Kultura

Wilkiem do lasu V

 Stu stuk, stuk…

Dzięcioła łatwo rozpoznać, gdy stuka w drzewo. O tym, że to stukanie od niego właśnie pochodzi wie chyba każdy.  Przy odrobinie szczęścia łatwo go wówczas odnaleźć. Co prawda można się łatwo potknąć skradając tak krok za krokiem z głową zadartą do góry. Najłatwiej jest natrafić na dzięcioła dużego. Znam co najmniej kilka miejsc w okolicy mojej domu i pracy, gdzie zawsze mogę liczyć co najmniej na jednego. Największym problemem z dzięciołami podczas fotografowania jest wysokość drzew, na których siadają. Optymalna odległość sprawia, że zadzieram wysoko obiektyw i w efekcie nie da się zrobić dobrego zdjęcia. Podbrzusze nie jest najwdzięczniejszym obiektem. Aby zrobić zdjęcie z dobrym profilem, często muszę się cofać, dużo i daleko, przez co ptak jednocześnie maleje w obiektywie. Brakuje zoomu. Może będzie lepiej, jak w końcu dostanę konwerter przedni. Pozwoli to – mam nadzieję – uzyskać lepsze powiększenie bez potrzeby podchodzenia zbyt blisko. Zobaczymy. To jedyna przystawka, w jaką mogę wyposażyć mój obiektyw zintegrowany z korpusem. No, ale na to niestety przyjdzie mi jeszcze poczekać.

Wróćmy do dzięciołów. Najczęściej fotografuję je w okolicach cmentarza na Miłostowie w Poznaniu. Do tegoż cmentarza jest jeszcze kawałek, ale las zaczyna się już przy Mogileńskiej, jakiś kawałek wcześniej. Taki większy zagajnik na skraju miasta. Taki przyczółek lasu. Niedaleko domu spokojnej starości. Rozdzielony linią kolejową od pozostałej części, która w ostateczności wychodzi klinem poza miasto. Fajna okolica swoją drogą. Inspirująca. Tak po prawdzie to w sumie tego lasu nie ma tam za wiele. Ale jest go wystarczająco, aby można tam pospacerować z dzieciakami w wózku. Jest tego więcej niż kilka drzew i garść krzewów. Głownie są sosny. Jest ich bardzo dużo. Przeważają. I właśnie na tych sosnach żerują co najmniej dwa lub trzy dzięcioły. Dwóch jestem pewien, a trzeci zdaje mi się, ale pewności nie mam. Siada sobie taki na jakiejś podeschłej gałęzi i zaczyna obrabiać umieszczoną w dzięciolej kuźni szyszkę. Wystarczy wówczas znaleźć odpowiedni kąt widzenia i pstrykać zdjęcie po zdjęciu. Przydaje się oczywiście słońce. Wówczas ptak staje się bardziej malowniczy. No i skraca się czas, co szczególnie jest ważne, gdy robię zdjęcia na maksymalnym wysunięciu.

Stuk puk

2014.01.08
Poznań

kto stuka tak stuk stuk tak
kto puka tak puk puk tak
stuk stuk tam stuk puk
stuk stuk tu stuk puk
puk puk raz za razem stuk
puk puk bez ustanku stuk

z daleka echo niesie
łomotanie to
z daleka w lesie brzmi
bębnów ten głos

stuka puka bębni i wali
dzień cały niezmordowany ktoś
a nie ustaje stuk puk
a nie przestaje puk stuk
i tylko chwilę cisza trwa
bo oto znów
pracowicie ktoś
drewno kuje niczym
rozżarzoną stal

