Wilkiem do lasu XII

W oparach słońca

Wracałem do domu. Piękne, słoneczne popołudnie. Mimo, że z rana się na to nie zapowiadało. Rano wręcz przeciwnie, ponuro, pochmurno. Skoro jednak dzisiaj łaskawe słonko wyszło, skoro się rozjaśniło, rozciepliło, czemu by choć na chwilę do parku nie zajrzeć. A nóż, widelec, co ciekawego będzie do sfotografowania.

Niskie zimowe słońce dawało ciekawe efekty w powiązaniu z taflą lodu zalegającą stawy. A na tym lodzie i kaczek i mew całe stada. Siłą rzeczy gołębi zabraknąć żadną miarą oczywiście nie mogło. Kręciły się one jednak głównie na mostku, gdzie najczęściej przystawali ci, co ptaki tutaj dokarmiają.

Zima sprawiła, że wielce płochliwe i trudne do wypatrzenia kokoszki wonne spacerowały na otwartym terenie i dawały się podejść dostatecznie blisko. Tak na co dzień, to kryją się w szuwarach lub co najwyżej w niedalekiej od nich odległości się pojawiają. I raczej wieczorami, a nie w środku dnia, jak dzisiaj.

Szedłem sobie leniwie, rozkoszując się ciepłem słonecznym. Niekiedy przystając chwytałem to i owo w obiektyw. Nieliczni spacerowicze. Cisza, spokój. Ciepło słonecznej pogody mile kontrastowało z wątłymi resztkami śniegu, który rzadkością w tym roku.

Skrzydłem w obiektyw

Obszedłem część parku. Obfotografowałem po drodze co się dało. Było jednak mimo wszystko, mimo rozgrzewającego radośnie słońca, zbyt zimno na dłuższą przechadzkę. Dłonie grabiały przy fotografowaniu. Powoli zakręcałem i wracałem do domu. W którymś momencie rzuciły mi się w oczy kaczki podlatujące od czasu do czasu i lądujące na brzegu, którym akurat szedłem. Naprzeciwko jednej z ławeczek.

Przysiadłem na jej skraju. Jest okazja pochwycić ptaka w locie lub podczas lądowania. Warto spróbować. Co prawda światło w kontrze utrudniało ekspozycję, ale nieczęsto przydarza się okazja w tak komfortowej pozycji polować na ciekawe zdjęcie kaczek w powietrzu. Przy drobinie szczęścia coś powinno się udać.

Te zdjęcia, a raczej ich próby tak mnie zaabsorbowały, że niespecjalnie zwracałem uwagę na to, co działo się poza tym fragmentem, który z taką siła przyciągnął mą uwagę. W którymś jednak momencie dla wytchnienia oderwałem oko od wizjera i wzrok mój szeroko omiótł okolicę, a taflę zamarzłego stawu w szczególności.

Czapla siwa

Jakież zdziwienie moje było ogromne, gdym na środku zimowego lodu trzymającego swymi okowami całe oczko stawne ujrzał stojącą nadobnie czaplę. Samotnie, wyprostowana, pozornie stała niemal bez ruchu i niedbale. Wiedziałem jednak, iż ten bezruch bynajmniej nie należy mylić z brakiem czujności. O, co to, to nie. Z pewnością uważnie obserwowała cała okolicę. Bacznie przyglądała się kręcącym się to tu, to tam ludziom. Mimo to, stojąc tak na środku, musiała czuć się względnie bezpiecznie. Będzie tak do czasu, gdy ktoś jej w końcu nie wypatrzy i nie spróbuje podejść do brzegu. A wtedy zerwie się do lotu i tyleśmy ją widzieli. Jej upierzenie jednak wspaniale zlewało się z okolicą, jest zatem szansa, że nieprędko ktoś na nią zwróci uwagę.

Póki co stała. Zmieniła nogę. Omiotła wzrokiem co było do omiotnięcia i zmieniła pozycję. Przeszła kilka kroków. Jej szarość zlewała mi się ze srebrzysto-niebieskim tłem lodu. Światło padające zza czapli też nie poprawiało warunków. Ale co zrobić. Mogłem albo pozostać, albo próbować zmienić miejsce. Z tym, że sama próba mogła zakończyć się spłoszeniem ptaka i brakiem jakiegokolwiek zdjęcia. Postanowiłem pozostać i spróbować zrobić tyle i takich zdjęć, jakie tylko zdołam. Było warto. Te kilka krótkich minut było moimi.

