Kultura

Wilkiem do lasu LXII

Schron dla władz miasta Poznania, ulica Słupska 62 maj 2015 (12) by Kapsuglan Own work. Lic. under CC BY-SA 4.0 via Wikimedia Commons

Okolica przemysłowa

Byłem umówiony dopiero na 9:30. Zostało mi sporo jeszcze sporo czasu do tej chwili. Przyjechałem wcześniej umyślnie. Aby mieć nieco czasu na rozejrzenie się tu i ówdzie po okolicy, aby poszukać ciekawych motywów do sfotografowania. Sporo tu dookoła różnych zakładów, firm i firemek. Niewiele domów i domków. Te są dopiero dalej. Albo wcześniej. Taka przemysłowa okolica.

Idę długą, pustą ulicą. Z lewej i prawej obiekty przemysłowe. Zajezdnia tramwajowa. Dalej, jakaś sporych rozmiarów podupadła opuszczona hala. Brak dostępu. Brama zamknięta na łańcuch potężnych rozmiarów. Płot cały, wysoki, niedostępny.

Idę dalej w deszczu. Niewielka, mimo to uciążliwa mżawka. Czasem mija mnie samotny samochód. Po prawej mijam ogródki działkowe. Na jednej z nich buda z jakiegoś autobusu przerobiona na domek letniskowy. Ciekawie to wygląda.

Docieram do schronu. Jak wszystkie bunkry, tak i ten wpuszczony jest niemal w całości w ziemię i jedynie nieznaczne wybrzuszenie wskazuje, że pod nami jest to, co jest. Z przodu, od strony ulicy jest zagłębienie, którym można zejść z poziomu jezdni do poziomu wejść do schronu. Widoczna jest w nim przednia ściana schronu i wejścia do jego wnętrza. Dwa z nich są zamknięte i odgrodzone drucianym płotem w bardzo dobrym stanie. Na obu drzwiach charakterystyczne znaki informujące, że wewnątrz znajdują się odpady radioaktywne. Takich schronów z odpadami promieniotwórczymi w Poznaniu jest jeszcze kilka rozsianych w różnych miejscach miasta.

W schronie

Pozostałe dwa wejścia nie są w żaden sposób zablokowane. Można wsunąć się do schronu, schronić przed deszczem. Cicho tu i sucho. Rzekłbym, że niemal przytulnie. Ale tak jednak nie jest. Byłoby, gdyby było jaśniej i czyściej. Wewnątrz półmrok. Pusto. Ponuro. Zakładam lampę na aparat, przestawiam się na tryb synchro i robię nieco ujęć wnętrza. Nic ciekawego w sumie. Ot zwykły opustoszały i wybebeszony doszczętnie schron. Nie ma tu już nic. Co się dało wyniesiono, wycięto, wywieziono na złom. Bardzo dawno temu. Ot, zwyczajny los poznańskich fortyfikacji, którymi nit się nie opiekuje, które pozostawiono samym sobie. Ale próżni nie ma. Ktoś się zajął nimi. Ktoś wyciął cały dostępny złom i go wyniósł stąd. Ocalały tylko puste mury. Czasem porzucone, czasem zamieszkałe przez bezdomnych. Czasem nawiedzane i zaśmiecane przez młodzież. Stan schronu jest nadal niezły. W jednym miejscu cieknie woda ze ściany. Nie wygląda to na uszkodzenie. Woda dochodzi tutaj dawnym kanałem, obecnie zaniedbanym i zapomnianym. Nie mam pewności, czy pierwotnie służył on do jej doprowadzania, czy też służył jako wywietrznik i dopiero czas sprawił, że woda odnalazła doń swe dojście.

Słowo jest o

2014.03.06
Poznań

o każdej porze
zawsze na podorędziu
zawsze na straży

a jednak niekiedy
bez-słownym cię czyni
nie-słownym się stajesz
kryjąc się za bez-pamięć

uczepione
końca języka
nie daje za wygraną
nie odpuszcza tobie

wiesz że jest
jest w tobie i dla ciebie
że tuż tuż że prawie
a jednak nie możesz
nie dajesz rady
umyka twej wymowie
tak mocno cię za język chwyta

Adam Gabriel Grzelązka

Tu i tam…

Opuszczam schron. Jeszcze rzut oka na zegarek. Została mi jakaś dobra godzina. Nic tu po mnie. Co miałem do zobaczenia w tym schronie, już zobaczyłem. Na ile mój obecny sprzęt pozwalał mi na uwiecznienie budynku na zdjęciach, na tylem go obfotografował. Rozejrzę się teraz po dalszej okolicy. Gdzieś w oddali widnieją wieżowce. Rozciąga się tam całe ich ogromne osiedle. W pobliżu boczna uliczka, a przy niej domy jednorodzinne. Albo i wielorodzinne. Dawne, stare. Tylko gdzie nie gdzie nowo wzniesiony budyneczek. Idę w głąb uliczki. Gdzieś tu winny być kolejne fortyfikacje.

Wspomniana uliczka skręca w lewo. Na wprost biegnie żwirówka wznosząc się lekko pod górę, w las, gdzie znika między drzewami. Brak listowia pozwala rzucić okiem w głąb. Widać jakąś bardzo niedawno postawioną cembrowinę. Umieszczono ją nad dawną studnią fortyfikacyjną. Studnia, nie-studnia. Ot, ocegłowana dziura w ziemi z metalowymi szczeblami pozwalającymi zejść niżej. Na dole niemal stojąca woda o bardzo powolnym odpływie. Kiedyś było to pewnie zejście techniczne do kanałów odwadniających pobliski fort. Ponoć system odwadniający pobliskiego fortu, częścią którego jest ta właśnie studzienka, nadal jest sprawny i pełni jako tako swoją rolę.