Adam Gabriel Grzelązka

Pstryku pstryk

Dzięcioł jest wdzięcznym obiektem do fotografowania. Nie jest zbytnio płochliwy. Byleby nie poruszać się nazbyt szybko. Wszelkie ruchy winny być płynne i powolne. No i najważniejsze: podchodząc dzięcioła, nie tylko zresztą jego, za wszelką cenę należy wystrzegać się nadepnięcia suchej gałęzi. Jej pęknięcie potrafi spłoszyć każdego ptaka. A wówczas zabawa w podchody kończy się i trzeba zaczynać wszystko od nowa z innym ptakiem w innym miejscu. Albo o innym czasie. A na to czasu przeważnie nie ma. Lepiej wiec raz a ostrożnie. Dzięcioł daje się podejść wystarczająco blisko, aby dało się robić piękne ujęcia. Niekiedy udaje się uzyskać taki kąt, że wdać szyszkę, którą dzięcioł kuje w swej kuźni. Bywa jednak, że spłoszony lub znudzony przelatuje na inne drzewo. Albo czyni to zwyczajnie sam z siebie. Na szczęście ma swoje ulubione miejsca i w zasadzie nie muszę ganiać go po całym lasku na oślep licząc przy tym na przysłowiowy łut szczęścia. Wcześniej czy później powraca. I znów można go fotografować i oglądać. Przynajmniej dopóki któryś z dzieciaków się nie zbudzi i nie będzie trzeba przerwać obserwacji na rzecz opieki. Wtedy zazwyczaj muszę wracać. Koniec spaceru. Limit czasu wyczerpany.

Nieczęsto, ale zdarzyło mi się to dwa czy trzy razy, że któryś z żerujących tam dzięciołów przysiadał na pniu drzewa w miarę nisko nad ziemią. To idealna pozycja. O ile oczywiście uda się stanąć ze słońcem za plecami, a przynajmniej nie na wprost niego. Najczęściej jednak tego słońca niestety brakuje. Pochmurne zimowe dni nieczęsto darzą słońcem. Poza tym często zdarza się, że gdy już jest, to miast pomagać, oślepia.

Pochmurne dni, o ile nie są mocno ponure i ciemne, nie są w sumie takie złe podczas przyrodniczej sesji. W każdym razie nie mam na pogodę większego wpływu. A ptaki tak czy siak są i można je obserwować i utrwalać na cyfrowych negatywach. Trudniej jednak „zdążyć” ze zdjęciem dzięcioła przy pogodzie niesłonecznej. Jego ruchy głowy podczas bębnienia są tak szybkie, że nawet przy dobrym oświetleniu zdjęcia robią się rozmyte. Przy gorszych warunkach wystarczy drobne poruszenie ciała. Nie zawsze udaje się wstrzelić w moment bezruchu, w przerwę podczas której się rozgląda. Głównie za przyczyną autofokusa, który opóźnia moment utrwalania obrazu nie mogąc wyostrzyć na ptaku. Szczególnie są z nim kłopoty podczas szarych, niskokontrastowych dni. A niestety fokusa manualnego nie mam w moim aparacie.

Powracam wciąż tu i tam

Pozostaje ponawianie prób i ponowne odwiedzanie miejsc, gdzie dzięcioły są. Wcześniej czy później uda się zrobić kolejne wspaniałe zdjęcie dzięcioła. Nie jest to kłopotem, bo bywam w tych okolicach dość często. Choćby podczas spacerów z dzieciakami. Tak więc zdjęcia powstają niejako przy okazji.

Jakiś czas temu znalazłem kolejne miejsce, gdzie jest całkiem sporo dzięciołów. Niestety jest dużo dalej, więc nieczęsto tam będę. Ale jak się da, zamierzam tam niekiedy zaglądnąć. Poza tym nie jest tam aż tak spokojnie. No i trzeba uważać na przejeżdżające krętą drogą od czasu do czasu z cmentarza i na cmentarz samochody. Może kiedyś znajdę czas, aby wybrać się tam samemu o świcie, bez dzieciaków. Będzie można wówczas pokrążyć po zboczach wzniesień i poszukać tych dzięciołów, które słyszałem. Jest ich tam dużo więcej, niż w poprzednio wspominanym miejscu. Kto wie, co tam jeszcze zdołam przy okazji ciekawego natrafić.

