Kultura

Wilkiem do lasu VIII

Po prostu była

Pogoda jak pogoda. Była. Ani dobra, ani jakoś szczególnie zła. Zachmurzone niebo skutecznie skrywało słońce. Zimowy standard. Żadnych szans na choćby pojedynczy promyk. Nic się w najbliższym czasie nie przebije. Z drugiej strony nie zapowiada się, aby miało wkrótce padać. Wiatr nie hula. I dobrze, bo za ciepło nie jest. Ledwo nieco na plusie. Dłonie nieco grabieją, chwilami więc chowam je do rękawiczek.

Opatulone ciepło dzieciaki zapakowane do bliźniaka. Przez ramię przerzucam torbę z aparatem. Idziemy do lasu. Na spacer. Duże koła wózka ułatwiają przedzieranie się przez każdy teren. także wąskie i nierówne ścieżki. Szybki marsz rozgrzewa. I usypia. Daleko nie jest, ale to wystarczyło, aby jedno zdołało usnąć. Ale nie drugie. Mała ma oczęta szeroko i ciekawie otwarte. Zagłębiam się między pierwsze drzewa. Może nie będzie hałasować. Wtedy będę miał czas na ptaki. Jeśli nie – będzie trzeba jeszcze pospacerować, aż uśnie.

Cisza na początku

2012-03-20
Poznań

cisza była na początku
cisza przed wszystkim
a nie było jeszcze nic
i nic jeszcze się nie zaczęło
ani nic jeszcze nie powstało
a cisza była
a cisza trwała
a cisza z cicha jak to miała we zwyczaju
cisza najcichsza z cisz
cisza odwieczna
cisza sprzed czasu
ta właśnie cisza czekała

a stało się
gdy czas nadszedł właściwy
i cisza pękła rozłamana na dwoje
jak pęka ziarno
by wznieść się ku niebo
swym powojem w poszukiwaniu
słonecznego szczęścia

i przestała cisza być jedyną
a wokół zapanowała muzyka
muzyka stworzenia
muzyka istnienia

a cisza
pradawna cisza
cisza miłości przedwiecznej
stałą się rzadkością

odnajdź tę ciszę w sobie
odnajdź tę ciszę w sercu
a odnajdziesz Tego
który w owej ciszy
wypowiedział pierwsze słowo miłości

Adam Gabriel Grzelązka

Cisza głęboka

Otaczała nas głęboka leśna cisza. Na pozór nic nie słychać. Brak wiatru. Drzewa się nie poruszają. Nie skrzypią ich pnie. Nie szumią im liście. Po prawdzie to nie miało co szumieć. No bo niby jak mają szumieć liście w ostatniej dekadzie listopada? Jakie liście? Te pojedyncze, uschłe sztuki tu i ówdzie wciąż jeszcze pozostałe na gałązkach są bez znaczenia. Gdyby był mróz, skrzypiałyby chociaż pod nogami. Ale mrozu też nie ma. Ani mrozu, ani liści na drzewach. Liściastych oczywiście. Bo sosny mają się nadal zielono. Ale iglaki za liście mają igliwie.

Pierwsze, co udało się się wyłowić uchem, to stado buszujących w koronie sosen sikorek. Wszelkie próby foto-łowów nie przyniosły zadowalających efektów. Zbyt szybko zmieniały miejsce, zbyt były ruchliwe. Rozsadza ich energia. Są wszędzie, ale nigdy na długo. Są na moment, na ulotną chwilę. Zdjęcie, jeśli zdoła je zarejestrować, jest w zasadzie loterią. Zależy od łutu szczęścia. Ale warto próbować, bo czasem przysiadają na wystarczająco długą chwilę. A wtedy szansa rośnie. Niekiedy nawet wychodzą bardzo ciekawe ujęcia.

Mała nadal nie śpi. Wierci się, więc ruszam dalej. Może uśnie. jazda usypia. Idę w głąb, między drzewa, klucząc wydeptanymi ścieżkami. Kiedyś ledwo było można się nimi prześlizgnąć. Dziś jest tu przestronnie. Opadłe liście niczego nie przesłaniają. Ścieżki jakby się poszerzyły. Niestety ptaków nie widać. Słychać też słabo. Z taką łatwością napotykane tutaj sójki oraz dzięcioły dziś nie dokazują. Ani ich widu, ani ich słychu. Jedynie z cicha dochodzą sikorcze odgłosy. Trudno je odnaleźć wysoko nad ziemią w koronach drzew. Nie ma mowy o fotkach. Światło za słabe, a ptaki kryją się przed wzrokiem no i pozostają w ciągłym ruchu. Nie usiedzą w miejscu. małe iskierki życia.

