Kultura

Wilkiem do lasu XI

Image of an adult male blackbird Turdus merula. Photograph originally taken by Sannse and uploaded to en.wikipedia.org on April 17., 2004.

Czarno-biały świat

Odkąd spadł śnieg, świat stał się bardziej czarno-biały. Stał się w przeważającej części dwubarwny. Śnieg wyostrzył czerń i przytłumił resztki brązu i zieleni. Zagłuszył barwy. Zmonochromatyzował świat. Zintensyfikował kontrast. Zaś fotografowanie trudniejsze. Trudniejsze po pierwsze dlatego, że marzną dłonie, zaś w rękawiczkach jest bardzo niewygodnie i koniec końców i tak je ściągam. Do pewnego momentu pomagają rękawiczki rowerowe, bezpalczaste. Ale przy obecnych mrozach nie na długo. Co najwyżej parę minut. Potem trzeba ugrzać dłonie. Drugi kłopot ma sam aparat. Przejawia problem z autofocusem. A niestety mój SL1000 nie ma możliwości ostrzenia ręcznego, a komputer sobie nie radzi. Czasem więc niepodobna zrobić zdjęcie, bo ostrość zamiast złapać motyw, wciąż pływa. Cóż, niewiele mogę z tym zrobić. Pozgrzytać zębami i wciąż próbować.

Są też zmiany pozytywne. Szczególnie na mrozie. Duży mróz pomógł oswoić się ptakom z ludźmi. Te bowiem szukają jedzenia i dopóki nikt ich nie przegania, nie straszy, czują się bezpiecznie i często dają łatwiej i bliżej podejść. Poza tym wyodrębniły się nowe ptasie siedziska i żerowiska. To mi pasuje. Bardzo pasuje. Ułatwia. Bardzo ułatwia całą sprawę.

A taki kos

2014-02-04
Poznań

taki kos to jest ktoś
całkiem no nie powiem nie powiem
naprawdę ktoś

idę patrzę kos
idę słyszę słucham kos
idę pod nogami coś znowu kos
tak tak to jest ktoś
całkiem niezły gość

kosy trochę się drą czasami
trochę w niebogłosy
trochę zaśpiewują okolicę
trochę wiosny tęsknią

tak tak kos
kos ma piękny głos
spotkać kosa posłuchać kosa
to naprawdę jest coś

Adam Gabriel Grzelązka

I tu i tam

Tak stało się właśnie z kosami. Po prostu są blisko ogrodów, blisko krzewów, blisko ludzi. I to wszędzie. Nawet w centrum miasta. Także w mojej okolicy. I w zasadzie są wciąż w tych póki co samych miejscach. Ot, na przykład, rano. Wychodzę z domu, zmierzam do pracy. Kilka minut od domu wchodzę na uliczkę cichą i spokojną. Z jednej strony blokowiska. Nieco odległe z powodu parkingów od tej strony rozmieszczonych. Niewielkich, ale zawsze. Parkingi i garaże. Takie pasma garaży. Garażowiska. Zimowe leża samochodowe. A bloki dalej. Blokowiska. Mrówkowce. Ludziowiska. W tle. Więc cicho i spokojnie. Szczególnie rano. No, może to nie aż tak bardzo jest rano. Ale dla mnie jest. Jest dostatecznie. Jest zadowalająco. Bo wstaję ledwie chwil garść wcześniej. Pośrodku bruk. Stary, koci. A z drugiej strony szeroki chodnik i za nim piękne willowe domy. Niektóre dobudowane ostatnimi czasy, inne wyremontowane. Ładnie bardzo. Zapewne drogo bardzo. Ekskluzywnie. I nieco krzewów za ogrodzeniem. Żywopłoty, różne iglaczki. I tak sobie idę. Mijam i blokowiska i owe apartamentowce. A idąc napotykam kosy. A to tu. A to tam. Albo w samym płocie. Albo na krzewach. Albo na chodniku onym. Albo ogólnie gdzieś są. Blisko, pod ręką. Jakżesz ich tu nie fotografować. Więc idę i fotografuję. Ile się da. Czasem nawet kilka klatek. Czasem jedna albo wcale. A czasem całą serią. Zazwyczaj chętnie współpracują. Gorzej z pogodą. Zazwyczaj pochmurno.