Idę głębiej między drzewami. Nagle moim oczom ukazuje się forteczna fosa. Wydaje się być obecnie sucha, choć ślady wskazują, że bywa zalewana wodą. Zatem obecny jej brak jest jedynie skutkiem suchej zimy i wiosny, które skąpiąc opadów nie napełniły jej wodą. System odwadniający, zaniedbany, dano już przestał spełniać swą funkcję. Woda deszczowa nie ma gdzie odpływać więc zalega w fosie. Zalewa wnętrze fortyfikacji. Ta część mieszcząca się w murach zewnętrznych fosy jest pod wodą częściowo. Zaś system odwadniania dałoby się uaktywnić – wymaga to jednak sporego nakładu pracy polegającej na oczyszczeniu kanałów odpływowych biegnących dnem fosy. Takie próby nawet pewna grupa zapaleńców już podjęła i są tego niewielkie co prawda, ale jednak pozytywne i dobrze rokujące na przyszłość efekty.

Podążam górą, ścieżką wzdłuż brzegu fosy. Deszcz chwilowo ustał. Przejściowa ulga. Docieram do drogi dojazdowej prowadzącej do frontowego wejścia do wnętrza fortu. Przede mną wysoki mur, a w nim ogromna ziejąca dziura. Czarna, niknąca szybko w cieniu dziura. Można w nią spokojnie wjechać ogromnym ciężarowym samochodem. A raczej kiedyś można było. Teraz to po prostu puszczone miejsce. Zapomniane i porzucone. Bez wątpienia była tu kiedyś brama wjazdowa, ale oczywiście spotkał ją los jaki złomiarze gotują wszystkiemu, co da się upłynnić na skupach złomu. No i już jej nie ma. Ani żadnego niemal śladu po niej.

Nim docieram do samego fortu, z lewej i prawej mijam niewielkie bunkry. Wszystko tonie w śmieciach. Niestety ktoś tu naznosił, nazwoził ich całą masę. Porzucił wewnątrz. Stawiam na pobliskie ogrody działkowe, a jeszcze bardziej na domki jednorodzinne w okolicy. Najprawdopodobniej to ich właściciele regularnie zaśmiecają fort zwożąc tu śmieci ze swoich posesji całymi workami. Póki co odpuszczam sobie zaglądanie do środka tych niewielkich pomieszczeń. Interesuje mnie widniejący w głębi sam fort.

Czarna naga jama

Nie mam niestety za wiele czasu, aby obejść fort dookoła, aby zapoznać się z jego okolicą. Rzucam jedynie pobieżnie okiem w lewo i w prawo przed samym wejściem. Wracam do owej ogromnej dziury zachęcającej do zagłębienia się, do zbadania, co też jest tam w środku.

Mocuję lampę na aparacie. Bez niej nie ma co marzyć o jakichkolwiek zdjęciach. Nawet na statywie będzie to wielce trudne i czasochłonne, ale nie niewykonalne. Ech, ta moja tania budżetowa lampeczka. O niewielkiej mocy. Ale daje radę. Mimo wszystko jakieś tam zdjęcia daje się zrobić, mimo ogromu pomieszczenia. To dobrze wydane całe pięć złotych. Suma śmiechu warta, to i lampa jest jaka jest. Lepsze to jednak niż nic. Lepsze odrobinkę niż lampa wbudowana w aparat. Wspomagam się niewielką latareczką. Sprawdzam, co jest pod nogami. Co tam leży i czy w nic nie wpadnę.

Czuję się nieswojo. Jest cicho i pusto. I ciemno. Im głębiej, tym ciemniej. I ten ogrom tej hali. A to nie wszystko. Z lewej i prawej jakieś kolejne pomieszczenia. Jedynie zaglądam i póki co rezygnuję z ich dokładnej penetracji. Idę na drugi koniec głównego przepastnego korytarza. Na tym odległym końcu majaczy niewyraźne światło. Dzięki temu jako tako można się tu w ogóle poruszać. Moja laterenka nic tu niemal nie znaczy. Bez niej jednak w ogóle bym się nie zapuścił w głąb. Szczęściem z czasem wzrok przyzwyczaja się do panującego tu mroku i okazuje się że coś jednak widać, choć niespecjalnie wiadomo co, ale daje radę iść ostrożnie naprzód. Światło majaczące na końcu hali wpada z lewej. Przez niewielkie okno. Zawracam. Dalej dziś już nie sprawdzam, co też tam się jeszcze kryje.

Tyle na dzisiaj. Jedynie niewielki rekonesans. Powoli kończy mi się czas. Muszę pędzić na umówione spotkanie. Wychodzę na zewnątrz. Znów się rozpadało. Fort jest opuszczony, przez nikogo nie użytkowany. Jest do niego wolny dostęp. Jak bardzo i w jakich miejscach, nie wiem tego jeszcze na tę chwilę. Ile wejść zamurowano? Ile korytarzy się zawaliło albo uległo podtopieniu? Na tę chwilę nie jestem nawet w stanie zgadywać. Tak, zdecydowanie będę musiał zajrzeć tu jakiegoś słonecznego dnia. I oby przestało padać, a wówczas fosy obeschną i będą przystępniejsze.

Poznań, 2015.04.12
Autor: Adam Gabriel Grzelązka

One Comment

  1. Ciekawa wycieczka i piękny wiersz.
    Pozdrawiam serdecznie autora.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.