Czapla tymczasem przechadzała się kilka kroków w jedną, kilka w drugą stronę. Znakomita to okazja porobienia ujęć z każdej strony nie wyłączając zdjęć frontowych. Szkoda, że nie jestem ze słońcem, na drugim brzegu. Tak mam ją jedynie w cieniu. A tak miałbym refleksy słoneczne na jej sylwetce. Szanse jednak, bym zdołał obejść staw, i przy tum jej nie zaalarmować i wypłoszyć, są praktycznie zerowe. Może, gdyby zupełnie nie było nigdzie ludzi, mógłbym mieć szansę obejścia jej powoli szerokim łukiem. Ale czy dałaby się podejść, tego nie gwarantuję. To, że obecnie byłem tak blisko, zawdzięczałem jedynie memu pierwszeństwu. Z pewnością jej tam jeszcze nie było, gdym na ławeczce zasiadał. Obchodziłem przecież drugi brzeg, i to nie aleją, ale skrajem wody. Kiedy zaś siadała, nie wiem. Fotografowałem kaczki w locie w tym czasie. Spostrzegłem ją dopiero, gdy już był stała na środku. A że dotychczas nie czyniłem żadnych gwałtownych ruchów, poza niewielkimi wychyłami i przechyłami, nie wzbudziłem w niej większego niepokoju i zaakceptowała mnie jako stały element krajobrazu. Jeśli jednak wstanę…

Po chwili, nie takiej znów krótkiej, coś ją jednak spłoszyło. Możliwe, że to ci, którzy ją dostrzegli i głośno komentowali jej obecność nieopodal mnie. A może znudziła się i odleciała sama z siebie. Albo ktoś inny ją spłoszył z przeciwnego brzegu. Tak czy siak, poderwała się i wzbiła w powietrze. Odleciała. Ale niedaleko. Do sąsiedniego oczka. Wylądowała między drzewami, nieopodal wody. Wstałem, po drodze zmieniając migiem kartę w aparacie. Udało mi się zrobić jeszcze kilka ujęć. Tu było jednak jeszcze trudniej. Stała w cieniu. Chowała się za nieliczne drzewa. No i zdecydowanie była dalej. Była niespokojna, postanowiłem się zatem wycofać. Wszelkie podchody nie dadzą już zadowalających efektów. Ktoś i tak zapewne ją zaraz spłoszy, bo niedaleko miejsca, gdzie obecnie stała, przebiegała alejka, w którą w końcu jakiś przechodzień musiał się zapuścić.

Królowa stawów rybnych

Niedaleko są stawy rybne. Tam jest jej stałe miejsce. Tam można ją napotkać. Ujrzeć z daleka przez szerokie szpary ogrodzenia i porastające tuż za metalowym parkanem wyschnięte obecnie chaszcze. Bywa tam. Co nie znaczy, że chętnie pozuje do zdjęć. Bardzo czujnie obserwuje, to co się dzieje za ogrodzeniem i niemal każda próba podchodzenia pod płot kończy się jej odlotem.

Można próbować z terenu samych stawów. Ale trza by mieć zgodę właściciela. Pracownik wpuścił mnie raz, niechętnie co prawda, po dłuższych namolnych prośbach. Szkoda, że ów dzień był pochmurny i nijak nie chciał dopuścić słońca do głosu. Zwlekałem z odejściem co rusz jednak robiąc zdjęcie, ale nie doczekawszy się odpuściłem i odszedłem. Kilka ujęć w pochmurny dzień szarej czapli nie było za bardzo efektownych. Ale i tak wspomnienie cieszy. Takie spotkanie. W końcu czapli w Poznaniu ani w okolicach jakoś sobie nie przypominam jak dotąd. Prawdę powiedziawszy, ta jest pierwszą widzianą poza ogrodem zoologicznym.

