Kultura

Wilkiem do lasu LXXV

Mróz

Poranek był mroźny, rześki. Słońce niedawno wychyliło się ponad horyzont. Było jeszcze zbyt nisko, by dawać jakiekolwiek ciepło. Jedyna pociecha w tym, że wiatr, choć chwilami ostry i bardzo przenikliwy, to jednak co rusz cichnie i słabnie, a nawet całkowicie niekiedy zamiera.

Próbuję rozgrzać się szybkim marszem. Początki zawsze są kiepskie. Przyspieszam. Póki co niewiele to daje. Owijam nos i usta chustą. Wciskam ręce w kieszenie. Jest tak zimno, że nie chce mi się nawet zachwycać śnieżną atmosferą skąpaną w porannym brzasku. A jest naprawdę pięknie.

Śnieg skrzypi pod nogami. W nocy przymroziło naprawdę solidnie. I póki co niespecjalnie popuszcza. Prognozy mówią, ze taki stan utrzyma się jeszcze kilka dni co najmniej. Wkrótce zagłębiam się w niewielki lasek. Tutaj otoczony zewsząd drzewami w końcu się rozgrzewam. W końcu jest mi cieplej. Nieco cieplej. Wystarczająco ciepło. Już nie marznę tak, jak w chwili wyjścia z domu. Nie jest źle, będzie lepiej. I tego się trzymam.

Docieram nad Staw Browarny. Brrr. Tu znowu jest zimno. Tu znowu dopada mnie bezlitosny mróz. Wieje. Nic mnie tu nie osłania. Przeszywa do szpiku kości. W nocy staw zamarł. Jeszcze nie na tyle, by móc pokusić się i wejść na taflę lodu. Tu i ówdzie widać bardzo cienką warstewkę pociemniałego lodu. Ciekawe są długie proste linie tego cienkiego lodu przecinające tu i ówdzie staw. Nie tylko ten zresztą. Ale i inne okoliczne. A kilka ich tutaj jeszcze jest niedaleko. Ciekawe, dlaczego akurat takie. Czyżby pod spodem, pod ziemią biegły jakieś ciepo rury? Z tego akurat stawy jesienią spuszczano wodę i nic takiego nie było widać na dnie. jeśli wiec coś tam jest, musi być głębiej. Nie znam odpowiedzi.

Zrobiłem po drodze kilka zdjęć skąpanych w świetle drzew po drugiej stronie stawu. Cisza. Poranna cisza. Czasem, bardzo rzadko mijam kogoś spacerującego z psem. Albo biegającego. Ptaki też się gdzieś pochowały.

Cóż ja o mrozie

2016.01.04
Poznań

powiedzieć wam mogę
że chłodno się kłania
z tym się nikt nie spiera
nikt na pozdrowienie nie odpowiada
kwiatów mu nikt nie wręcza
chlebem i solą nie wita
w progi nie zaprasza
że lodowatym wodzi wokół wzrokiem
i nikt mu w twarz nie zagląda
na ulicy radośnie nie rzuca w ramiona
ręki nie poda
do stołu nie zaprosi
słowa nie zagada
bo i o czym tu z mrozem
gdy zimno dookoła gadać
nad czym się rozwodzić
po prawdzie
nikt słowa nie wypowie
gdy nie musi niezbędnie
pary z ust nie puści
języka od niechcenia nie postrzępi
że każdy go unika jak może
a gdy nie może
najszybciej jak się da umyka
bo nikt się mu w objęcia nie rzuca
pod rękę z nim nie chodzi

że gdy gdzieś wchodzi
wszystkim zaraz z zimna rzedną miny
drżą kolana
szczękają zęby
w uszach z zimna aż dzwoni
i coś w poliki szczypie
w opuszki palców kąsa

mawiają o nim półszeptem
że nadchodzi
że trzyma
że puścić nie zamierza
że więzi w okowach

innym znów razem
że już czas jego policzony
że puszcza nareszcie
że już niedługo i w ogóle
że w końcu – już po nim
że dobrze – że już odchodzi

a gdy wraca znienacka
gdy nawiedza nasze strony
gdy już już się zdawało
że wiosna za pasem i żar powraca letni
a ona nagle niczym jastrząb z jasnego nieba
wówczas szepczą o nim po kątach
mawiają półgębkiem
że ostry
że okrutny
siarczysty jak nie wiem
że tęgi trzaskający
że złapał i znów trzyma
że przenika do szpiku kości
że skuł że zważył krew w żyłach
że znów dzwoni zębami
że jest bez litości

a gdy go już wśród nas nie ma
za śniegiem tęsknią dzieci
dorośli narzekają wkoło
że co to za święta bez niego
że deszcz chlupie zamiast leżeć ścięty w śniegu

a gdy w końcu znów się zjawi
narzekają że nie w porę
że za wcześnie
że za długo
że obmierzł już wszystkim
że czas już by sobie poszedł

cóż powiedzieć o mrozie
gdy zdania tak podzielone
i nikt dobrego rzec nie chce słowa
gdy opatulony po czubek nosa
zmyka czym prędzej do domu
a przecież i z mrozem nie bardzo nam dobrze
i bez mrozu nietęga jakaś ta nasza zima

