Kultura

Wilkiem do lasu LXXIII

 Samotna ruina

Przy drodze była brama. Niedomknięta. Zapraszająco uchylona. Za nią zarośnięta posesja. Z lewej jakiś budynek. Gospodarczy. Niewysoki, parterowy, długi. I kolejna brama, tym razem zamknięta,  prowadząca na niedostępne podwórze. Cała reszta wyglądała na zapuszczony, porośnięty drzewami, krzakami i uschniętymi bylinami teren. Po prawej, pomiędzy drzewami jakiś walący się już mocno budynek. To on przyciągnął moją uwagę.

Podszedłem pod sam dom. Jest dość spory, ale w bardzo, ale to bardzo złym stanie. Przez okno widać zwalony do środka dach. Ściana też zdaje się ledwo trzymać i w niedługim czasie może ją spotkać podobny los. W ścianie tej są drzwi. Skobel założony jest na wpust, ale nie ma kłódki. Próbuję je otworzyć. Ustępują bez większego oporu. Otwieram. Moim oczom ukazuje się wnętrze jakiegoś pomieszczenia. Bardzo, ale to bardzo ostrożnie wściubiam głowę do wnętrza. Mam wrażenie, że wszystko się może za moment na mnie zawalić. Dokładnie lustruję ściany, podłogę i dach. Ten narożnik budynku trzyma się nico lepiej, niż pozostałe. Nawet dach w tym miejscu jeszcze się nie zawalił. Ale patrząc w górę, widzę, że niewiele mu już trzeba, że nie potrzyma za długo. Poza tym jeżeli runie jakakolwiek inna część budynku, może to pociągnąć zawalenie się i tych części, które nie zamiarują ustąpić jako pierwsze, na zasadzie domina i naczyń połączonych. Podłoga za to wygląda solidnie. Można po niej stąpać zdaje się bez większej obawy.

Drzwi prowadzą do niewielkiego pomieszczenia. W głębi jest jeszcze jedno. Zwieńczone oknem składającym się z ramy podzielonej na wiele niewielkich szybek. Przez brudne okno wpada niewielka ilość światła. Z lewej brakuje ściany wewnętrznej. Zawaliła się, gdy runął dach pociągnąwszy ją za sobą. Nie odważam się tam wejść. Wygląda to wszystko zbyt niebezpiecznie. Nie warto absolutnie ryzykować.

Po prawej stronie budynku ktoś rozwiesił na drzewkach taśmę ostrzegawczą. Rzucam okiem, jaka jest tego przyczyna. Pod nogami mam płyty, których część się zdążyła rozlecieć i zapaść. Pod płytami jakiś kanał. Niezbyt głęboki o nieznanym przeznaczeniu. Wolę na te płyty pod nogami nie wchodzić, nie wiem, czy mnie zdołają utrzymać. Nie zamierzam sprawdzać, co się stanie, gdybym wpadł do tego kanału. Ani czy pod nim jest coś jeszcze.

Tędy dalej nie przejdę. Zarośla są nazbyt gęste. Spróbuję obejść budynek z drugiej strony. Natrafiam tam na dwie kupy starego gruzu. Poza tym coś jakby dach na poziomie gruntu. Hm, zastanawiające. Nie odważam się na to coś dachopodobnego wejść. Może się pode mną zawalić, jeśli jest tak kiepskiej kondycji, jak dach budynku. Ciekawe, co jest pod spodem i czemu to pokryto papą i obsmołowano dokładnie. Swoją drogą, gdybym się jednak odważył miawszy wcześniej pewność, że jednak toto mnie utrzyma, mógłbym zrobić kilka ujęć zawalonego wnętrza przez okna z tej strony. Ryzyko jest jednak ogromne i niewarte potencjalnych zdjęć.

Bywają chwile

2012-05-18 Poznań

takie że nijak wiersza napisać
 na końcu języka pozory słowa
 bez-słowie w bez-myślach się pląta
 wzrok sokoli niedomaga ciemnością
 
 żaden pomysł nie przekroczy
 siedmiu bram za-milczenia
 żadne echo nie pod-powie
 z czeluści serca nie wychyli się promień
 
 czas lepki od wspomnień
 nieubłaganie zapomina co wczoraj
 odchodząc z przyszłości w teraźniejszość
 zostawia bruzdy po oczami nocą nieprzespaną
 
 jestem już tylko niespełnieniem
 pragnieniem bez odpowiedzi
 czekam twej dłoni muśnięcia
 wprowadź we mnie łyk świeżości

Adam Gabriel Grzelązka

Strome zejście

Kawałek dalej jest strome bardzo zejście na dół. Prowadzą tam dwie pochylnie pomiędzy którymi znajdują się zwyczajne choć wąskie schodki. Z lewej i prawej na ścianie poręcze. Lewa na końcu oderwana od muru i pogięta niemiłosiernie. Poręcze są metalowe, pokryte plastykiem, który dawno już stracił na słońcu swój oryginalny kolor. Trzymają się jednak solidnie. Bez obaw można z nich nadal korzystać.

