Kultura

Wilkiem do lasu XIII

 Gruchająca para

Poranek. Słoneczko grzeje, jakby to była już wiosna. Zupełnie się pokręciło. Ledwo początek lutego, a tu takie ciepło wspaniałe. Słoneczko uroczo świeci. W sumie dobrze, że śniegu tyle co łez z płaczącego kota, no może nieco więcej. Gdyby było biało, słońce oślepiałoby niemiłosiernie. A i tak oczy łzawią. Za jaskrawo. Za jasno. Słońce za nisko. Za bardzo w oczy bije. Świeci wprost w oczy. Trzeba ciągle mrużyć. No nic. Szkoda, że nie mam czapki z daszkiem. Trochę by oczy osłoniła. Przyniosła ulgę. Ale nie mam. Nie przewidziałem. Bo i kto spodziewać się mógł, że w początkach lutego wiosna pełną gębą.

Idę. Rozkoszuję się ciepłem z lekką nutą przenikliwego zimna. Taka paradoksalna mieszanka. I ciepło, i zimno zarazem. Poprawiam chustę pod szyją, gdzie zimno kąsa najbardziej. Byle gardła nie zaziębić przy okazji złudnego ciepła. Na dłonie naciągam bezpalczaki. Przydadzą się, gdybym sięgał po aparat. Idę. Gdzie zimno daje znać, osłoniłem. Teraz pora rozpiąć kurtkę, pod którą robi się jednak coraz bardziej ciepło i wkrótce będzie za, zdecydowanie za, a wtedy plecy mokre i łatwo o zaziębienie. Idę dalej. Śpiew ptasi. Trele zupełnie wiosenne. Bardzo zupełnie wiosenne.

Napotkałem dziś nawet gruchocącą w najlepsze parę gołębi. On i ona na chodniku. Przytuleni do siebie łepkami. I tańcują dookoła siebie. Krążą w kółeczko. Coś tam sobie na ucho gruchają. Wiosna normalnie. Zaloty wiosenne. Ale to było dużo później. Po południu. I gdzie indziej. W drodze powrotnej do domu. I było jeszcze cieplej. Dużo cieplej. Wiosna, wiosna zimą. Zimowa wiosna pełną parą.

Na rzece

Tymczasem idę. Tymczasem poranek. Przedpołudnie w każdym razie. Dotarłem nad Wartę. Patrzę, odłamki kry. Spływają oczka lodowe ku morzu, z biegiem prądu. Niewiele. Wszystko skrzy w kontrowym słońcu. Piękny widok. Trudno ująć na fotografii. Spróbuję kaczki miedzy tymi krami. Kilka ujęć.

I nagle. Tak, nagle, niespodzianie, nieprzewidzianie. Nawet bym nie zauważył. Nie rzucało się to w oczy. Ale w obiektywie, przy powiększeniu dało się spostrzec. Gęś. Gęś zbożowa. Jedna. Pływa w najlepsze pomiędzy tymi krami. W pobliżu kaczki. W pobliżu mewy. I ta gęś. Jedna. Może inne? Rozglądam się. Lustruję lustro wody. Nic. Przeczesuję okolicę. Nic. Gęś jedna. Kaczek sporo. Gęś tylko jedna. Mew sporo. Gęś samotna. Jakieś gawrony na brzegu. Gęś. Ta jedna. Jakieś kawki. I gęś. Samiuchna. Gdzieniegdzie wrona. Sroka przeleci czasem. Jakieś gołębie na brzegu. A gęś jedna. Na tej rzece. Na tej wodzie. Pływa samotnie. Robię kilka zdjęć. Przechodzę kilka kroków i znów kilka zdjęć. I znów kilka kroków. I tak cały most z brzegu na brzeg. I zdjęcia. Jedno po drugim tej gęsi. A słońce trudne. Słonce w kontrze. Trochę pomaga osłona przeciwsłoneczna.