Czapla, ta sama com ją na stawie w Parku Sołackim, obecnie samotna, pojawiła się tam ponoć jakieś trzy lata temu. Z samcem. Nad tymi oczkami rybnymi. Ten jednak zniknął pod koniec minionego roku. Możliwe, że napotkało go jakieś nieszczęście, które osamotniło jego partnerkę. Wielka to szkoda i strata.

Pojawiła się i pozostała. Regularnie podkradała ryby, ale niepłoszona zadomowiła się na dobre. W końcu po co zmieniać tak zasobną jadłodajnię. Tak bardzo się oswoiła, że w otwartym terenie, wśród dawnych basenów kąpielowych, w których obecnie hodują tu ryby, daje się podejść całkiem blisko. Dużo bliżej, niż kiedykolwiek udało mi się podejść ją zza płotu. Widać, z pracującym tu mężczyzną żyje w dobrej, przyjaznej komitywie. I na szczęście dla mnie nie odróżnia jego ode mnie, dzięki czemu mogłem przez kilka chwil napawać się jej bliskością i uwiecznić na cyfrowych negatywach. A zza płotu nadal ostrożna jak na czaplę przystało. Jeden krok bliżej i fruu, i tyle ją widzisz. Odlatuje.

Na parkowe stawy być może zwabił ją głód, gdyż niedawno spuszczono wodę i opróżniono baseny rybne. A może powracała znad okolic Warty, gdzie mogła udać się w poszukiwaniu ryb na niezamarzniętej rzece, albo gryzoni na okolicznych rozlewiskach. Pobliska bowiem Rusałka i Jezioro Strzeszyńskie stały się niedostępne z powodu pokrywy lodowej. Zaś stawy Sołackie tu i ówdzie na progach nadal pozostawały niezamarznięte, mimo iż pozostała ich część skrywała gruba pokrywa lodowa. Poza tym są wystarczająco płytkie, by czapla zdołała coś tu, jeśli tylko się pojawi, sobie ułowić.

Pozostawiwszy czaplę w spokoju, wróciłem do domu. Czas wgrać zdjęcia i obejrzeć, co i jak wyszło. W spokoju nacieszyć się niespodziewanym spotkaniem.

Poznań, 2014.02.03
Autor: Adam Gabriel Grzelązka

6 komentarzy do “Wilkiem do lasu XII

  • 13 marca 2014 o 07:13
    Permalink

    Przeczytałem dwa razy, dam żonie do przeczytania i córce. Bardzo ładne

    Odpowiedz
  • 13 marca 2014 o 09:43
    Permalink

    Pięknie! Po prostu tekst koresponduje z narastająca wiosną – za oknem. Brawo, proszę o więcej. Jest to ożywczy powiew wiosny na zadżumionych pokrętna polityką łamach przeróżnych mendiów. Jedynie OP trzyma pion i poziom, a w nim takie jak ta perełki.
    Pozdrawiam Autora serdecznie!

    Odpowiedz
  • 13 marca 2014 o 14:26
    Permalink

    Miał być Putin-F…k-Club a tutaj czapla? O co chodzi?

    Odpowiedz
  • 13 marca 2014 o 16:03
    Permalink

    Bardzo ładny tekst, zostawiam bez komentarza gdyż każdy musi przeczytać go samodzielnie.

    Odpowiedz
  • 13 marca 2014 o 22:32
    Permalink

    Jestem zdumiony tekstami w Obserwatorze Politycznym. Juz prawie sie przyzwyczailem , ze polskie media przesiakniete sa kombinacjami grup interesow, klamstwami w imie “poprawnosci politycznej”, bez zadnej refleksji jakie to bedzie mialo skutki dla nas wszystkich. A tu takie normalne, swieze spojrzenie na otaczajacy nas swiat. Gratuluje

    Odpowiedz
    • 14 marca 2014 o 14:29
      Permalink

      Jest taki wierszyk-zagadka na czasie:

      Najpierw było tak: bociana dziobał szpak
      I potem była zmiana i szpak dziobał bociana.
      A potem były jeszcze trzy takie zmiany.
      Ile razy szpak był dziobany?

      Przykrywka – cover, front…

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.