I tak jest od jakichś dwu tygodni. Śnieg utrudnia znajdowanie pożywienia. A krzewy obfitują ciągle jeszcze w jagody. Wiec kosy trzymają się okolicy. Póki będzie jedzonko, będą i kosy. Nie maja powodu, aby się stąd wynieść. Póki jest spiżarnia, pozostają na miejscu. Zima późno przyszła. Wyjątkowo w tym roku. W minionym była znacznie wcześniej. Więc i owoców wciąż masa. Bo dopóki nie było mrozów i śniegu, dawało się wygrzebywać masę innego jedzonka. Więc grzebały. Podjadały, a owoce czekały. Jest więc nadzieja, że sobie te kosy tutaj jeszcze pobędą i popozują mi do zdjęć. I może w końcu poszczęści mi się z pogodą. Wysłonecznieje.

Na peryferiach też

Oczywiście nie jest to jedyne kosów miejsce występowania. Napotykam je w wielu innych miejscach. Te jednak jakby były coraz bardziej oswojone. Coraz łatwiej i bliżej mogę je podchodzić. Byleby ostrożnie i powoli. No i w gotowości. Pozostaje wypatrywać ciekawych ujęć. Wypatrywać ciekawych ptasich póz.

Znów przeskoczmy w odleglejsze miejsce Poznania. Na Osiedle Warszawskie. Tam, gdzie zmierzam do pracy. Tam kosy oczywiście też są. Rozsiane po ogrodach przydomowych. Trudniej je zauważyć, bo ogrody pochowane najczęściej za domami, które wdzięczą się frontami przy ulicy. Trudne, ale nie niemożliwe. Zdarza się bowiem, że podleci taki gdzieś bliżej. Przyczai się, a wtedy ja goi cyk! Mam! Są zresztą i takie miejsca, gdzie bywają całkiem na widoku. Właściwie jedno miejsce takie było pewnikiem przez długi czas. Ale wtedy jeszcze słoneczna panowała jesień, a kosy nie wykazywały aż takiego stopnia oswojenia, jak obecnie. Nie dawały podejść tak blisko jak obecnie. Trochę jednak fotografii udało się zrobić.

Jest takie miejsce, koło którego przechodzą praktycznie codziennie. W zasadzie nigdy tam żadnych ptaków nie było. No, może czasem stadko wróbli grasowało w okolicy. A i ono co najwyżej tylko czasami. Albo stado gawronów. Ale one bardziej na trawie przy arterii wjazdowej. Ot asfalt przysypany śniegiem. Droga dojazdowa do szeregu posesji. Droga wewnętrzna, mimo, że na obrzeżu osiedla. Oddzielona słupkami od dwupasmowego pasa trasy wjazdowej do miasta. A wiec wewnętrzna. Ruchliwe i hałaśliwe miejsce. A gdy wiatr, wietrzne i zimne. Ma gdzie pohulać, dużo otwartego terenu. Więc hula. Więc zimno.

I tam, na tym niedługim w sumie odcinku, bo wkrótce skręcam w lewo i zagłębiam się w osiedle, otóż rośnie tam przy płocie jednej z posesji niewielki krzew berberysu z pomarańczowymi jagodami. Nagle, od kilku dni, zasiadło tam stadko kilku kosów. Widuję zazwyczaj 2-3 z nich. Siadają na ziemi i podjadają pod krzewem z jego owoców. Wydaje się, że jest ich więcej, bo za płotem, blisko domu rośnie iglak, świerk, i z jego gałęzi dobiegają kolejne odgłosy. Tam może kryć się jeszcze kilka kosów. Słabo widać, ale wskazują na to ich kosie odgłosy.