Inne miejsce obfitujące jak się okazało w dzięcioły, to Lasek Golęciński nieopodal podupadłej KS Olimpii, w pobliżu przejścia dla pieszych przerzuconego przez biegnącą dołem linię kolejową. Rośnie tam sporo sosen. I właśnie na tych sosnach co kawałek słychać jakiegoś dzięcioła. A jeśli akurat ich nie ma tam, można pójść do pobliskiego Arboretum i tam mogą być. Szczególnie w nowo ogrodzonej części, która dopiero jest powoli przystosowywana na park drzewny. Póki co wytyczono w niej układ ścieżek i powycinano to i owo. Trzeba przyznać, że miałem szczęście znaleźć się tam w odpowiednim czasie. Bywałem bowiem w okolicy nie raz i nie dwa, ale aż tylu ich nie znalazłem. Jak dotychczas. Zobaczymy, czy tak już pozostanie, czy też jest to jedynie przejściowe dzięciole zagęszczenie.

W noworoczny poranek byłem świadkiem powietrznej bitwy całego stada dzięciołów. Szkoda, że nie bardzo dało się cokolwiek sfotografować. Po pierwsze jeszcze nie rozchmurzyło się i czasy zdjęć były długie. Zbyt długie na szybki strzał z ręki. Po drugie ciągle coś się działo, ciągle wszystko było w ruchu. Ptaki nieustannie zmieniały miejsce pobytu przeganiając się w tę i tamtą. Zbyt mało czasu, aby zdążyć namierzyć, wyostrzyć i zapisać na karcie jakieś sensowne ujęcie. Szczęściem w południe się uspokoiło. A na dodatek w końcu wyładniało. Każdy z ptaków znalazł sobie własne drzewo i tam wystukiwał swą melodię. I wtedy, wracając już do domu zdołałem zrobić kilka ciekawych zdjęć. Warto było.

A dziś…

Dziś byłem na długim porannym spacerze na poznańskiej Cytadeli. Tam także są dzięcioły. Co najmniej kilka w różnych częściach parku. Będzie trzeba tam znów przy okazji powrócić na kolejny rekonesans. Jest do przeczesania spory obszar. Na szczęście dzięcioły mają swe ulubione miejsca. Wystarczy raz je znaleźć, a potem powracać i przy odrobinie szczęścia znów będzie można napotkać tam danego ptaka. A wszystko to stosunkowo blisko domu. W zasięgu spaceru. Oby w najbliższy weekend pogoda ponownie dopisała. A jeśli nie, to byleby chociaż nie padało, bo wtedy to już zupełnie kiepsko.

Są jeszcze dzięcioły, które napotkałem na ścieżce prowadzącej znad Rusałki do jeziora Strzeszyńskiego. W kilku miejscach. Wszystko to dzięcioły duże. Dzięcioł tam, dzięcioł tu, i jeszcze tam i tam. I wszystko duże. Będą tu całą zimę. Będzie okazja do kolejnych wspaniałych zdjęć w słońcu i bez niego.

Nie udało mi się jeszcze natrafić na dzięcioła zaglądającego do własnej dziupli. Może będzie na to okazja na wiosnę, gdy zawiążą się pary. No i samice. Na zdjęciach, które dotychczas przejrzałem, wygląda, że są tylko samce. Ale nie wszystkie zdjęcia są już opracowane, stagowane. Może wiec na którymś z nich znajdę jednak samiczkę. Póki co przy najbliższej okazji znów zamierzam iść w las i nasłuchiwać stukotu dzięciołowego. A gdy go już posłyszę, zacznie się skradanie i namierzanie aż w końcu mym oczom ukaże się odnaleziony ptak. A wtedy w ruch pójdzie aparat.

Poznań, 2014.01.06
Autor: Adam Gabriel Grzelązka

One Comment

  1. Po raz kolejny z dużą przyjemnością przeczytałam artykuł. Zdjęcie dzięcioła jest bardzo ładne. W swojej okolicy głównie widuję dzięcioły pstre, są mniej kolorowe jednak mają to swoje charakterystyczne stuk,stuk, stuk.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.