Wilkiem do lasu LXXVIII

I wyszło słońce…

Wyszliśmy na spacer. Pochmurno, lecz ciepławo dość. Zupełnie nie czuć zimy, choć zazwyczaj to właśnie w lutym wypadały jej najostrzejsze ataki. Nie tym razem jednak. W tym roku wraz z nadejściem tego najkrótszego miesiąca w roku zima odeszła w zapomnienie, a na jej miejsce skrada się każdego dnia coraz odważniej zbliżająca się wiosna. Szliśmy na przechadzkę. Dookoła cichość poranka. Szum aut z pobliskiej drogi.

My tymczasem przemykamy na przełaj miedzy jedną a drugą bramą szpitalną. To spory skrót i bardzo wygodny. Wiele osób tędy chodzi, jeśli musi już w tym kierunku iść. Nie ma tu tego niebezpieczeństwa, że coś nas rozjedzie lub ochlapie brudną wodą z kałuży, gdyby akurat takowe się były po deszczu porobiły. Tyle, że deszczu też dawno nie było. Jakieś kilka dni. Takiego całodniowego. Bo pomniejsze, czasem poranne, a czasem popołudniowe się zdarzają. Bywały i deszcze wieczorne lub nocne. Dajmy na to wczoraj. Od rana pogodnie w miarę. Choć nieco mroźno, ale nie dlatego, że mróz tylko dlatego, że zimny przenikliwy wiatr hula sobie wte i wewte. I zimno od tego wiatru było iście zimowo. Pomimo pięknego błękitu nieba i złocistych promieni słońca bezskutecznie próbującego nas na tym spacerze ogrzać. Deszcz deszczem, ale szybko znika w późniejszym czasie. A to go słońce wysuszy, a to znów wiatr wywieje i tyle go widać, co tu i ówdzie kałuża niewielka albo i mniej nawet, bo plamka wilgotnego błota co najwyżej.

Zakosami przedarliśmy się przez kawałek niesprzyjającego spacerom miasta i dotarliśmy w okolicę, którą dziś wyznaczyłem sobie jako docelową. Spokojne uliczki, niemal alejki. Przez cały spacer ledwo dwa lub trzy jadące auta zakłóciły nasz spokój przedpołudniowy. Krok po kroku obchodzimy sobie prywatną klinikę stomatologiczno-chirurgiczną. Od głównej i wcale mało ruchliwej ulicy i dużego skrzyżowania oddziela nas spory, bo ponad dwumetrowy na oko nasyp. Ten wał ziemny zagłusza bardzo skutecznie wszelkie dźwięki dobiegające do nas zza niego. Niemal ich nie słychać. Dzięki temu czujemy się jakby w innym, delikatnie tylko szumiącym świecie.

Vocabolarium #4

2016.01.07
Poznań

los słowom nie zawsze łaskawy
los słowom nie zawsze sprzyja
bywa że mu nie po drodze
i słowa przemijają niedosłyszane
bo nikt ich nie posłyszał
nikt nie podjął ich dialogu
nikomu nie zapadły na sercu
do nikogo nie dotarły ze swym przesłaniem

los marnie obchodzi się ze słowem
nie dba o nie nie zabiega o sławę
zapomina że coś zostało powiedziane
omija z daleka
na czas nie przychodzi
nie pomaga
nie podnosi na duchu
skąpi szczęśliwego losu
odmawia czci i chwały
los za nic ma powierzone mu słowa
puszcza je na wiatr
porzuca przy byle drodze
odwraca plecami
gdy coś mu się odmieni
złym jest kompanem
złym doradcą
opiekunem niedbałym
słów mu zawierzonych
słów do życia powołanych
w wierszu choćby najpiękniejszym
cóż kiedy nie czytanym
bo do nikogo skierowany
bo nikomu nie wpada w ręce
bo nikt nie wie o jego istnieniu