Tymczasem krzew

Tymczasem krzew. Ów krzew.  Niewielki w sumie. Ale całkiem pomarańczowo jeszcze na nim. Minie nieco czasu, najmniej kilka dni, ale nie więcej zapewne, nim go doszczętnie ogołocą z jagód. Pierwszy raz napotkałem je całkowicie niespodzianie. Niedawno. Bardzo niedawno temu. Wracałem do domu już. Nagle niemal pod nogi wyszedł mi spod krzaka jeden z kosów. Zaskoczenie obopólne. Ja na jego widok. On na mój. Stanęliśmy jak wryci obaj. W końcu po dłuższej chwili odleciał. Ech, ze też aparat leżał na dnie plecaka… Szkoda, szkoda wielka.

Jest wśród nich brązowawa samiczka. Na pewno jedna. Próbowałem ją raz nawet sfotografować. Bezskutecznie. Idę. Patrzę. Są kosy. Jest samiczka. Siedzi idealnie. Brązowa. Patrzy się na mnie ze spokojem. Zatrzymuję się. Nie byłem wtedy dostatecznie przygotowany. Aparat w plecaku. Ptak siedzi i patrzy. Więc plecak powoli z ramienia. Ona siedzi. Nie rusza się niemal. Patrzy. Otworzyć. Torba fotograficzna. Ona siedzi. Plecak zamknąć. Patrzy na mnie. Nadal siedzi. Z powrotem na ramiona. Powoli, ostrożnie, by nie spłoszyć. Siedzi i patrzy. Torba przez ramię. Zaczyna się wiercić. Oj, oj, czy zdążę?! Otwieram torbę, wyciągam aparat, włączam jednym płynnym ruchem odruchem. Ona coraz bardziej się wierci. Oj niedobrze, niedobrze oj, oj oj. Podnoszę do oka. Jeszcze siedzi. Siedzi jak na igłach, ale siedzi. Wysuwam zoom. Nim byłem gotów – odleciała kryjąc się wśród gałęzi iglaka. I to byłoby na tyle. Nie zdążyłem. Liczę, że jeszcze wróci. Że znów mi się wystawi. Gdybym zdążył, byłoby niezłe zdjęcie. Była idealnie widoczna, blisko. Żadne gałązki jej nie przesłaniały. Samiczki zdarzają się rzadziej.

Dziś też przechodziłem. Byłem przygotowany. Torba na ramieniu. Otwarta. Aparat włączony. Ja uważny. Wypatruję z daleka. Idę powoli, ostrożnie, delikatnie, bezszelestnie. Jeśli jest, jeśli będzie, jeśli się pokaże, jeśli się wyłoni, jeśli się wychyli spod gałązek krzewu, od razu wyciągam i nastawiam wyjściowy zoom. Powoli podchodzę, celuję, ostrzę i może będzie fota. Nie było. Ani foty. Ani ptaka. A skoro ptaka, to i fotki nie było komu. Szkoda, oj szkoda. Innym razem może. Samiec owszem. Nawet niespecjalnie się mną przejął. Tylko głębiej wszedł pod krzew i zajadał dalej. Ja idę, a on pod krzakiem siedzi i je. W najlepsze. Ale widzę, że uważnie, że patrzy, że ma mnie na oku, choć je w najlepsze. Samiczki akurat nie było. On był, ona nie. Może gdzieś się zaczaiła w świerku. Nie wiem, nie dostrzegłem. Może jutro. Szkoda, bo samiczkę trudniej napotkać. Rzadziej je widuję. Ale zobaczymy. Poczekamy. Jagód nadal dużo. Zimno nadal. Śnieg nadal. Kosy nadal w okolicy. I ja tu codziennie. Poza weekendami. Ale codziennie. Jest zatem możliwość. Jest szansa. Czas pokaże, czy dopisze drobina szczęścia. Będzie niejedna okazja. W każdym razie ja już wiem i przechodzę przygotowany, ostrożnie i powoli. Jeśli będzie, zabiorę się do fotografowania.

