Wilkiem do lasu LXXXVII

Burzy czad

Trzeba przyznać: burza dała czadu. Zapowiadało się niewinnie. Był nawet taki moment, że wszystko mogło rozejść się po kościach i nic by z tego nie było. Już niemal, już prawie, już cichło, odchodziło, zanikało wszystko… Ale nie, jednak dupło. A było to tak..

Od rana żar lał się z nieba. Kolejny już dzień. Rano, no może nie o samym świcie, ale jak dla mnie to naprawdę wcześnie rano, bo w okolicach 7, gdy szedłem do pobliskiej piekarni po świeże chrupiące smaczniutkie bułeczki, już było upalnie. Już, zatem co będzie dalej? Pot jeszcze nie płynął ciurkiem po plecach, ale niewiele już brakowało, aby tak właśnie się działo. Gorąc wylewał się zewsząd. A przecież było naprawdę wcześnie. Okolica dopiero budziła się do życia. Nawet w piekarni o tej porze nie ma jeszcze żadnych kolejek. Dzień nadchodzi. A poprzedza go upał.

Przedpołudnie to była istna udręka. Sytuację na szczęście nieco łagodziły delikatne podmuchy nieomal stale obecnego wiatru. Ciepłe podmuchy. Nic, tylko chronić się w cieniu, dużo pić i możliwie jak najmniej się ruszać. Upał był obezwładniający. Zniechęcał do jakiejkolwiek aktywności. Upał wysysacz.

Deszcz nastał potęgą

2017.05.30
Poznań

już nie drobi
już powietrza suchego kroplami nie skubie
poszedł na całego
nadszedł strugą
jedną trzecią drugą przeplata myli się w krokach

jeszcze i jeszcze
więcej i więcej
już nie znajdziesz skrawka suchej ziemi
wszystko zdaje się płynąć
żar rozpalonego piasku tonie w odmętach

a deszcz nasila się
rośnie w siłę
jemu jest mało
on chce więcej

wie że chwile jego policzone
że wkrótce wszystko się skończy
więc pędzi chcąc zdążyć
zatonąć w sobie jedna chwilą
popłynąć w strudze nieprzrewanej
wprost ku pylnej ziemi

Autor: Adam Grzelązka

Burza się burzy

Coś koło południa przyszło ostrzeżenie burzowe na SMS. Spojrzałem na błękitne niebo upstrzone tu i ówdzie obłoczkami niczego nie zwiastowało poza ukropem. Powoli zwinęliśmy się z piaskownicy. Jakie to szczęście, że o tej porze roku od rana po części przynajmniej pozostaje ono w cieniu. Bez niego nie dałoby się tu aż tyle godzin wytrzymać. A tak mieliśmy przynajmniej udaną zabawę. No ale czas na nas.

Zwijamy się. Zabawki do plecaczka. Plecaczek na ramiona. Każdy swój. Idziemy jeszcze do sklepu po drobne zakupy na obiad. Droga staje się udręką. Nagrzany do granic możliwości beton promieniuje i sprawia, że ogień pali nawet w stopy. Szukamy skrawków choćby cienia i przemykamy pod jego osłoną. Nic to, że droga dłuższa. Ale znośniejsza. Powrót niestety już nas nie osłania w żaden sposób. Z nieba dopieka słońce. Od dołu podpieka nas przydomowy chodnik niczym płyta kuchenki elektrycznej. Musze uważać, aby podczas otwierania drzwi wejściowych nie oparzyć się – są tak nagrzane, że grozi to naprawdę lekkim poparzeniem. Raz mi się to już zdarzyło.

Klatka schodowa wydaje się przyjemnym schronieniem. Za to w mieszkaniu znów dopada nas upał. Mam akurat taki układ, że okna jedne mam na południe, a drugie na północ. W części mieszkania jest za gorąco, w drugiej części nawet zimnawo. Okna otwarte na oścież, drzwi zabezpieczam przed samozatrzaskiwaniem się. Robi się niezły przeciąg. Choć trochę wygoni nam to nagrzane powietrze. Cóż z tego jednak, skoro to rozpalone w pokoju zastępowane jest tym rozpalonym za oknem. A w takim przeciągu długo wytrzymać nie idzie.

