Kultura

Wilkiem do lasu IX

 Deszcz, deszcz i jeszcze więcej deszczu

Najpierw był deszcz. Dużo deszczu. Nie ulewa, nie huragan, nie potop istny z nieba, ale zwyczajny deszcz. Nie za duży. Ale uciążliwy. Nieprzerwany. Wszechobecny. Padało nawet nie ciągle. Padało z przerwami. Ale padało. Deszcz ciągle powracał. Jakby czegoś zapomniał, jakby o czymś zapomniał, i chciał sprawdzić, czy… Padał wciąż od nowa. Padał znów i znów i znów. Padał rano. Przerwa. Znów padał. Przerwa. Kapał. Przerwa. Mżył. Przerwa. Wilgoć była wszechobecna w powietrzu. Padało w południe. Z przerwami rzecz jasna. Padało popołudniem. Rzecz jasna z przerwami. Do znudzenia. Padało oczywiście w nocy. I oczywiście robiło sobie w padaniu przerwy. Deszcz nie dawał za wygraną. Przerwy tez próbowały swych sił. Nie odpuszczał sobie.

Mgła. Wstała mgła. Ogromna, gęsta, nieprzejrzysta i zimna mgła. Wszystko zamgliło się dookoła. Świat zatonął we mgle. Świat zniknął we mgle. Świat zanurzył się we mgle. Mgła opanowała świat. Mgła pochłonęła wszystko. Domy, drzewa, ulica – wszystko się rozmyło we mgle. I to był piątek. Piątek pełen deszczu i mgły. Bardziej mgły. Od mgły bowiem się to wszystko zaczęło. Wymgliło się. Zemglona mgła w końcu stałą się deszczem. Mokrym, przenikliwym, wszechobecnym, zanudzającym swym powolnym bębnieniem w szyby okna i parapet.

A potem. Potem była sobota. Po piątku. Po mgle. Sobota. I był deszcz. Zamiast tej gęstej chłodnej mgły. I była mgła. Pomimo tego deszczu. Ale inna mgła. Mgła z deszczu. A deszcz z poprzedniej mgły. Koło zamknęło się przez parowania i padanie, padanie i parowanie. Woda tak ma. Przyszłą sobota i nastał dzień. Pochmurny, coraz zimniejszy dzień. Aż w końcu nadeszła niedziela. Sobota, zimna, mokra, zamglona sobota odeszła. Sobota przeminęła. Deszcz oczywiście sączył się nadal z nieba. Sączył, a nie padał. Powietrze było przeraźliwie zimne i aż gęste od wilgoci. Nasączone wilgocią. Soczyste wilgocią. Nie było już mgły. Ani tej mgły piątkowej. Ani mgły sobotniej. Była niedziela i mgły nie było. Ale był deszcz. Deszcz niedzielny. Deszcz sączył się zewsząd. Powietrze wydawało się przesycone wodą. Ale ta woda nie wyparowywała. Ta woda osiadała na wszystkim, na czym tylko woda osiąść może. W normalnych warunkach by osiadała, a następnie nagromadziwszy się dostatecznie obficie, opadła pod wpływem sił ciążenia. Ale nie tym razem. Tym razem działo się inaczej. Woda została zatrzymana. Grawitacja powstrzymana. Zasady zostały zmienione.

I wiersze jak

2014-02-02
Poznań

pisać tu
gdy wiatr dłonie kąsa
a palce sztywne
na mrozie grabieją

jak utrzymać papieru skrawki
gdy wicher nim łopocze
a tusz pióra nie opuszcza
na kość stwardniały

jakie słowa dodadzą otuchy
jakie myśli rozpalą serce
co serce rozpłomieni
co przetrwać pozwoli zimę

chyba tylko nadzieja
że wiosna przecież
chyba tylko miłość
od Boga zadana

Adam Gabriel Grzelązka

Zimno, chłodniej, mroźno

Ciążeniu bowiem przeciwstawił się mróz. Nie jakiś wielki. Nie jakiś dotkliwy. Ot, taki sobie mrozek przymrozek. Podmrozek zamrozek. Może, gdyby było zimniej, gdyby było mroźniej, wszystko potoczyłoby się inaczej. Ale mróz był jaki był. Taki tyci. Taki ledwo co. Ale był. Nie można było powiedzieć, że go nie ma. No i był deszcz. Taki niby niepozorny. Z przerwami. Taki siąpiący. Taki nasiąkający wszystko. Taki oblepiający niczym syrop. No i ów deszcz oraz ów mróz połączyły swe siły. Wilgoć osadzała się na wszystkim. Jezdnia, chodnik, drzewa, krzewy, samochody – wszystko było wilgotne. Wszystko opływało wilgocią. A mróz nie próżnował. Mróz robił swoje. Za ciepło było, aby mógł być śnieg. Za zimno, aby woda mogła spływać swobodnie. Mróz był i był pracowity. Bardzo pracowity. Nadzwyczaj pracowity.