Ostrożnie schodzę na dół. Trzymam się poręczy i dzięki temu nie spadam na dół na na łeb na szyję. Schody zasypała gruba warstwa liści i ziemi, przez co jest tutaj bardzo, ale to naprawdę bardzo ślisko. Jak bardzo okaże się podczas wychodzenia. Jest tak stromo (i ślisko), że gdyby nie poręcze, nie zdołałbym się stąd wydostać. Schody były zbyt śliskie, aby wejść po nich na górę ot tak, normalnie, i właściwie to wydostałem się wciągając się na górę dzięki poręczom. Kilkakroć nieomal upadając przy tym, gdy nogi co rusz mi się ześlizgiwały za sprawą wilgotnej ziemi i grubej warstwy liści z wąskich schodków. Ale udało się. Zdołałem szczęśliwie stamtąd powrócić.

Piwnica

Tymczasem zszedłem na dół. Schody z lewej i prawej otacza murowana ściana. To na nich zamontowano poręcze. Co ciekawe, ta z lewej wygląda tak, jakby w niej było półokrągłe okno, które bardzo dawno temu zamurowano. Nigdzie jednak nie znalazłem wejścia do wnętrza, jeśli takowe się tam za tą ścianą kryło. Może to jednak tylko taka ozdobna stylizowana na okno ściana. Ale przy zejściu do piwnicy? Dziwne…

Jestem na samym dole tych schodów. Budynek ma przestronną piwnicę. Pomny na to, com widział na górze, bardzo ostrożnie i czujnie rozglądam się najpierw dookoła. Sprawdzam po kolei dokładnie ściany, strop piwnicy, podtrzymujące go kolumny wewnętrzne, podłogę. Dół nie wygląda najgorzej. Mimo złego stanu budynku, piwnica trzyma się nadal nie najgorzej. Wydaje się być tu całkiem bezpiecznie. Można zaryzykować wejście i dokładną eksplorację wnętrza.

Zamontowałem lampę na aparacie. Bez niej nic tu nie wskóram. Zagłębiam się do mrocznego wnętrza. Pierwsze pomieszczenie jest największe. Pod jedną ze ścian stoi stary stół roboczy o grubym, drewnianym blacie. Typowy stary drewniany stół warsztatowy. Teraz takich już nikt nie robi. Na wprost jest niewielkie pomieszczenie. Z niego można wejść do jeszcze mniejszego z lewej. Jest tam całkowicie ciemno, gdyż jako jedyne tutaj pomieszczenie nie ma żadnego okienka. Z głównego pomieszczenia można wejść do jeszcze jednego. Albo raczej dwóch. Oba są wąskie i długie jak sam budynek. Leżą jedno za drugim. To najdalsze jest puste. Światło wpada tutaj przez otwory w dachu. Teraz wyjaśnia się zagadka tego wysmołowanego podestu na górze. Jest on dachem dla tych dwu wąskich pomieszczeń. Wygląda w miarę dobrze, niemniej nadal nie zamierzam nań wchodzić, gdy znów powrócę na górę. Pomieszczenie wcześniejsze wypełnione jest licznymi kadziami po jednej i drugiej stronie. Zachowały się w niezłym stanie. Każda z nich wyłożona jest od wewnątrz szklanymi szybami.

Ciekawe, co tu wytwarzano. Te oszklone od wewnątrz kadzie mogą wskazywać, że niekoniecznie nalewano tam wodę, ale może jakieś chemikalia. Np. kwas albo ałuny. Garbarnia? Galwanizeria? Farbiarnia? Pojęcia nie mam, co w tym budynku się mieściło. Z pewnością cały budynek był jakąś niewielką manufakturą i z pewnością do kadzi wlewano żrące ciecze którym tylko szkło dawało wystarczający opór. Mało tego, budynek musiał być jeszcze używane jakieś kilkanaście, może kilkadziesiąt lat temu, nim został porzucony i pozostawiony samemu sobie.

Rozglądam się jeszcze po terenie dookoła tego budynku, ale nic już interesującego nie napotykam. W oddali dostrzegam taflę okolicznego jeziora Kierskiego. Kilka metrów w dół stromą skarpą i jesteśmy na alei okalającej ten brzeg jeziora. Można na dół zejść poprzez niekompletne ogrodzenie. W innym miejscu odnajduję prostokątny murek, a w środku jakby wybrana ziemia, dzięki czemu mur od wewnątrz jest wyższy nieznacznie. Całość jest dość długa i wąska. Nic więcej się tu nie zachowało, a z wnętrza zdążyło już wyrosnąć dość pokaźne drzewo.

Warto czasem ostrożnie zapuścić się za otwartą zapuszczoną starą bramę. Dzięki temu moja kolekcja zdjęć miejsc opuszczonych powiększyła się o kolejne ciekawe ujęcia.

Poznań, 2015.04.20 Autor: Adam Gabriel Grzelązka

One Comment

  1. Doskonałe połączenie prozy i wiersza.
    Pozdrawiam Pana Poetę.

    Proszę przestrzegać zasad bezpieczeństwa podczas swoich wędrówek!

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.