Kultura

Wilkiem do lasu LVI

Spać czy wstać?

Pomysł był prosty: wstać wcześnie i pojechać. Zaryzykować zarwaną nockę z nadzieją, że poranek będzie piękny, a dzień naprawdę słoneczny. Z drugiej strony za mną męczący tydzień. Przydałoby się nieco odpocząć w końcu. Już w piątek snułem się na wpół przytomny marząc tylko o jednym: wtulić się w podusię i słodko zasnąć.

Skończyło się kolejnym nocnym zasiedzeniem. Tymczasem w sobotę naprawdę wczesna jak na mnie pobudka. A potem całodniowa nasiadówa na szkoleniu. I znów zmęczenie wieczorne. Senność. I… i kolejna nocna sesja.

Jednak wstałem. Wcześnie. Bardzo wcześnie. Mimo wszystko. Mimo zmęczenia. Mimo kilkudniowego niedospania. Zwlokłem się jakoś z łóżka. Po ledwo paru skromnych godzinach snu. Musi tyle wystarczyć. Ciężko i z bólem, ale jednak zwlokłem się. Później już wszystko potoczyło się w miarę szybko. Ubrałem się. Plecak czekał na mnie już spakowany. Jeszcze przed snem. Na wszelki wypadek. Gdybym jednak zdecydował się na kolejną foto-wyprawę. Po cichu wymknąłem się z domu, aby nie niepokoić domowników. Szybkim krokiem udałem się na tramwaj. Chłody poranek. To mnie nieco orzeźwiło. Dzień ma być w miarę słoneczny i ciepławy. Ale to za jakiś dopiero czas. Szczególnie liczę na to, że będzie po prostu słoneczny. Tylko to się liczy. Tylko to jest ważne. Ma to ogromne znaczenie dla fotografii. Podobnie jak wczesna pora.

Sennie jadę tramwajem. Mało pasażerów. Dojeżdżam do przesiadki. Chwilę błąkam się po dworcu od peronu do peronu i sprawdzam tabliczki, gdzie jaki przystaje numer. Szukam mojego transportu. Koniec końców odnajduję właściwe miejsce. Czeka mnie kilkanaście minut oczekiwania na autobus. W końcu podjeżdża na stanowisko. Wsiadam. Wraz ze mną kilku chłopaków z wędkami. Wybierają się na ryby. Czeka mnie teraz niedługa w sumie przejażdżka do najdalszego przystanku, jaki jest na tej trasie. Można podjechać nawet nieco dalej, ale tylko o niektórych godzinach, kiedy to trasa autobusu jest przedłużona o kilka kolejnych przystanków. Ale nie ten kurs. Później, zbyt późno. Wybieram wariant wcześniejszy, z dojściem jak się okazuje nie takim znowu długim.

Co to jest wiersz

1994-11-30/12-01
Łódź

 

wiersz to takie
kosmate zwierzątko
co składa się ze słów
tych tamtych i jeszcze
czasem nieco innych

wiersz hoduje
tak zwany Poeta
pasie go na zielonych
łąkach wyobraźni
poi fantazją
a gdy dorośnie już
sprowadza z obłoków umysłu
na biała rzeczywistość
nie zawsze białego papieru
i mówi:

oto on Poezja się zwie
dziecię moje

Adam Gabriel Grzelązka

Poranna cisza

Jestem na miejscu. Wysiadam. Chłopaki wysiedli nieco wcześniej. Ja jestem niejako po drugiej stronie miejsca, gdzie oni idą na ryby. Słońce wstało i powoli się rozwidnia. Cisza i spokój. Senna okolica. Pustka dookoła. Nikogo nie widać. Nikt się tu nie kręci. Tylko ja jeden dojechałem tak daleko i tutaj wysiadłem. Znalazłem się na pograniczu miasta, na odległych przedmieściach. Teraz czeka mnie piesza wycieczka. Niedaleko, może dwa kilometry raptem. A może mniej. Byłoby krócej, ale trzeba obejść tory kolejowe, które tutaj biegną w głębokim wykopanym dlań wąwozie. Nie da się na przejść tym skrótem. Tory leżą bardzo nisko albo ściślej się wyrażając: bardzo głęboko. Musiałbym po stromym zboczu zejść po jednej stronie i wdrapać się po tak samo stromym zboczu naprzeciwległym. Wiele bym zresztą w ten sposób nie nadrobił. |Szybciej i prościej będzie pójść dookoła, przez mostek biegnący górą nad koleją.

Po drodze jakieś pojedyncze fotografie ciekawszych motywów. Jednym z nich są dwie długie kompletnie zapuszczone szklarnie. Metalowy szkielet pokryty szkłem. Tu i ówdzie widnieją dziury po stłuczonych szybach. Zdziczała roślinność dookoła oraz wewnątrz. Robię kilka ujęć zza częściowo uszkodzonego betonowego płotu i idę dalej. Gdyby nie bliskość sąsiadującej posesji i jej zabudowań może pokusiłbym się przejść przez to częściowo zwalone ogrodzenie i nieco się pokręcił wewnątrz szukając co ciekawszych foto-kąsków.