W ową wilgoć wkroczył mróz. Wszedł z impetem. Wszedł niepytany. Pojawił się bez zaproszenia i włączył w deszczową imprezę. To właśnie on sprawiał, że deszcz zamiast spadać, wsiąkać, opadać, odpływać, spływać, w ostateczności odparowywać, zostawał tam, gdzie osiadał. Deszcz padał, a mróz zatrzymywał. Sprawiał, ze ten przyklejał się do wszystkiego, do czego tylko mróz deszcz przykleić zdołał. Wszystko poczęło się szklić. Drzewa, krzewy, trawa, jezdnia, chodnik, nawet pionowe słupy pokryły się lodowatym szkliwem. Pokryło się wodną glazurą. Przyrastało lodu. Narastało szkliwa. Grubiała się glazura. Wciąż padało. I wciąż zamarzało. Taka ci to była niedziela. Mokra, mroźna, lodowata, oślizgła.

Kto próbuje temu udać się może

Próbowałem w niedzielne, szare popołudnie wyjść na spacer. Próbowałem. To dobre słowo. Doskonale określa, to co chciałem zrobić. Zdradzę, wyprzedzając nieco tok opowieści, że nawet mi się to udało. W końcu wyszedłem i się nieco przeszedłem. Albo raczej próbowałem się przejść po parku. Tym co zawsze. Tym, co niedaleko. Tym, co sobie w nim tak upodobałem. Był tylko jeden problem: dotrzeć tam cało i bezpiecznie. Niby proste, ale nie tego dnia.

Nie był to spacer długi. Nie był też szczególnie udany. Był trudny. Bardzo trudny. Nim w końcu dotarłem jakoś szczęśliwie i szczęśliwie cało do parku, po drodze zdążyłem zliczyć kilka nie najszczęśliwszych wywrotek. Pierwsza zdarzyła się już pod samym domem. Ledwo wyszedłem z kamienicy, ledwo wystawiłem z niej swą nogę, a już straciłem równowagę i bęc. Szczęście w nieszczęściu, że nie przydarzyło mi się szczęśliwie żadne nieszczęście. Ot ciut się potłukłem. Grunt, żem cały.

A wszystko przez ów deszcz. I przez ów mróz. I przez mgłę, co przed deszczem i z której cały deszcz. Sam bowiem deszcz co najwyżej zniechęciłby mnie do spaceru. Sam bowiem mróz co najwyżej odwiódłby mnie od pójścia na spacer. Ale ponieważ przestało jako tako padać i nie było jeszcze zbyt późno, choć pora miała się już zdecydowanie ku zachodowi, postanowiłem nieco się przewietrzyć i zasięgnąć świeżego powietrza dla złaknionych go płuc. Niebo ciężkie, ołowiane nie zamierzało się przejaśnić. Ale tak było i w piątek i w sobotę. Ani źdźbła słońca. Ani okruszka. A mnie się chciało przejść. Miałem dość już siedzenia w domu. Wyrwać się. O tak, wyrwać się, oderwać. Choć na chwilę. Choć na moment. Właśnie to pragnienie dodawało mi sił. Wyruszyłem. Chmury, nie chmury, grunt że nie pada.

Pierwszy krok i już fik, leżę. Drugi krok jako tako. Trzeci krok chwiejnie. Czwarty krok ledwo ledwo. Powoli, krok za krokiem, niczym pijany marynarz na chwiejnym statku posuwałem się do przodu. Albo pokracznie osuwałem na zlodowaciałą ziemię. Czasem się bowiem nie udawało. Czasem zaś niewiele brakowało, ale jednak. W końcu dotarłem jakoś do parku. A tam bryndza. Deszcz co prawda nadal nie wracał. Mróz co prawda nie wydawał się być jakoś nazbyt doskwierającym. Ale iść było ciężko. Właściwie nie szedłem. Kaczyłem. tak, to dobre określenie. Chód mój bowiem niepewny, szeroki, kolebliwy, chwiejny, poślizgły był. Słowem chód kaczy. Kaczkowaty. Miałem dość. Po jednym okrążeniu zdecydowanie wróciłem do domu.

Jeszcze więcej mrozu i deszczu

Nadszedł poniedziałek. Tak bywa. Od niepamiętnych czasów po niedzieli nadszedł poniedziałek. I ten nie mógł inaczej, Musiał nadejść. Wraz z poniedziałkiem przyszedł również deszcz. Nowy, poniedziałkowy. Przyjść nie musiał. Znam skończenie wiele poniedziałków, które przychodząc nie przynosiły bynajmniej deszczu w zestawie. Ten jednak zafundował deszcz od samego rana. Żeby się chociaż zapytał. Ale gdzie tam. Po prostu padało i tyle. Był poniedziałek. Poniedziałkowy był to dzień. I był deszcz. Poniedziałkowy deszcz. A skoro był i poniedziałek i deszcz, to był jeszcze na dodatek i mróz. Taki jak poprzednio, niedzielny. Tyle, ze ten mróz był równie poniedziałkowy jak poniedziałkowy był padający deszcz. Nieszczególnie dotkliwy. Nieszczególnie uciążliwy. Ów mróz. Wystarczający jednak, aby zamienić opadającą z nieba wodę w zamarzające szkliwo pokrywające glazurą wszystko dookoła. Było ślisko. Warstwa czystego lodu rosła.

I trzeba było czasu, nim przestało padać. A padać w końcu przestało. Ale mróz pozostał. A nawet się nasilił. Zintensyfikował. Wiec co zamarzło z deszczu podczas mrozu, teraz lśniło nadal wodną politurą. Było ślisko. Pomimo piasku, soli i czego tam się jeszcze chwytano, było ślisko. Wszędzie wszystkim.

Poznań, 2014.01.23
Autor: Adam Gabriel Grzelązka

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.