Kultura

Wilkiem do lasu LVII

Po drugiej stronie muru

Przede mną ogromny, częściowo już zalesiony naturalnie teren. Niektóre drzewa posadzono tu celowo, inne to po prostu samosiejki. Te ostatnie zdążyły już znacząco podrosnąć i stać się młodymi sporymi drzewkami. Obszar jest naprawdę ogromny, choć w sporej części jak się z czasem okaże pusty. Wszędzie wysoka do kolan uschnięta trawa i jakieś nieznane mi wysuszone przez słońce byliny. Latem pewnie wszystko sięga do pasa albo nawet i wyżej, co jeszcze bardziej utrudnia wędrówkę po tym zapomnianym, porzuconym terenie. Zielona trawa i pleniące się tutaj rośliny skutecznie skrywają wszelkie niespodzianki i niebezpieczeństwa, jakie teraz z trudem można dostrzec pod stopami.
Teren, który za chwilę szczegółowo zwiedzę, był kiedyś mleczarnią. Od dawna jednak nic tu się już nie dzieje. Teren ogrodzono, zamknięto i pozostawiono na pastwę losu. I tak sobie to tutaj wszystko stoi i niszczeje. Co się dało wynieść, dawno już wyniesiono, rozkradziono, wycięto i wywieziono na złom. Co nie wytrzymało presji czasu i działania warunków atmosferycznych, powoli zaczęło się zawalać, kruszeć, erodować. Budynki zasadniczo się trzymają i nadal stoją. Niektóre dawno temu po prostu wyburzono.
Niby pusto. Niby miejsce zapomniane, opuszczone, porzucone. A jednak nie. Ktoś tu zagląda. Postawił kilka palet krawężników, jakich używa się ustanawiając brzegi jezdni. Wyglądają na stosunkowo świeże. Dużo mniej świeżo prezentuje się kilka palet z porozwalanymi, popękanymi paletami z nawozami sztucznymi. Te stoją tu już na pewno dość długo. Worki, te z wierzchu są popękane, a ich zawartość uległa skamienieniu.
Przede mną, na wprost, długawy dość wysoki budynek. Wysoki na jakieś pięć metrów. Budynek ten składa się z szeregu obszernych hal, jedna za drugą. Nie ma przejścia między nimi. Ale nie ma kłopotu z tym, aby obejrzawszy i obfotografowawszy jeden taki segment, wyjść z budynku i za ścianą działową wejść do hali kolejnej. I tak segment za segmentem. Dach jest w dość dobrym stanie, nigdzie nie zawalony, choć czasem tu i ówdzie przecieka. Istnieją tylko ściany działowe. Nie ma części zabudowy ścian frontowych. Możliwe, że były drewniane albo szklane. Ale pewnie drewniane, bo po szkle zostałyby jakieś ślady. A nigdzie nie ma stłuczonego szkła niemal wcale. Poza tym okienka szklane są rozmieszone w postaci pasów wysoko pod sufitem tych pomieszczeń. Szyby się tam zachowały, choć mocno poobtłukiwane. Podłogi przeważnie brak. Piach. Zwyczajny piach. Czasem tylko betonowa wylewka. Dwie hale dzielą się na kilka mniejszych pomieszczeń. Pozostałe są niepodzielone, jednoczęściowe.

JA NIE PISZĘ

1994-12-03
Łódź

Ja gnam na pióra ogierze
dosiadam atramentowego rumaka
pędzę w białą nieznaną dal
kurz liter za mną się unosi
litery na kształt obłoku wyrazów
wyrazy w szlaki zdań
przebytej drogi
ślad wędrówki mej

A ja pędzę cwałem to galopem
szybciej i dalej
rumak już ledwo dyszy
już resztką ciągnie sił
ostatnim skokiem dosięgam
horyzontów poematu
wyobraźni krajobrazu osiągam kres
z nagła staję dęba
ogier mój niestrudzony
bez sił padł
opada kurz
z rozmytej mgły fantazji
wyraźnych słów wyłania się kształt
pozostaje natchnienia ślad

