Kultura

Wilkiem do lasu LVIII

Łąka, łąka, łąka…

Wychodzę na zewnątrz. Dalej nie widać żadnego budynku. Tylko zapuszczona łąka. I drzewa. Tu i ówdzie. Brzozy i iglaki. Idę i idę. Końca nie widać. Podążam ścieżkami wydeptanymi najprawdopodobniej przez przebywające tu dzikie zwierzęta. Prawdopodobnie, bo żadne się nie ujawnia. Z drugiej strony niewiele tu śladów ludzi. Raczej nikt tu nie zagląda. Nieczęsto. W sumie nie bardzo jest po co. No i daleko od miasta, na uboczu, na głębokich przedmieściach. Stąd ten spokój. Nawet bezdomni tu nie zaglądają. Ani nie przychodzi młodzież na swoje popijawy i ćpanie, jak ma to miejsce na przykład na terenie opuszczonych fortów.

Na jedno muszę cały czas uważać. Na skryte pod trawą studzienki odwadniające. Pełno ich tutaj i nie zawsze wystają ponad ziemię, nie zawsze są zabezpieczone deklami. Łatwo w coś wpaść jeśli tylko przestanę patrzeć pod nogi. Dlatego chodzę ścieżkami, jakie ktoś tu wydeptał. Omijają one te studzienki, czasem przebiegając całkiem blisko ich. Pozwala mi to bezpiecznie eksplorować teren. Nachodziłem się po tej zapuszczonej łące i niczego nie znalazłem. Doszedłem na koniec terenu mleczarni, następnie wzdłuż ogrodzenia szedłem w stronę torów, nad którymi tutaj przychodziłem, by w końcu dotrzeć ponownie do ogrodzenia. Teraz zawróciłem w stronę zabudowań, o których już pisałem.

Radosny blask

1995-06-08
Łódź
Asi Lewandowskiej

spływa z Twoich oczu
na moją duszę
ona go łaknie
jak usychający ogród
odrobiny deszczu

budzisz we mnie życie
ono wstaje przeciąga się
i dzięki Tobie spostrzega
jak piękny jest świat

budzisz we mnie poetę
każesz chwytać za pióro
i wykuwać wieczności
ulotność owej chwili
danej tylko nam
karzesz uwiecznić
moment radości
którego przecież
nie można oddać
żadnym słowem
to trzeba przeżyć
za każdym razem inaczej
bo każde spotkanie
jest nowym światem

Adam Gabriel Grzelązka

Kolejna zagadka

Powoli, powoli zaczęło znów robić się ciekawie. Najpierw natrafiam na składowisko betonowych słupów i płyt. Na oko wygląda mi to na elementy, z których wzniesiono hale zwiedzane z samego początku. Ciekawe czy to zapasy, czy raczej porzucone elementy z jakiejś rozbiórki. Leżą i niszczeją. Pokruszone, połamane, nadgryzione zębem czasu.

Idę dalej. Natrafiam na dwa okrągłe zbiorniki. Duże. Średnica ma z pięć metrów. W jednym masa śmieci, zasypany nimi niemal po brzegi. I gruzem. W drugim stoi woda. Pod powierzchnią widać jakieś rury. Nie da się oszacować głębokości. Zewnętrzna cembrowina ma jakieś półtora metra wysokości. Drugie tyle może być wody. Ale równie dobrze może być więcej.

Tuż nieopodal następna zagadka, której nijak nie potrafię rozwikłać. Długa na kilkadziesiąt, ba nawet kilkaset metrów – na pewno więcej niż sto. Szeroka na kilkanaście, kilkadziesiąt. Nie umiem dokładnie oszacować wielkości. Głęboka na jakieś pięć, może więcej. Właśnie głęboka, a nie wysoka. Nad teren, po którym idę wystaje na dwa metry. Ciężko zajrzeć do wnętrza, bo zewnętrzna ściana często wyższa jest ode mnie.. Nigdzie nie ma do tego wejścia. Trudno powiedzieć, czy coś było powyżej. Jakaś nadbudowa. Może jakieś elementy metalowej konstrukcji, którą rozebrano dawno temu. Samą budowlę można by nazwać właściwie basenem. Można by, gdyby nie jeden szczegół. Otóż nie jest to po prostu duży głęboki zbiornik, coś na wzór basenu. Środek podzielony jest na kilka części. Tyle, że nie od końca do końca. Wewnątrz całości owe pasy kształtują się w ten sposób, że gdyby zejść na dno, można by idąc i zakręcając raz po raz na obu krańcach przejść kolejno poszczególne pasy tego basenu. Ot, takie ścianki działowe nie do końca dobiegające, ale kończące się na przemian raz z jednej strony, raz z drugiej tegoż basenu.