Warto by było zejść nad brzeg. Ale nie mam aż tyle czasu. Wiec jeszcze kilka zdjęć z wału nad brzegiem. Ostatni rzut oka. Może gdzieś jakieś inne. Ale nie widzę. Może i są, ale ich nie widzę. Może pod mostem. Albo z drugiej strony, za mostem. Ale tam nie widzę. Nie mam widoku. Ostatnie ujęcia. Odchodzę.

No to się zdziwiłem

Wróciwszy do domu kartę zaraz w aparat i czekam. Lapek słaby, mało pamięci, a zdjęcia duże, wiec wszystko trwa. Niemiłosiernie długo. Czekam, aż się zgrają, aż się przekonwertują. Aż się zdjęcia nowe skatalogują. O jest. Jest ta gęś samotna. O rany!

A jednak to nie zbożówka. To gęgawa. Ta samotna, pojedyncza, odosobniona, a tak szukająca rozpaczliwie wśród kaczek krzyżówek towarzystwa gęś, to jednak nie gęś zbożowa, a gęgawa. A zatem mam jeszcze jeden ptasi okaz na zdjęciach. teraz, w powiększeniu widać to, co niedostrzegalne w maleńkim wizjerku aparatu. I widać różnice. Nie pierwszy to raz, gdy odnajduję na zdjęciach co innego, niż mi się zdawało widzieć podczas fotografowania. Ot moja niewiedza i nieznajomość polskiej awifauny wciąż daje o sobie znać.

Tę gęś, tę konkretnie, a wiem, że tę, bo miała na szyi kołnierz z oznakowaniem, widywałem potem przez wiele kolejnych dni. Była i okazja zejść nad brzeg i porobić zdjęcia nie z góry, ale bliżej powierzchni wody. Zniknęła dopiero, jak puściły lody na jeziorach i mrozy w powietrzu. Tak z dobry tydzień, jak nie więcej gościła na Warcie w towarzystwie kaczek.

Zbożówki

Skąd zatem skojarzenie z gęsiami zbożowymi? Otóż w okolicach minionego Bożego Narodzenia stadko trzech gęsi zbożowych napotkałem w okolicach Jeziora Maltańskiego. W pobliżu term maltańskich. Pasły się tam między ścieżką okalającą jezioro, a brzegiem. Były tam kilka kolejnych dni. Potem odleciały, by znów pojawić się kilkakrotnie. W końcu i one też zniknęły. Odleciały w jakieś inne okolice. Albo przeniosły się w pobliskie oczka wodne lud do ogrodu zoologicznego, gdzie z pewnością coś smakowitego mogły napotkać.

Swoją drogą, szkoda, że zarówno na Rusałce, jak i na Jeziorze Strzeszyńskim niczego poza kaczkami krzyżówkami nie idzie. Zapewne winni są temu zbyt licznie nachodzący oba zbiorniki wodne ludzie. Zarówno rybacy, jak i kąpiący się i pływający na kajakach, łódkach i rowerach wodnych. Być może nieco lepiej jest na Jeziorze Kierskim, które jest dużo większe. Na tle duże, że można po nich jachtami żeglować. Mało je jednak znam, raz jeden odwiedziłem jedynie jeden z jego brzegów. Ale o tym innym razem.

Poznań, 2014.02.04
Autor: Adam Gabriel Grzelązka

3 komentarze

  1. inicjator_wzrostu

    Dobrze że są jeszcze takie osoby jak Autor, które zauważają CUD CODZIENNOŚCI. Czytam z zachwytem i czuję się po tym lepiej. Pozdrawiam serdecznie.

  2. Przeczytałam z dużą przyjemnością. U mnie od dziś znów zaczęło się przedwiośnie, czyli śnieg z deszczem i tak ma być ponoć do końca przyszłego tygodnia. A jeszcze wczoraj świeciło słońce i ptaszki śpiewały już bardzo wiosennie.

    • 50-parolatek

      No cóż szanowna Wieczorynko, znane jest Ci chyba staropolskie przysłowie: “W marcu, jak…”
      Miejmy nadzieję, że kwiecień poprzeplata nam mniej zimy, niż… lata. 😉
      Pozdrawiam

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.