Poznań, 2014.01.29
Autor: Adam Gabriel Grzelązka

8 komentarzy

  1. inicjator_wzrostu

    Wiosennie pozdrawiam Autora i dziękuję za jego ożywcze teksty i piękne wiersze.

    • Nastała piękna pora po lekkiej zimie. Ptaki wprost kipią energią i biorą się za gody pełna parą.

      Dziś mając chwilę zaszedłem do Arboretu. I spotkała mnie niebywałą niespodzianka. czego bowiem jak czego, ale zająca to bym się nie spodziewał.

      Cóż na wiosnę różne rzeczy wychodzą na światło dzienne. Nie tylko robactwo z ziemi i spod śniegu wiadomo co pozostawione przez psy, a raczej ich beztroskich właścicieli.

  2. Jan Przechfa

    Wszedłem na ten portal bo w pracy szef na odprawie powiedział że to komunistyczna agitka synów Putina, a tu ptaszek! O co w tym wszystkim chodzi? Może to jeden wielki żart? Super pomysł na wypromowanie niszowego poety?

    • Przejawił pan zdrowy odruch. O co tu chodzi? To podstawowe pytanie.

      Tymczasem my tu sobie po prostu jesteśmy tacy jak widać i każdy może sobie poczytać. Każdy zdoła znaleźć coś dla siebie.

      Można się nawet z nami nie zgadzać. Ale jak widać jakoś jest tak nie tak jak by nas niektórzy chcieli widzieć i próbują opisywać.

      I o co chodzi? Jak nie wiadomo o co, to wiadomo, że o kasę. Albo władzę. Albo prawdę. Albo wiarę.

      Cóż, każdy musi sam zadać sobie to pytanie i na własną rękę znaleźć odpowiedź. Ze spokojem, bez pośpiechu, nie pochopnie, ale rzetelnie poczytawszy i wyrobiwszy sobie opinię u źródła.

      Ciekawej lektury życzę i polecam cykl. Wkrótce kolejny ptak i kolejna o nim opowieść.

  3. Piękne są kosy!
    Pełna zgoda z Panem Adamem: “kos to jest ktoś /całkiem niezły gość”. Uchodzą za ambasadorów wiosny, choć nie jest to do końca prawda. O leśnych kosach można tak powiedzieć, ale miejskie – parkowe, ogrodowe – pozostają w Polsce na zimę. Ich śpiew słychać rankami i wieczorami. Czasem imitują zasłyszane dźwięki i wplatają je do swoich treli.
    Serdecznie życzę Autorowi sfotografowania pani kosowej 🙂
    i zilustrowania tą fotografią kolejnego felietonu!

    Post scriptum:
    Dla kogo agitka, dla tego agitka, Panie Przechfo…

    • W końcu udało się zrobić kilka pięknych ujęć i samiczce.
      Teraz poluję na zalecające się ptasie parki. Bywają tak sobą zajęte, ze w ogóle nie zwracają uwagę na to, co dzieje się tuż obok i pozwalają się podejść na odległość pozwalającą na znakomite ujęcia.

      Nie tylko zresztą kosy. Najwięcej ubawu jest przy rubaszncyh zalotach srok.

  4. Kos ma dobry wznios
    gdy ze szczytu daje głos
    kudy tam miejskiemu do leśnego kosa
    nie ta barwa, głębia i rozmaitość głosa

  5. Na zdjęciu piękny samiec kosa. Wśród ptaków samce mają bardziej okazałą urodę aniżeli samice (w przeciwieństwie do homo sapiens).

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.