Czyżby jakiś ostojnik wody? Może oczyszczalnia ścieków? Jeśli tak, musiały tu być jakieś urządzenia. Ale już ich nie ma. Zewnętrzy mur jest dość gruby. Co jakiś czas charakterystyczne zgrubienia. Jakby to były wsporniki pod coś już nieistniejącego. Ścianki wewnętrzne, działowe dużo cieńsze. Czasem ziemia podchodzi z zewnątrz na tyle wysokim nasypem, że można się na mur wdrapać i zajrzeć do środka. Nie mam jednak odwagi przejść się po gzymsie dookoła basenu. Ciut za wąsko. Strach pomyśleć, co by się stało, gdyby powinęła mi się noga. Gdybym wpadł do środka, znalazłbym się w pułapce. Nigdzie bowiem nie znalazłem choćby śladu jakiejkolwiek drabinki, która prowadziłaby na dno tego zbiornika. A dno kilka metrów pode mną. I jeszcze woda. Dno najwyraźniej pochyłe. Z jednej strony wody jest co najwyżej pół metra albo i mniej nawet. Z drugiej dużo więcej. Nie bardzo widać tam nawet dno. Mimo, że woda czystawa, przejrzysta. Ryb nie widać nigdzie. Za to spłoszyłem kaczki. Na płyciźnie zdążyły zadomowić się już trzciny. Tam, gdzie woda jest płytka, widać pod nią nieco czystego piasku. Zapewne latami nanosił go tu wiatr. Nie udało mi się wypatrzeć żadnych rur, które by tu wodę doprowadzały lub z tego czegoś ją odprowadzały. Ot, potężny dziwaczny szczelny zbiornik z wodą. Woda opadowa, po deszczach. A że sucho, to i wody stosunkowo mało.

Jeśli to zbiornik na zapasową wodę, po co te betonowe przegrody wewnątrz? Jeśli oczyszczalnia ścieków, to brak osadu, ścianki całkowicie czyste. No i te ścianki działowe dzielące wnętrze na jedno długie tasiemcowe wnętrze. Tak czy siak, basen jest imponująco ogromny. Mur zewnętrzny ma co jakiś czas trapezowe zgrubienia wystające na zewnątrz. Po prostu jest grubszy, ale czemu? Czyżby w tych miejscach stały kiedyś jakieś elementy, wsporniki, belki poprzeczne? Wodę i przegrody widać nawet na zdjęciach satelitarnych.

Jeszcze trochę ruin

Nim zabrałem się za obchodzenie basenu, zboczyłem nieco w bok i wcześniej, ale już po obejrzeniu tych cylindrycznych zbiorników, obejrzałem kilka ruin. Stosunkowo nieduże w porównaniu z terenem i pozostałymi budynkami prostokątne pomieszczenia. Bez dachu. Tylko ściany. Betonowe płyty wpuszczone we wpusty między betonowymi słupkami. Wysokie to to na trzy metry, nie więcej. Były jednak zadaszone. Chyba wszystkie, ale tylko w jednym są po tym jakieś ślady. Dach opierał się na betonowych belkach stropowych, które się zawaliły i spadły. Albo zostały strącone, zburzone. Po dachu ani śladu. Rozebrano? Rozkradziono? Możliwe, że to pierwsze, bo w jednym miejscu natrafiam na dużych rozmiarów stos poukładanych desek. Wyraźnie używanych, często z gwoździami.

Jest jeszcze niewielka suwnica. W każdym razie tak to wygląda. Też niekompletna. Częściowo zniszczona. Więcej nic chyba nie ma. No, prawie, bo w dwu albo trzech miejscach natrafiłem jeszcze na gruzy po wyburzeniach.

Między basenem a suwnicą droga betonowa. To znaczy wyłożona betonowymi płytami. Powoli wracam nią do miejsca, skąd zacząłem zwiedzanie. Natrafiam na kilka porzuconych opon pod świerkami. Dawno porzucone zdążyły się już zazielenieć od pokrywających je mchów i zielenic.

Bardzo tu spokojnie i cicho. Pewnie dlatego, że to niedziela. Z jednej strony bowiem mleczarnia sąsiaduje z jakimś magazynem. Częściowo z prywatnymi zabudowaniami z drugiej. I nic więcej tu właściwie nie ma. Przynajmniej w pobliżu.

Kilkakroć wychodziłem z zabudowań na zewnątrz, aby robić zdjęcia kluczom przelatujących nade mną kluczom gęsi i kaczek. Tak tu cicho, że było je słychać z daleka. Wiosna nadlatuje.

Poznań, 2015.03.09
Autor: Adam Gabriel Grzelązka

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.