Drugi z moich dzieciaczków powraca z przedszkola. Udajemy się na poobiednią sjestę. Drzemka dobrze nam wszystkim zrobi.

Jak nie pierdutnie…

Tymczasem za oknem pogoda się nieco odmienia. Niebo zasnuwa się delikatnie chmurami. Nie, żeby było ponuro, ot pochmurno. Wiatr nadal powiewa, niespecjalnie widać różnicę w jego aktywności. Czyżby jednak deszcz?

Ta, spadło kilka kropel i się przejaśniło. To by było na tyle. Tak wtedy myślałem. Na parę minut wszystko rozeszło się rzeczywiście po kościach. Zupełnie, jakby burza przeszła gdzieś bokiem. I to bardzo odległym bokiem. Miasto działa zawsze jak wielki piekarnik. Słońce nagrzewa tu, co tylko może, a beton, stal i asfalt oddają ciepło, które zawsze odpycha wszelkie chmury próbujące wcisnąć choć odrobinę deszczu w objęcia schnącego z pragnienia miasta.

Siedzę przy otwartym oknie. Coś tam robię na komputerze jeszcze. Ogarnia mnie senność. Staram się jak najszybciej dokończyć to, co chcę dokończyć, aby móc także zdrzemnąć się, nim dzieciaczki przyjdą mnie zbudzić na obiadek. W tym upale nie ma sił na nic więcej. Trzeba go jakoś przeczekać. Po prostu przeczekać.

Nagle jak nie łupnie. Jak nie trzaśnie. Jak nie zagrzmi. Przyznam się z zażenowaniem, że nieomal nie spadłem z krzesła. Autentycznie przestraszyłem się tego wystrzału, tego gromu, tego huku. Musiało walnąć w pobliżu. Naprawdę blisko. Albo w szpitalne odgromniki, albo w pobliski komin. Kilkaset metrów ode mnie zaledwie. Serce przez chwilę zamarło mi w piersi. Trzeba było ułamków chwili, bym doszedł do siebie wystraszony i wstrząśnięty, ogłuszony hukiem. Wstałem, wyjrzałem przez szeroko otwarte okno. Nic. Błękitne niebo tu i ówdzie przebijało się przez powłokę białych chmur. Nijak nie wyglądały na burzowe.

Dyskretnie sprawdziłem, czy dzieciaczki śpią. Śpią. Niczego nie słyszały. I dobrze, bo przestraszyłyby się z pewnością podobnie jak ja. Na szczęście zdążyły zasnąć na dobre głębokim spokojnym snem.

Znów spadło kilka kropel. Powoli sytuacja zaczęła się zmieniać. Pociemniało na niebie. W końcu spadł deszcz. Gdzieś, daleko, daleko grzmiało nadal. Zbyt daleko jednak, aby powodować jakiś znaczący hałas. Krople przeszły w deszcz, ten w krótkim czasie w porządne gęste strugi. Na kilka minut. Popadało, chlusnęło i poszło dalej. Ot po burzy. Gdyby nie ów porażający swą bliskością grzmot, burza przeszłaby przez okolicę zupełnie bez wyrazu, bez uczucia, nieomal niezauważalnie.

Skończyłem, co miałem robić. Za oknem nieco silniejszy wiatr. Niebo nadal skryte chmurami. Delikatnie padający deszczyk. W powietrzu czuć nieco orzeźwienia. Tylko nieco. I wilgoć. Przyjemną, chłodną, pobudzającą. Uspokoiło się. Pewnie wkrótce i to się wyciszy. Znów pojawi się słonce i wkrótce wszystko osuszy w trymiga.

Dzieciaczki śpią. Pora na sjestę. Zasnąłem nieomal od ręki. Ten upał naprawdę wykańcza i wysysa wszelkie siły. Odbiera na cokolwiek ochotę. Zmęczenie dobija mnie upałem i duchotą.

