Kultura

Wilkiem do lasu XLII

Krajobraz we mgle

Wyszedłem z domu. Zamierzałem się przejść małe co nieco. Pospacerować. Mój zapał momentalnie został ostudzany w konfrontacji z zimnym, mglistym powietrzem. Ledwo wyszedłem na ulicę z kamienicy, a już zatrzęsło mną zimno. Nieomal mi się odechciało dalszej przechadzki. Ale nie poddałem się. Zapiąłem szczelniej pod szyję, naciągnąłem rękawice i poszedłem dalej. Ruszyłem do parku. Zdecydowałem się zrobić niewielkie kółeczko i dopiero zawrócić, aby schować się w ciepłym zaciszu mego pokoju.

Zimno. Idę zatem szybko, aby choć w ten sposób się co nieco rozgrzać. Poprzez ruch. W parku tłumów dziś nie ma. Ale i nie bezludnie. Są ci, którym chłód mgieł nie przeszkadza. Bo właśnie za mgłą dziś jest wszystko skryte. Mgłą wszystko jest otulone. Mgłą osłonięte. Niespecjalnie gęstą, ale zauważalną. Nadaje ona całej okolicy miękkiego charakteru. Przydaje otoczki tajemniczości. Niebieskawej poświaty skrywającej szczegóły tego, co nieco zaledwie odleglejsze. Gdyby tylko nie było tak zimno.

Nie ma wiatru. Ucichł. Powietrze zgęstniałe od mgły stoi w miejscu. Szybki marsz powoli rozgrzał mnie na tyle, że już mogę zwolnić i zacząć delektować się pięknem okolicy skąpanej w siwoniebieskiej mgielnej poświacie. Mgła przytłumiła nieco dochodzące z oddali odgłosy przejeżdżających aut. Tłumi też moje kroki. Jednoczenie dochodzą do mnie przyciszone hałasy czynione przez sikorki. W jednym miejscu dało się także słyszeć charakterystyczny gwizd kowalika. Ptaki się ożywiły nieco. Też korzystają z raku wiatru. Z mgielnego bezruchu.

Dostrzec Piękno V

2014.03.28
Poznań

co piękne
ciche jest
delikatne jest
spokojne jest

nie niepokoi lękiem
nie zrywa grozy okrzykiem ze snu
po piętach nie depcze
nie dyszy za uchem
ni puszy się wszem i wobec

co piękne jest
jest
trwa
czeka
gdy dotkniesz go okiem
gdy dostrzeżesz serca czuciem
radość zrodzi w tobie
usta w uśmiech przyoblecze
oko błyskiem zapełni

Adam Gabriel Grzelązka

Wyspa

Idę parkową alejką. Zanurzam się w głąb parku. Przede mną kilka osób wpatruje się w coś na stawie. Najwyraźniej coś przyciąga ich uwagę. Ktoś robi zdjęcia smartfonem. Zbliżam się. Wszyscy patrzą w lewo. Na wysokości niewielkiego tarasu z lekka wpuszczonego w głąb wody, na stawie jakieś ledwo dwa metry od brzegu leży niewielka wysepka. Kiedyś rosły tu dwa drzewa. Obecnie tylko jedna olcha. Niewielka. Druga, dużo większa, parę miesięcy temu złamała się i leży po części w wodzie. Ostały się jeszcze jakieś badyle, odarte z liści krzaczki. Ale nie to przyciągnęło uwagę gapiów.

Wszyscy patrzyli na czaplę. Moją dawną znajomą. W normalnych warunkach, przez większą część roku tej czapli na tej wyspie nie byłoby niemal widać. Wszystko zasłaniałoby zielone poszycie wyspy. Ale teraz nie ma liści. A cokolwiek tam wyrosło, uschło, poczerniało, częściowo zostało połamane przez wiatr. I niczego obecnie nie zasłania. No, może odrobinę. Ostały się jakieś pojedyncze rachityczne badyle. Dziś można było czaplę podziwiać w pełnej okazałości z zaledwie kilku kroków. Stąd ta sensacja. To zbiegowisko. Czapli niespecjalnie to ludzkie zainteresowanie przeszkadzało. Spokojnie stała sobie jedynie od czasu do czasu zmieniając pozycję. Albo kierunek patrzenia. Albo dla odmiany coś tam sobie poprawiała w upierzeniu. Raz nawet rozłożyła skrzydła, zupełnie jakby chciała się przeciągnąć. A potem znów zapada w ten swój czapli bezruch.

Mewy

No nic, postałem nieco, popatrzyłem, pozachwycałem się czaplą, i odszedłem. Idę dalej. Dziś nie wybrałem się na zdjęcia. Ne zabrałem nawet ze sobą aparatu. Z premedytacją. Aby mnie nie prowokował, nie kusił, nie odciągał od spaceru. Nie przymuszał do robienia zdjęć. Bo przecież gdybym go miał, nie oparłbym się tej czapli. Wciągnęłoby mnie to totalnie. A ja przecież przyszedłem odetchnąć, pospacerować, porozmyślać. Z nadzieją na jakiś wiersz. Jeśli się uda.

Idę alej. Niespiesznie, powoli. Delektuję się otoczeniem. Wsłuchuję w ptasie nieliczne odgłosy nieco przytłumione przez mgłę. Wszędzie dużo mew. Bardzo dużo. Od niechcenia zaczynam liczyć te na największym ze stawów. Gubię się po przekroczeniu dwóch setek. A są jeszcze na drugiej, średniej tafli. Niektóre pływają po strumieniu. Kilka obsiadło zwalone drzewo na wspomnianej czaplej wyspie. I jeszcze są te, co unoszą się w powietrzu. Niektóre się ganiają w kółko. Inne kołują wysoko w przestworzach. Jakaś ich część buszuje zapewne po okolicy, między domkami i blokami, przeszukując każdy zakątek. W mieście zawsze znajdzie się coś do jedzenia wyrzuconego gdziekolwiek przez beztroskich ludzi. Jest ich tu pewnie ze trzy, a może i nawet cztery razy tyle, co policzyłem. Normalnie, w ciągu roku na stałe przebywa góra kilkanaście, no może kilkadziesiąt. Trzech dziesiątków nie przekraczając zdecydowanie. A teraz proszę, na zimę się ich nazlatywało. Pasuje im najwyraźniej to zimowisko.

Kaczek dla odmiany jest zauważanie mniej. W zeszłym tygodniu, gdy tu spacerowałem, było ich tak na oko dwakroć, albo i trzykroć więcej. Teraz znów ich populacja zmalała. Gdzieś odleciały. Zima łagodna, więc nie mają jeszcze problemów ze zdobywaniem pożywienia. Pewnie odleciały w inne okolice, gdzie jest mniej ludzi, gdzie mają więcej spokoju. Powrócą, gdy znów nadejdą mrozy. Gdy spadnie śnieg, który wszystko utrudni.

Tak, spacer się udał. Było warto. Nawet jeżeli nie znalazłem żadnego wiersza do zapisania.

Poznań, 2015.01.18
Autor: Adam Gabriel Grzelązka

One Comment

  1. Nie ustawaj autorze w podawaniu nam opisów przeżywania codzienności w ujęciu poetyckim.
    Po przeczytaniu – chce się żyć.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.