Kultura

Wilkiem do lasu LXXII

 Parter

Nieopodal podest z prowadzącymi nań kilkoma schodkami. Beton już się kruszy nadgryziony zębem czasu. Wchodzę po schodkach i dalej przez drzwi do wnętrza budynku. Tych drzwi w całym tym budynku jest nadal sporo. Albo inaczej. W mało którym pomieszczeniu ich brakuje. Nikt ich jeszcze nie pozdejmował, nie zabrał stąd, toteż wiszą w najlepsze poskrzypując niekiedy na wietrze.

Krótki korytarz prowadzi do dalszej części budynku. Z lewej i prawej można wejść do sąsiadujących pokoi. Zaglądam tam na chwilę po kolei, po czym przechodzę dalej do kolejnego. Prowadzi mnie to do długiego korytarza biegnącego przez cały budynek. Bardzo długi korytarz. Można nim dojść do obu pomieszczeń gospodarczych, od których zwiedzania zacząłem zapoznawać się z tym budynkiem. Wychodzę na klatkę schodową. Mogę iść albo w górę, albo w prawo kilkoma schodkami w dół do kolejnego niewielkiego holu. I tu także stos rozwalonych mebli: szafki, biurka, luźne deski złożone z rozmysłem w jeden stos.

Inwazja bluszczu

Na początek schodzę w dół. Można tu wyjść na zewnątrz budynku. Z lewej strony drzwi dwa okna niemal całkowicie obrośnięte bluszczem. Wygląda to niesamowicie, cały ten bluszcz porastający obficie owo okno. Zaraz przy drzwiach wejściowych okienko w ścianie. Portiernia? Wchodzę do środka. Niewielki pusty pokoik. Idę korytarzem w głąb budynku. Po prawej puste pokoje. Po lewej chyba były łazienki oraz toalety. Dużo ich. Jakby kilka zestawów pomieszczeń sanitarnych. Dalej dochodzę do dużego przestronnego pomieszczenia z meblami na środku. Trzeba zejść kilka schodków w dół. Zawracam.

Kieruję się schodami na piętro. Podobnie jak na dole, po lewej stronie korytarza mieszczą się głównie łazienki. Ale mniej. Część pomieszczeń to zwyczajne niewielkie pokoiki. Po prawej różne pokoje. Jakieś niewielkie pomieszczenie gospodarcze. Znalazłem również stołówkę i niewielką kuchnię.

Ciekawostką całego tego budynku jest to, że obok zabałaganionych pomieszczeń są i takie, które ktoś jakiś czas temu starannie wysprzątał. W niektórych pomieszczeniach po prostu zmieciono podłogę w jeden stosik śmieci. Korytarze są puste. Meble wyniesiono pewnie na dół i złożono na jednym z dwu widzianych przeze mnie stosów. W jednym pokoju na piętrze znajduję sporo pustych segregatorów oraz nieco porozrzucanych broszur podobnych do tych w kotłowni. Różne warianty cenników, jakby z różnych lat chyba. Jakieś dwa kalendarze na podłodze.

Przemija co trwa

2013.08.19
Łódź

w ulotności chwili
to miasto szarych ruin
odradza się powoli
odnosi dumnie głowę
z odmętów zapomnienia

wczorajsze domy
co w swej chwale
ozdobą miastu były
dziś odrzucone zapomniane
ku ziemi się starością chylą
jutro śladu po nich
wyburzone zastąpią je nowe
przyjdzie czas że i one też przeminą
by nadejść mogło znów nowe
ustępując miejsca nowościom
starość zastępowana jest młodością
by trwać mogła nieprzerwanie
teraźniejszości chwila

Adam Gabriel Grzelązka

Tarcza strzelnicza

Jest jeszcze jedna szczególna rzecz w tym budynku. W kilku pokojach, także w łazienkach znalazłem niewielkie papierowe tarcze strzelnicze. Czyżby zaglądali tu jacyś miłośnicy militariów? Raczej nie paintboliści, bo po nich zostałyby kolorowe plamy farby na ścianie, suficie i podłodze. Dziś nikogo jednak nie zastałem. Jedynie wiatr trzaskał jednymi drzwiami, przez co czułem się tu nieco nieswojo. Wrażenie, jakby ktoś nieustannie wiercił się po wnętrzu trzaskając przy tym drzwiami.

Wyszedłem na zewnątrz. Pogoda nieco się psuje. Zachmurzyło się odrobinę i nie ma już słońca. Skryło się za otoczką chmur. Oddalam się, czas na powrót. Ale nim o uczynię, zaglądam do trzech niewielkich pomieszczeń u szczytu budynku. Na pierwszy rzut oka ich nie widać, bo od drogi oddziela je kilka cisów i jałowców, które niemal przysłaniają całą ścianę szczytową. Każde z tych pomieszczeń jest niewielkie, prostokątne. Prowadzą doń drewniane drzwi gospodarcze. Dwa są całkiem puste. W trzecim jakieś poprzewracane szafy. Nic poza tym.

Powracam inną drogą, nieco na skróty. Za budynkiem, który właśnie zwiedzałem rozciągają się pola. Hodowano tu jakieś rośliny, po których nie ma już śladu. Wyraźnie widać jednak pewne regularności w trawie porastającej ten obszar. Chwasty i dziczki układają się w regularne rzędy. Docieram do kolejnej linii wysokiego napięcia. I te słupy wyglądają na bardzo nowe. Jakby ustawiano je już po zamknięciu tegoż zakładu. I to bardzo niedawno. I tak docieram niemal do bramy wejściowej. Niemal, bo wychodzę na zewnątrz przez inną przerwę w płocie. Aby z niej skorzystać, wdrapuję się na podstawioną w tym miejscu wybebeszoną lodówkę. Ktoś widocznie z niej korzystał lub nadal korzysta, aby tu wchodzić i wychodzić. Nikt nie ma tutaj zamiaru forsować tej starej lecz nadal solidnej bramy wjazdowej. O wiele łatwiej jest ją po prostu ominąć.

Poznań, 2015.04.20
Autor: Adam Gabriel Grzelązka

2 komentarze

  1. Ile to ciekawych miejsc, mających swoją historię i tajemnice – można odkryć i jakże ciekawie opisać.

  2. Autor (moim zdaniem), powinien przenieść się wraz z rodziną gdzieś do “głuszy”. Wiersz przypomina kolejność, która przychodzi, odchodzi stare – przychodzi nowe i taka jest kolej rzeczy.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.