiegł sobie mój napotkany dzik. Cwaniura dobrze się krył. I znów pozostało kontemplować jego zad. Z dość bliska i wyraźnie. Przez moment. Ten oddalił się w pośpiechu. Nie zwlekał. Nie odchodził leniwie, niespiesznie jak poprzednie. I był sam. Jeśli były jakieś inne, nie dawały się usłyszeć ani dostrzec. Powiem tak: do dupy z takim widokiem dzika.

Cóż. Nie ten dzień. Nie ten czas. Nie ta pora. Zrobiło się popołudniowo. Czas wracać do domu. Zgrać zdjęcia, obejrzeć, co ciekawego tym razem przywiozłem. A trochę interesujących rzeczy napotkałem, ale o tym dopiero w kolejnej opowieści.

Poznań, 2014.03.29
Autor: Adam Gabriel Grzelązka

One Comment

  1. Bardo sympatyczny artykuł, spróbuję odpowiedzieć dlaczego aktualnie w przyrodzie zarówno ptaki jak i ssaki są mało widoczne, zwyczajnie mają młode i starają się je wprowadzić w dorosłe życie, nauczyć młode kto jest wrogiem (homo sapiens niestety też), jak zdobywać pożywienie, jak przetrwać zimę w naturalnych warunkach. Te stworzenia przecież nie mają kaloryferów i ciepłej wody w kranie. Szkoda tylko, że coraz więcej miejsca w przyrodzie zajmuje homo sapiens, gdyż tym samym brakuje go dla właściwych beneficjentów flory i fauny.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.