Zimne dłonie

Trochę zimno w dłonie. Czas wracać. Nagle hałas. Jakby się dwie przekupki kłóciły. Skrzek niesamowity. To sroki tak nadają. Jedna przez drugą. Jedna głośniej od drugiej. Żadna nie daje za wygraną. Żadna nie odpuszcza. Próbuję ostrożnie podejść. Tylko do której? Dzieli je kilkadziesiąt metrów. Każda siedzi wysoko na sośnie. Każdą skrywa igliwie. Żadnej nie widać. Za to słychać aż za dobrze. Krok po kroku, cichutko jak to tylko możliwe z dużym bliźniaczym wózkiem, zbliżam się. Trzeszczą gałązki pod kołami. Czasem pod stopami, mimo że staram się ile się da. Może w końcu którąś wypatrzę. Jestem coraz bliżej. Jestem już niedaleko. Jestem już bardzo blisko. I udało się. A i owszem wypatrzyłem. Tyle, że ze wzajemnością. Gdy tylko jedną z nich moje oko wyłowiło z gąszczu gałęzi, gałązek i sosnowego igliwia, natychmiast i ja wypatrzony zostałem przez nią. A w chwili, gdyśmy się tak wzajemnie dopatrzyli, ona mnie na dole, ja ją na górze, sroka za pas wziąwszy nogi, wzięła była i odleciała. I na tyle podchodów. Na tyle starań. Na tyle. fotka obejść musi się jedynie smakiem. Może gdzie indziej, kiedy indziej.

Wracając uboczem, nieco okrężną trasą, napotkałem inną srokę. Ta trzymała w dziobie jakiś orzech i usiłowała skryć się przed moim wzrokiem, by na spokojnie się doń dobrać i ze smakiem spałaszować. Pech chciał, że kryła się na jedynej dla mnie możliwej do przewędrowania ścieżce, o ile nie brać pod uwagę zawrócenia i inną pójścia zupełnie drogą. Tak więc, co ja się zbliżałem, powoli oczywiście i z pełna ostrożnością, to ona znów się przede mną kryła odlatując kilka metrów w przód i cały czas pozostając na ścieżce wspólnej naszej. W końcu drogi nasze się były i rozeszły, a ona, o ile nikt jej już nie niepokoił, mogła w spokoju sobie podjeść.

Spory kawałek dalej w kilku ujęciach utrwaliłem sobie na cyfrowych negatywnych maleńkie stadko wróbli. Później powtórzyłem to jeszcze po dwakroć. Wróble dużo łatwiej fotografować. W przeciwieństwie do srok nie są aż tak płochliwe i dają się podejść na stosowną odległość. Nie wiercą się też jak nadaktywne sikorki, co daje wystarczająco dużo czasu na fotografowanie nawet w kilkudziesięciu ujęciach.

Sójek u w okolicy jest całkiem sporo. Tak na oko to z kilkanaście na całym osiedlu. Widuję je w różnych miejscach. Nie tylko w owym lasku, ale i w niejednym ogrodzie. Albo na pograniczach osiedla, gdzie panuje spokój i odosobnienie. Jest dość dużym i niezwykle barwnym ptakiem, więc łatwo ją wypatrzeć. Bywa na dodatek niezwykle głośna. I nie jest jakoś mocno płochliwa. Pozwala się podejść dostatecznie blisko, aby ją wspaniale obfotografować. Na drodze, którą zazwyczaj spaceruję do i z lasu, a prowadzącej po obrzeżach osiedla, jest jedno takie miejsce, przydomowy ogród z pięknymi iglakami, gdzie czasem jedną z owych sójek napotykam.

No, ale czas wracać. Zimno w dłonie. Kostnieją. A i dzieciaczki pewnie nieco już podmarzły. I zgłodniały, bo zaczynają się budzić. Nadchodzi pora karmienia.

Poznań, 2013.11.21
Autor: Adam Gabriel Grzelązka

2 komentarze

  1. wieczorynka

    Bardzo dobrze, że dzieciaki już w wózku są zabierane w plener. Mam znajomych, którzy “pierwsze kroki” w nauce jazdy na nartach spędzali w plecaku taty, np. na Skrzycznem.

  2. 50-parolatek

    Problemem są wielkie aglomeracje, a tych coraz więcej na (“cywilizowanym”) Swiecie…
    Zdrowie i tężyzna fizyczna młodych pokoleń, to problem niedalekiej przyszłości

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.