Kultura

Wilkiem do lasu LXX

Elewator

Moją uwagę przyciąga wysoki budynek stojący w głębi. Trochę już podupadły. Szukam wejścia. Znajduję jakąś rampę pochyło schodzącą w dół. Nic tam po mnie. Zostawiam ją sobie ewentualnie na później. A i dach się zawala nad tą niewielką rampą. Jeśli zatem zdecyduję się tędy zejść, to tylko z zachowaniem najwyższej ostrożności. Zaraz za nią szyb windy towarowej. Pusty i bez drzwi już. Samej windy też nigdzie nie uświadczysz. W końcu to metal, zatem musiał dawno temu wylądować już na jakimś skupie złomu.

Zaglądam na tyły budynku. Jakieś drewniane drzwi. Domknięte, ale nie zamknięte. Nieco dalej otwór po drzwiach. Drzwi już nie ma. Futryny już nie ma. Podobnie rzecz ma się z oknami. Na parapecie stoi żółty samochodzik. Wywrotka. Wygląda to naprawdę niesamowicie. Dookoła pustka, ruin, opustoszały budynek. I ten żółty niewielki samochodzik na parapecie. Taki drobny akcent wskazujący na czyjąś obecność. Na innym – maleńka gliniana doniczusia. Pusta. Wewnątrz pomieszczenia drewniana ławka. Całkiem czysto, jakby ktoś specjalnie tu wysprzątał, zmiótł posadzkę. W tyle są dalsze pomieszczenia, do których z sufitu schodzą jakieś zsypy. Pod zsypami masa zwyczajnych śmieci. Gdy tak obejrzałem sobie cały budynek, widzę, że jest to elewator zbożowy. A skoro mamy tutaj tereny zieleni miejskiej, zatem nawet nie tyle o zboże tu chodziło, co o nasiona najprzeróżniejszych roślin. Tu akurat mogło chodzić o jakieś inne ziarna niż żyto czy pszenicę. Hodowano tu bowiem głównie drzewa i krzewy. W każdym razie te na pewno. Zatem używano go do nasion, z których wysiewano potem owe drzewa i krzewy. Możliwe, że w szklarniach hodowano również kwiaty i warzywa. Tak, elewator przy tak masowej produkcji roślin z pewnością bardzo się przydawał. Szkoda tylko, że nie przetrwały tu żadne maszyny, żadne urządzenia. Ostały się jedynie nagie mury.

Pytaj pytaj pytaj 5

2013.08.11
Jasna Góra

bez miłości
nie zajdziesz daleko
nie przekroczysz siebie
nie oderwiesz od ziemi
nie wyjrzysz poza czubek
własnego nosa
nie postawisz pewnie kroku
nie wyjdziesz ze swego pęka świata

pytaj o miłość
i gdzie jest ona
gdzie prawdziwa
a która tylko taką udaje
jak ją odnaleźć
jak w serce pochwycić
jak życie ożywić
jak życie odmienić

Adam Gabriel Grzelązka

Schodami w górę

Po lewej stronie odnajduję schody. Ciemno. Wyciągam z plecaka lampę błyskową oraz moją małą rachityczną latarenkę. Lampę montuję na aparacie, latarkę uruchamiam kręcąc kilkakrotnie dynamem. Wchodzę ostrożnie stopień po stopniu. Ciemno, a na dodatek schody nie mają barierek. Ostrożnie, by w nic nie wdepnąć. Ostrożnie, bo nie wiem w jakim schody są stanie. Wydają się solidne, betonowe, może to jednak być tylko pozór.

Pozwolę sobie opisać budynek poczynając od samej góry. Budynek ma dwa piętra. Dzieli się na dwie części. Szersza to cztery zsypy ciągnące się od drugiego piętra aż po parter. Jedna ściana miała kiedyś okna. Druga – nie wiadomo co miała, bo wcale jej nie ma. Może była drewniana i rozebrano ją na opał… W suficie okrągłe otwory nad każdym z sypów. Zapewne były tu jakieś instalacje, które wystawały ponad dach budynku.

Druga część jest dużo, dużo mniejsza. Oprócz klatki schodowej jest tutaj zaraz za nią szyb windy. Ma on jedno wejście na samym dole oraz drugie tutaj, na samej górze. Nigdzie indziej wejść pośrednik do windy nie zrobiono. Zatem była to winda towarowa służąca do wwożenia worków z ziarnem na samą górę, gdzie zsypywano je do szybów.

Na każdej kondygnacji mieściły się na pewno ubikacje. Oraz dwa pomieszczenia. Jedno mniejsze i drugie – większe. Mniejsze ma jedno okno. A raczej kiedyś miało. Teraz ni śladu ni widu nawet po futrynie okiennej. Pomieszczenie większe nie ma całej jednej ze ścian. Może była ona cała oszklona. A może nie. W pomieszczeniu na środku z podłogi wystają dwa betonowe podesty. Każdy posiada wcementowane po cztery duże śruby. Pewnie stało na tych podestach jakieś urządzenie, jakaś duża maszyna. Dawno ją jednak już stąd zabrano. Na jednym z tych podestów leżą dwa niewielkie koła od jakiegoś wózka. I duży gruby śrubokręt o drewnianej rączce. A obok, na podłodze, żółta plastykowa miska z wodą.

Poznań, 2015.04.20
Autor: Adam Gabriel Grzelązka

2 komentarze

  1. Doskonałe nostalgiczne teksty.

    Zanikający świat …

  2. Przeczytałam z sympatią i refleksją. Jak chodzi o miłość to całkowicie się zgadzam ona dodaje skrzydeł.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.