Kap, kap, kap…

Obudził mnie jakiś szmer. Przez chwilę nie docierało do mnie zupełnie, co on oznacza. Chciałem tylko spać. Jeszcze spać. Choć odrobinę. Pół przytomny rzuciłem okiem na telefon. Godzina taka, że mógłbym spokojnie sobie jeszcze nieco podrzemać. Nie ma przecież pośpiechu. Nadstawiłem ucha ignorując szum. Dzieciaczki śpią, żadnego nie słychać. Tylko co tak szumi? Co mnie obudziło? Nie da się tego ignorować. Wtedy zrozumiałem. O rany! Toż to leje za oknem. I to leje solidnie. Z fantazją. Z przytupem. Z rozmachem. Zerwałem się. Toż to mam okno otwarte na oścież. Zaproszenie pełną gębą, aby deszcz zagościł w moich wnętrzach. Momentalnie się wybudziłem. Kurcze, zaleje mi podłogę.

Na szczęście nie wiało wprost w okna. Parapety właściwie suche. Ot tu i ówdzie jakieś krople, ale one z rozbryzgów od tych, co roztrzaskiwały się za oknem, pochodzą. Leje w drugą stronę. Nie muszę się póki co zamykać szczelnie. Na razie… Dobrze by było, bo wewnątrz nadal jest za gorąco.

Zalewica

Za oknem istny armagedon. Za oknem ulewa ma się w najlepsze. Leje. Siecze. Ciska wodą z nieba. Istne oberwanie chmury. Woda bębni o ziemię z impetem. Stąd ten szum, hałas, który mnie wybudził. Z nieba leci w takich ilościach, że ziemia nie daje rady wchłaniać jej. Studzienka znów nie wyrabia. Robi się ogromna kałuża. Wkrótce łączy się z drugą ogromną kałużą. Jest już jedna, przeogromniasta kałuża. Jest już tylko ogromne bajoro. Nie ma jakichkolwiek szans na jakiekolwiek go przebycie bez kaloszy. Zwykłe półbuty temu z pewnością nie podołają. Zatoną.

Leje nadal. Falami. Z tym, że jak słabnie to i tak leje. Stoję w oknie i patrzą jak urzeczony. Przepiękny groźny widok. Nie cieszyłbym się nim z pewnością, gdybym akurat musiał iść gdzieś ulica. Ale tu, z okna mego pokoju wygląda to przefascynyjąco. Jestem zauroczony. Otrząsam się z zachwytu i sięgam po aparat. Próbuję robić zdjęcia. Dużo różnych zdjęć. Nie jest łatwo. Długie czasy. Będę poruszone. Opieram aparat o framugę okna, aby zminimalizować poruszenia. Może się uda.

Mijają minuty. Deszcz pada. Wylewa hektolitry wody wprost na zatopioną ziemię. Nieopodal po zeszłorocznym remoncie mamy nowe miejsce do suszenia prania. Ładne, uporządkowane. Kilka dni temu wysiano nowiuteńką trawę. Dziś wszystko zamieniło się w jedną błockowatą żółtawą breję. W jedno rozmiękłe bagno. Słabo widzę tę zasianą trawę. Będzie trzeba dosiać od nowa przynajmniej część.

Leje. Deszcz zalewa wszystko. Wody jest coraz więcej. Nie daje rady przeniknąć przez stwardniałą zasuszoną ziemię. Nie daje rady odpłynąć kanalizacją. Dzieciaczki śpią zmożone dzisiejszym upałem. Spały dużo dłużej niż zazwyczaj Dużo dłużej. Przespały całą burzę. Przespały jej nawrót. Przespały ulewę za oknem.

Po dobrej godzinie nieco zelżało. W ciągu drugiej deszcz zdołał przejść z intensywnej ulewy w nieznaczne pokapywanie. Wkrótce i to ustało. Pozostało bajoro i błoto. Te nie znikną tak szybko. Jeszcze na drugi dzień tu i ówdzie widać pozostałości. Nieco się też ochłodziło. Do znośnych temperatur. Miłych, orzeźwiających. Wilgotne powietrze nadal pachnie deszczem.

Poznań, 2017.05.31
Autor: Adam Gabriel Grzelązka

Jedna myśl na temat “Wilkiem do lasu LXXXVII

  • 4 czerwca 2017 o 14:53
    Permalink

    We wspaniały sposób wydobywa pan piękno ze zwykłych rzeczy

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.