Kultura

Wilkiem do lasu LXXI

 Rezydent

W mniejszym pomieszczeniu pozorny bałagan. Wszędzie walają się jakieś szmaty. Masa najprzeróżniejszych ubrań. Na ścianie dwie stare kurtki na wieszaku, który ktoś tam jako tako przytwierdził. Pod ścianami murek z książek. Dużo książek. Trochę płyt DVD. Ale przede wszystkim książki. Równiutko poukładane w stosiki pod ścianami. Dużo tych książek. Ktoś tu najwyraźniej lubi sobie poczytać. Ktoś sobie umila czas lekturą. Zbiór jest raczej dość przypadkowy zależny od tego, co się udało znaleźć tu i tam.

Piętro niżej są tylko pomieszczenia tej mniejszej części budynku. W większym z dwu części nic ciekawego nie ma. Pusto. W mniejszym rozstawiony namiot. Na moje „dzień dobry” nikt nie odpowiada. Najwyraźniej nikogo nie ma. Albo też, jeśli ktoś jednak jest w namiocie, śpi i mnie nie słyszy. Wycofuję się. Na schodach masa baterii R6. Stoliczek z naczyniami. Ktoś sobie tu urządził kuchenkę.

Pomieszczenia na parterze także pozostają puste. Wychodzę na zewnątrz. Zaglądam na drugą stronę. Albo raczej na front budynku. Z tej strony mamy dobudowane niższe jednopiętrowe pomieszczenie. Oglądałem jego dach z drugiego piętra, gdy byłem przy zsypach. Do pomieszczenia prowadzi troje drewnianych drzwi. Wszystkie są albo uchylone albo otwarte. Zaczynam od pomieszczenia najbliższego. Ciemnawo, półmrok, ale nie ciemno. W jednym pokoju pod dłuższą ścianą stoi długi drewniany stół warsztatowy. Drugie pomieszczenie jest puste. Wygląda, jakby kiedyś była tu kotłownia. Trzecie to pewnie kibelek. Jest jeszcze jedno, też puste. Środkowe drzwi prowadzą do pomieszczeń, które były chyba toalety. Ostatnie drzwi. Też łazienki, zapewne prysznice się tu mieściły. Jedno pomieszczenie mogło by np. szatnią.

Opuszczam budynek. Idę wzdłuż byłej szklarni. Cofam się do głównej drogi. Stoi tam niewielki drewniany baraczek bez okien. Drzwi zamknięte. Bez klamki. Próbuję otworzyć. Ani drgną. Na dachu dziecięcy plastykowy rowerek. Trójkołowiec. Zdezelowany.

Zapyziałą kiedyś okolica

2013.08.16
Łódź

dziś po dawnym żadnego śladu
nowe dookoła domy
przedmieście piękne i ciche
blisko a zarazem na uboczu

tu i ówdzie
przeszłości wspomnienia
dwa starczę oto kominy
Panu Bogu w okno zaglądając
nic więcej niemal
ruiny domu trawa zarosła

Adam Gabriel Grzelązka

Długi marsz przez las

Idę w głąb głównej drogi. Po lewej i prawej rosną młode drzewka. Te z prawej są starsze. Nieco dalej sosny. Z lewej nieco leszczyn. Droga zakręca. Po kilkudziesięciu metrach znowu. Najpierw skręciła w lewo, potem w prawo. Za każdym razem mniej więcej o 90 stopni. Zbliżam się do końca lasku, przez który dotychczas szedłem. Przede mną otwarta przestrzeń. Daleko ode mnie widać jakieś zabudowania. Dookoła zapuszczona łąka. W jednym miejscu z lewej do prawej wiedzie linia energetyczna. Słupy wyglądają na dość nowe.

W oddali widzę dwa budynki. Ten z lewej wygląda ewidentnie na gospodarczy. Ogromne wrota prowadzą do wnętrza. A w środku kilka opon od traktora rozrzuconych tu i ówdzie. Jakaś rozwalona w drobny mak szafka. Oparcia od krzeseł. Trochę innych śmieci. Brak podłogi. Pod nogami mam piach. Wychodzę na zewnątrz. Za budyniem ogromna wiata wsparta na wielu kolumnach. Dach podobnie jak w tej stodole z ogromnymi wrotami, dwuspadzisty, jest jego przedłużeniem. W kącie, pod ścianą stodoły trzy stosy ram okiennych. Mierzą ponad półtora metra – stosy, nie ramy. Bez szyb. Może to okna zapasowe z dawnych szklarni?