Niespodzianka

Dobrze, że miałem aparat pod ręką. Zazwyczaj mam. Niosę go albo w ręku, albo w tobie przerzuconej przez ramię, tak aby móc szybko poń sięgnąć. Możliwie jak najrzadziej w plecaku, bowiem wówczas albo nie mam szans zdążyć go wciągną, albo po prostu nie chce mi się tego uczynić. Wówczas przepada okazja na ciekawe zdjęcie. Co innego plecak fotograficzny z boczną kieszenią i systemem szybkiego wydobywania aparatu bez jego zdejmowania z pleców. Przydatna rzecz.

Nagle na stromym stoku zagłębienia, w dole którego biegnie kilka pasów torów kolejowych dostrzegłem sarniego kozła. Stał i patrzył się na mnie. Dzieliło nas kilkanaście metrów, więc niespecjalnie mnie się obawiał. Całkiem możliwe, że nie był tutaj sam, nigdzie jednak nie spostrzegłem łani. Pobeczał na mnie kilkukrotnie charakterystycznym, trudnym dla mnie do opisania głosem (zaskakującym w swym brzmieniu) i powoli oddalił się wspinając na zbocze. Na górze zatrzymał się, ponownie spojrzał, ponownie pobeczał, aż w końcu oddalił się w sobie wiadomym kierunku i celu. Zrobiłem nieco zdjęć. Nie wszystkie wyszły, ale z kilku z nich jestem bardzo zadowolony. Taka miła poranna niespodzianka na początek wyprawy.

Szukając przejścia

Chociażby dla tego jednego widoku i tych kilku klatek warto było zrywać się środkiem nocy i tu przyjść, aby sobie tego kozła spotkać. Kozioł odszedł, więc i ja idę dalej. Od pewnego już czasu idę wzdłuż obiektu, który dziś zamierzam zwiedzić i obfotografować. Nie mam nadal jeszcze pewności, czy będzie to możliwe. Ale przynajmniej wiem już, że obiekt nadal istnieje. A to też nie było bynajmniej takie pewne. Po mojej prawej ciągnie się od paru minut betonowe ogrodzenie. Z lewej mam tory biegnące jakieś trzy – cztery metry poniżej polnej drogi, jaką idę. Droga moja wiedzie mnie ku piętrowemu charakterystycznemu budynkowi kolejowemu. Na jego tyłach stoi samochód. Zapewne pracownik kolejowy, który dziś tutaj pełni swoją służbę nim przyjechał do pracy. Dochodzę do niego i skręcam w prawo podążając nadal wzdłuż ogrodzenia. Nie jestem pewien co dalej, bo przede mną w oddali las, także zagrodzony podobnym betonowym płotem. Z tym, że w jednym miejscu brak calusieńkiego przęsła. Ale to nie tam zmierzam. Podejdę bliżej, to się okaże, czy jest tu jakieś wejście, czy też przyjdzie mi wraca kawał drogi do innej, minionej przeze mnie dawno dość już temu. Po lewej mam spory kwadrat pola uprawnego, a w tle za nim jakieś zabudowania gospodarskie.

Właściwie to tam, do tego widocznego z daleka przejścia, owej szczerby w ogrodzeniu i tak muszę podejść. Tyle, że nie interesuje mnie to, co za nim na wprost się znajduje, a jedynie to, co po prawej za płotem, za tymi betonowymi płytami. W końcu ku radości mojej ogromnej znalazłem poszukiwaną dziurę. Tu także ktoś kiedyś rozebrał ogrodzenie. Została tylko dolna betonowa płyta. Nie ja jeden chciałem dostać się do wnętrza. Dobrze, że jest tu ta dziura, bo poprzednie wejście widziałem dobrych parę minut temu. Tymczasem to właśnie tutaj stoi główny budynek i musiałbym przedzierać się do tego miejsca przez nieznane chaszcze.

Poznań, 2015.03.09
Autor: Adam Gabriel Grzelązka

2 komentarze

  1. Miłe i refleksyjne, mam to szczęście, że w koło lasy i jeziora. Ostatnio do mego sadu przychodzą sarny i zjadają leżące pod drzewem owoce co jest dodatkową atrakcją widoków za oknem.

  2. Czytam z uwaga Pana kroniki ekologiczne, troche sa smutne, ze wszystko takie opuszczone i pozostawione same sobie, jaki byl to powod porzucenia tych dziczejacych obecnie szklarni ? Zmiany ustrojowe czy prawa UE?no bo chyba nie ludzka beztroska ? Mimo wszedzie wdzierajacego sie piekna natury smutny jest “ten krajobraz po bitwie” w Polsce.

    Przedstawiona liryka “Co to jest wiersz?” to bardzo udana bukolika, radosna i zabawna , no i odzwierdziedla jak “pieknosc” czy ” sztuka ” powstaja: z “glowy” , czyli z niczego…..
    Prosze o Pana kroniki Zlotej Polskiaj Jesieni, to jedyny kirowod barw i zapachow, szkoda, ze np.zapachu dojrzalych owocow np.gruszek nie da fotografowac ….Pozdrowienia

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.