Adam Gabriel Grzelązka

Ceglany domek

Gdzieś tak w połowie tych hal równolegle kilkanaście metrów przed nim stoi inny niewielki budyneczek. Z czerwonej cegły. Nie z tradycyjnej, ale z innej, większej rozmiarowo. Z jednego krańca budynek kończy się zadaszeniem wspartym na czterech betonowych kolumnach. Idę tam zobaczyć co to takiego i czemu mogło służyć. Budyneczek nie jest zbyt wielki. Stan dobry, chociaż pozbawiony już drzwi i okien. Dwa wejścia. Jedno od strony wspomnianych kolumn, drugie dokładnie naprzeciwko. Z lewej kilka wybitych okien. Albo raczej wybebeszonych, bo brak nawet ram okiennych i futryn. Do budynku wchodzi się po kilku schodkach. W środku coś jakby tunel-kanał. Ciężko zgadnąć o co w tym chodzi, czemu to miało służyć. Nie pierwsza i nie ostatnia zagadka bez odpowiedzi.

Wracam do poprzednich hal. Przepatruję je do końca. Nic szczególnego. Gdyby zachowała się ich zawartość, z pewnością obiekt byłby dużo ciekawszy. Wszystko jednak zniknęło już dawno temu. Na szczęście jest słonecznie i można porobić ciekawe zdjęcia refleksów świetlnych wewnątrz. Końcowe pomieszczenia. Jakaś toaleta. Niewielkie kwadratowe pomieszczenie. Wysokie jak cały budynek, ale wyraźnie od niego oddzielone. Wychodzę na zewnątrz. Znów nie mam pojęcia, co tu w tym konkretnie miejscu było, o co z tym pomieszczeniem chodziło. Tak na oko trzy metry na trzy, może mniej nieco, a wysokie na pięć. Mało praktycznie jakby. Albo bardzo specjalistycznie. Tyle, że nic z wyposażenia się nie zachowało niestety. Może stacja transformatorowa? Może winda towarowa? Ale jeśli winda, dokąd prowadziła, skoro w budynku nie ma pięter…

Kilka metrów dalej kolejny budyneczek. Niewysoki, parterowy. Być może jakieś pomieszczenia biurowe. Jakieś kibelki. I duża hala. Dach zawalony w ponad połowie tej hali. Leży pod nogami. Żadnych przejść dalej. Niemniej jednak budynek ciągnie się dalej. Trzeba tylko wyjść z tej hali i obejść budynek z lewej. Tam wiele niewielkich pomieszczeń. To zdecydowanie wygląda na jakieś biura. Drzwi co prawda zamurowane, ale da się wejść przez brakujące okno. Kilka pomieszczeń dużych, kilka małych, łazienki i toalety. Jeszcze dalej znów spora hala. Coś jakby magazyn. Może powozownia maszyn rolniczych. Teraz pusta. Prawie. W jednym rogu sporo rolek papy. Zerodowane na amen, do niczego się już nie nadadzą. W innym miejscu o ścianę oparte kilka dziesiątków szyb. Matowe zbrojone siatką grube szkło. Nieco stłuczek. Tu i ówdzie jakieś beczki. Puste. I jeszcze jedna hala magazynowa. Stosunkowo nieduża. Jakaś beczka po farbie wewnątrz.

Poznań, 2015.03.09
Autor: Adam Gabriel Grzelązka

3 komentarze

  1. No i powiało pięknem i normalnością.

    Pozdrawiam Autora!

  2. Bardzo ciekawe zdjęcia i tekst też. Uważam, że takie obiekty należy remontować i utrzymywać dla przyszłych pokoleń.

  3. A mnie napawa Pana reportaz zalem, ze mnostwo takich niczyich objektow stoi, ktore kiedys dawaly zatrudnienie ludziom i produkowaly cos pozytecznego.
    Nie ma tam zadnego wlasciciela czy gospodarza terenu ( administracji terenowej), moze ktos.by chcial taki objekt w celach gospodarczych przejac lub moze artysci mogli by sobie tam po wyremontowaniu i zaadaptowaniu. urzadzic atelie, miesce na tzw sztuke uliczna “Grafitti ” ? A nawet mozna by tam zorganizowac spotkanis np.tworcow mlodej poezji, mlodych artystow fotografikow, mozna tez.jakiegos “potwora z Lochnes ” zayrudnic by turystom zapenic spektakl emocji i strachu …lepsze to, niz pozwolic na erozje i rozsypke czegos, co wlasciwie ma jeszcze konkretne ksztalty i zdaje sie niedaleko metropolii Poznan lezy …
    Co by Pan mogl do moich propozycji dorzucic ? Czy ja bujam zupelnie w oblokach ?

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.