Opuszczam tę część zabudowań. Po drugiej stronie piętrowy budynek. Z lewej widać dwukrotne wrota. Mniejsze od tych w stodole. Z prawej wejście do budynku. Na parterze okna powybijane. Na piętrze czasami nie. Idę na drugą stronę, aby obejrzeć sobie budynek z drugiej strony. Tu także są wrota w tej części budynku. Nieco dalej jakieś schodki wiodące w dół. Obejrzę je później. I inne, na skraju budynku, prowadzące do góry. Tam zajrzę na końcu.

Meble na stosie

Wchodzę przez pierwsze wrota. Jakieś pomieszczenie gospodarcze. Można do tej, jak i sąsiedniej części budynku wejść i wyjść przez przednie lub tylne wrota. Pierwsze pomieszczenie ma ciekawą podłogę. Są w nim jakby wycementowane chodniki, pomiędzy którymi jest po prostu piasek, jak w stodole. Nieco drobnych śmieci-rupieci. Bez znaczenia. Można z tego pomieszczenia przejść do sąsiedniego przez drzwi w lewej ścianie. W sąsiednim pomieszczeniu także nic ciekawego. Podłoga cementowa. I kolejne przejście w bocznej ścianie. Wiedzie do holu, na środku którego wielka hałda rozwalonych mebli, drzwi i sam nie wiem już czego. Ktoś zadał sobie sporo trudu, aby to wszystko uprzątnąć i znieść w jedno miejsce. Wychodzę na zewnątrz. Schodkami w dół schodzę do niewielkiej piwnicy. W jednej części widać kilka palenisk. Jakby wielki piec ceglany na podłodze. To, co było powyżej, wymontowane zniknęło. Zabrano stąd dokądkolwiek. Na podłodze pełno gazet. Gruba warstwa. I jakieś książeczki. Zaglądam do jednej z nich. To cennik krzewów i drzew oferowanych przez tutejszą szkółkę leśną. Po drugiej stronie wielka piwnica – zapewne składownia na węgiel. W ścianie zsyp, przez który wrzucano tutaj opał.

Na zewnątrz pełno śmieci. Wygląda to tak, jakby ktoś z budynku wyrzucał zawartość, a ta upadłszy na ziemię rozbiła się. Reszty dokonał wiatr, deszcz i mróz. Wygląda to niechlujnie.

Poznań, 2015.04.20
Autor: Adam Gabriel Grzelązka

2 komentarze

  1. Ciekawe porównania.

    Ja też kiedyś spotkałem wieczorem w osiedlowym śmietniku “zbieracza” przeglądającego jakąś książkę w świetle latarki.

    Tak przemijają rzeczy wielkie i wartościowe oraz dewaluują się wartości.

    Żeby rozwijać rzeczy wzniosłe (ze sfery “nadbudowy”) – musi być zapewniony elementarny, bezpieczny byt (sfera “bazy”).

    Coś tracimy, a NOWE nie zapowiada się lepiej.

    MIEĆ dominuje nad BYĆ.

    Czyżby powrót do mroków średniowiecza, mimo smartfonów?

  2. Ciekawe, rzeczywiście ciekawe. Podziękowania dla Szanownego Autora.

    Za miesiąc spróbuję odnależć miejsca opisywane w Pana serii. Pewnie nie uda mi się, ale będziemy próbować. Coś znajdziemy, mam nadzieję że wystarczająco aby nasycić wyobraźnię mego dziecka. [Ja sam, szczerze mówiąc, całkowicie zadowalam się czytaniem “Wików”, wcale nie muszę do Polski jechać. W moim wieku to człowiek sobie lepiej wyobraża niż widzi i czuje -:( ]

    Jeszcze raz z podziękowaniami, A.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.