Adam Gabriel Grzelązka

A za zakrętem…

Błoga cisza nie jest bynajmniej idealna w swej bezgłośności. Cisza zresztą jak wiadomo wszem i wobec rzadko kiedy oznacza całkowity brak jakichkolwiek dźwięków. Cisza jest raczej nieobecnością zanieczyszczeń dźwiękowych naszej cywilizacji i ludzkiego natłoku. Jest ciszą przyrody. Wkomponowany jest w nią leciuteńki szum ogołoconych z liści drzew. I wiecznozielonych iglaków wszelkiej maści. Mocniejszym akordem odcina się zawsze dobitnie głośny ćwierkot wróbli i pośpiewywanie rozbrykanych wiecznie sikorek. Dotarliśmy właśnie do końca naszej uliczki. Obecnie dalej przejść nie idzie. Stoi tam bowiem płot. A za płotem ogromny plac budowy. Kolejny kilkupiętrowiec wznosi się w szybkim tempie. Pewnie wzorem poprzednich okolicznych wielopiętrowców, także i on ogrodzony i odcięty od świata zewnętrznego będzie był, zamknięty dla nieproszonych niechcianych obcych był będzie, jak my chociażby teraz właśnie. Zawracamy. Idę inną trasą, aby nie powtarzać przebytej już marszruty. Tym razem znienacka, za którymś tam z kolei zakrętem, napotykam na kolejny schron. Ogrodzony jest całkiem nieźle trzymającą się siatką drucianą. Cóż z tego, jak okazuje się, że brama mająca chronić doń dostępu, jest na oścież otwarta. Teoretycznie dostać do wnętrza się nie idzie, bo zamurowano wejścia czas jakiś temu. Ktoś jednak wybił już sporą dziurę w jednej tak postawionej świeżo ściance. Niezbyt wygodnie, ale teoretycznie dałoby się wczołgać do środka. Może będzie kiedyś okazja się tam dostać. Czas pokaże.

Nieco dalej weszliśmy w ciąg bocznych uliczek zwiedzając jedną po drugiej. Bardzo klimatyczna przestrzeń domków szeregowych. Wszystkie parterowe. Nie najmłodsze już. Za to każda uliczka wysadzana różnymi drzewkami. Bardzo to wszystko pięknie i malowniczo wygląda. Zachwycająco robi się szczególnie wówczas, gdy w końcu chmury przegonione przez wiatr odsłaniają skrywane dotąd słonko. Robi się ciepło. Bardzo ciepło. Tak ciepło, ze częściowo zdejmujemy czapki i szaliki.

Każda z tych uliczek skrywa inne piękno szczegółów. A to jakiś dzwonek. A to stara skrzynka pocztowa. A to piramidka z kamieni ułożona na podjeździe. Albo na werandzie baranek jakiś postawiony na maleńkiej półeczce zawieszonej wysoko na ścianie. Idziemy powoli. Oglądamy z dużym zainteresowaniem każdy metr przebytej drogi i szukamy tych drobiazgów, tych szczególików, które warto uwiecznić na kolejnych fotografiach.

Słonce nie dość, że wychyliło się spoza znikających coraz szybciej chmur, to jeszcze dalejże przygrzewać. Przygrzewało z wielkim zapałem. Z wielkim zaangażowaniem. Dookoła od razu jakoś tak wiosną zapachniało. Skorzystały z tego ptaki. Rozśpiewały się na całego. Wróble poczęły rozrabiać. Sikorki nawoływać się z wielkim zaangażowaniem.

W którymś momencie niebo przeciął klucz gęsi powracających z zimowiska. Za ciepło im się zrobiło i odezwał się w nich zew natury. Wyruszyły w swą coroczną daleką podróż.

Tymczasem nocka pokryła świat delikatnym szronem. Temperatura nie spadła jakoś mocno drastycznie, niemniej na tyle nisko, ze para wodna zdążyła się skondensować i zaszklić wszystko białym pokrowcem. By go  jednak można było zobaczyć, należało wcześnie rano wstać i wyjrzeć na świat z okna swego mieszkanka. Dość szybko bowiem wschodzące słońce na powrót przywracało wiosenną atmosferę.

Poznań, 2016.02.07
Autor: Adam Gabriel Grzelązka

Jedna myśl na temat “Wilkiem do lasu LXXVIII

  • 5 kwietnia 2016 o 06:51
    Permalink

    Piekny esej o budzacym sie zyciu na wiosne i reflesyjny wiersz na temat slow, one sa takie wazne, koja bol, wyznaja. milosc i tesknote..takze zal i wscieklosc …docenia sie slowa, gdy w obcych stronach “naszych” slow i przepowiedni inni nie rozumieja …” slowa” to tak jak zdrowie, “ile go trzeba cenic, ten tylko sie dowie , kto go stracil ……”
    A propos, ” czy kormorany przylecialy juz “…( Piotr Szczepanik spiewal, ze w jesieni kormorany odlecialy juz…w “Goniac kormorany”…..

    Nie dawalo sie od wczoraj napisac sie komentarza pod powyzszym esejem, po nacisnieciu batona “komentarz” nastepowalo polaczenie do poprzednich Pana publikacji…

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.