Adam Gabriel Grzelązka

A na bagnach…

Mam nadzieję na jakieś ciekawe ujęcie tutejszych bagien. Swoją drogą bardzo liczę, że dzisiejszy mróz utrzyma się na obecnym poziomie jeszcze przez kilka dni i nocy. I że szczególnie nocą solidnie pociśnie. Wówczas bagna zamarzną na dobre i będę miał w końcu okazję je szczegółowo spenetrować. Aby jednak było bezpiecznie, musi naprawdę pomrozić przez kilka nocy. Nie ma zmiłuj. Bagno musi zamarznąć na tyle, żeby móc utrzymać mój nieskromny ciężar. Inaczej nie zamierzam nawet próbować.

Byłem tutaj bodajżesz dwa lata temu na dwu czy trzech wyprawach. Woda jednak nie dawała większych szans na bliższy kontakt z wnętrzem tego tajemniczego obszaru. Przydałby się niewielki ponton. Ale to wiosną lub latem. Teraz mamy w końcu zimę. I nawet niespodziewany mróz od dwóch dni. Ale za to jaki mróz. Odczuwalna temperatura spada nawet do 24 stopni poniżej zera. Winien temu wiatr. Gdy cichnie, skacze do jedynie minus jedenastu. Pociecha niewielka, lecz zauważalna.

Pomyśleć, że jeszcze kilka dni temu było po kilka a nawet kilkanaście stopni powyżej zera. Nagle, z dnia na dzień, przyszedł mróz. Solidny, siarczysty. Przywiało go ze wschodu. Wczorajszy opad śniegu może i nie był jakoś imponujący, ale trzyma się do dziś i zdołał w miarę dokładnie wszystko dookoła zabielić. Niekiedy zawiewa nim wiatr tworząc białe tumany pyłu.

Pora okazała się zbyt wczesna jak na to miejsce. Słońce było zbyt niskie. Teraz nie jest dobry czas na zdjęcia bagienne. Wrócę tu innego dnia. Nieco później. Konkretnie w to miejsce. Obejdę dookoła. Może znajdę kilka interesujących motywów.

Moje przyjście tutaj nie okazało się zupełnie daremne. Stoi tu wiele uschniętych drzew. Te kikuty to istny raj dla dzięciołów. I właśnie takiego napotkałem. Pozwolił mi na zrobienie kilku zdjęć. Bardzo jestem ich ciekaw. Póki co nadal czekam pisząc w ciepłym domku ów tekst, aż aparat dojdzie do siebie w plecaku. Gdybym go teraz wyjął, natychmiast skropliłaby się na nim para z powietrza. Różnica temperatur jest nazbyt duża. Trochę to potrwa, nim sprzęt dojdzie do temperatury pokojowej. Nim będę mógł go wyjąć i otworzyć. Nim dobiorę się do zdjęć. Trawi mnie ciekawość, którą muszę trzymać ostro na wodzy i nie popuszczać. Szkoda sprzętu. Może się uszkodzić.

Wydaje mi się, że nie był to dzięcioł duży. Możliwe, że średni. Albo jakiś młody osobnik. Może samiczka. Wyglądał dość osobliwie. Czas pokaże. Słońce niespecjalnie współpracowało ze mną. Ptak schował się w cieniu, co utrudniało sprawę. Na szczęście niespecjalnie interesował się moimi podchodami. Te były niespecjalnie dyskretne. Nie dlatego, żebym się nie starał. Pod nogami przecież miałem zamarznięte liście i gałązki opadłe jesienią z drzew. Wszystko to przyprószone delikatnie acz znacząco śniegiem. Jakbym się nie starał, to nawet jeśli nie trzaskały gałązki i nie gniotły się liście, po których próbowałem delikatnie stąpać, to pozostawał jeszcze trzeszczący pod butami śnieg. Fizyki nie przeskoczę. Skoro jest tak zimno, że śnieg trzeszczy, to nie ma znaczenia, czy jest go bardzo dużo, czy tylko co nieco. trzeszczy, bo taką ma naturę przy takiej to właśnie temperaturze, jaką mamy dzisiaj. Ale dzięcioł to na szczęście ignorował. Jedynie od czasu do czasu mi się jakby przyglądał. Widząc jednak, że poruszam się powoli, ostrożnie, albo chwilami wcale, ocenił, że nie jestem widać dlań żadnym zagrożeniem i powracał do poszukiwania jedzenia na jednym z tych starych drzew.

Minęła wystarczająca porcja czasu, bym mógł dobrać się do fotograficznych zasobów. Rzeczywiście, nie był to dzięcioł duży, a średni. Wyraźnie widać to na kilku ujęciach. jakiś młody osobnik albo nawet samiczka. tego akurat nie umiem jeszcze rozstrzygnąć, brakuje mi wiedzy i akurat pod ręką jakiegoś atlasu ptaków do porównania.

CDN. (1 z 2)

Poznań, 2016.01.02
Autor: Adam Gabriel Grzelązka

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

ten + 11 =