Polityka

Wierzymy w wolność, krucjaty czy ropę naftową?

Analizując dokładnie amerykańską propozycję budowy koalicji przeciwko państwu islamskiemu w Iraku i Syrii należy się zastanowić czy wierzymy w wolność, krucjaty czy po prostu w ropę naftową, której w Iraku akurat jest więcej niż bardzo dużo?

Postkolonialny charakter mapy dzisiejszego Bliskiego Wschodu to suma upadku Imperium Osmańskiego, prób europejskiego kolonializmu, eksploatacji rejonu przez firmy naftowe, amerykańskiej wiary w monarchię Arabii Saudyjskiej oraz oczywiście potęgi Armii Izraela. Obecne tam dzisiaj granice w dominującej większości to fikcja będąca kreską na mapie, w poprzek podziałów kulturowych, plemiennych, historycznych, z lekka jedynie nawiązująca do tureckiego podziału regionu, który prawie w całości był przecież składową Imperium!

Po likwidacji najwspanialszego, najbardziej cywilizowanego i doskonale zorganizowanego państwa arabskiego w regionie – Iraku i skazaniu jego legalnego przywódcy na śmierć przez sąd, którego legalność podważali nawet liczni zachodni prawnicy – zniknęła ostatnia nadzieja na cywilizowany rozwój, nowoczesność i postęp. Irak pod względem zdobyczy socjalnych i kulturowych był prekursorem postępu, reform i oświecenia pośród innych państw arabskich. Gigantyczne złoża surowców energetycznych pozwalały Bagdadowi finansować długą i wyczerpującą wojnę z Iranem oraz utrzymywać zaskakująco wysoką stopę życia własnej ludności. Darmowa i powszechna edukacja, darmowa i ultra nowoczesna jak na tamte warunki służba zdrowia, mieszkania socjalne, bazary pełne wszelkich towarów – ciągły rozwój, industrializacja – to było oblicze wspaniałego i pięknego marzenia, którym był ówczesny Irak. Dodajmy, kraj posiadający najlepszą i najpotężniejszą armię wśród krajów arabskich. Iraccy żołnierze dokonywali cudów w wojnie z Iranem, korpus oficerski był szkolony na najlepszych wzorcach brytyjskich, francuskich i radzieckich. Kraj pomimo przegrania pierwszej wojny w Zatoce funkcjonował, zapewniając bezpieczeństwo na swoim terenie. Wówczas w Iraku nie wybuchały bomby, nie było strzałów na ulicach, ludzie nie bali się wychodzić z domów, pomimo zachodnich sankcji i olbrzymich zniszczeń z okresu pierwszej wojny – kraj stopniowo podnosił się ku dawnej świetności. Niestety jednak wszystko zostało zniweczone, zburzone a państwowość iracka zdeptana.

To, co obserwujemy dzisiaj na tamtym terenie, to wynik naturalnych procesów kształtowania się obozów siły w ich społeczeństwie klanowo-plemiennym. Podziały religijno-tożsamościowe na Bliskim Wschodzie to coś o wiele silniejszego niż u nas w Europie. Nie ma już powszechnej irackiej szkoły, gdzie każdy musiał posłać dziecko, nie ma uniwersytetów dostępnych dla wszystkich! Ludność dwóch największych odmian Islamu – nie miesza się ze sobą, obowiązuje separacja. Prawdziwy horror!

Dlaczego się, więc dziwimy, że kolejna mniejszość wzięła za broń? Przecież zarówno Szyici jak i Sunnici mają pełne prawo do samookreślenia się? Co nam do tego jak się będzie nazywało istniejące tam państwo i kto będzie w nim rządził? W ogóle, jakie mamy prawo mówić tym ludziom po tym całym źle, jakie ich spotkało, głównie w wyniku zachodniej interwencji – jak mają żyć? Może to brutalnie zabrzmi, ale niby, dlaczego mieliby się nie zabijać dzisiaj, jeżeli wczoraj sami byli zabijani przez swoje aktualne ofiary? Tam obowiązuje prawo zemsty, to inna – bogata, wspaniała i stara kultura, która budowała wysokie świątynie i wiszące ogrody, jak jeszcze poprzednicy nas Słowian łapali dzikie konie w dzisiejszej Azji Środkowej, ewentualnie skuleni ze strachu czaili się w jakiejś jaskini przed niedźwiedziem na środkowej Syberii.

Gdybyśmy jeszcze mieli czyste intencje w postaci braku grzechu napaści na Irak, to można byłoby zrozumieć „pogłębioną troskę”, albo mandat ONZ. Jednakże przecież pół roku temu Zachód emocjonował się nie tym czy zaatakować legalny rząd syryjski, ale którego poranka się to stanie? Gdyby nie potęga Federacji Rosyjskiej i bezpośrednie zaangażowanie pana Władimira Putina – Syria już dawno byłaby Kalifatem, a prawdopodobnie Irak także.

Będzie to niesłychanie ciekawe doświadczenie, jak niepokonania Armia Izraela stanie w polu wspólnie z Armią Króla Jordanii, z boku wspierana przez Hezbollah – w celu powstrzymania islamistów atakujących nad jordańskie królestwo! Przewaga technologiczna, ilościowa, doświadczenia i logistyki jest po stronie Izraela. Jego wojska nie da się dzisiaj pokonać, a już na pewno nie są w stanie tego zrobić żadne z wojsk państw regionalnych, z potężną armią natowskiej Turcji włącznie. Jednakże islamiści, – co jest niezwykle ciekawe – nie wyrażają antyizraelskiej retoryki ponad pewien standardowy poziom, który jest obecny nawet w regionalnej arabskiej prasie. Nie chodzi o to, że nie mają złych zamiarów wobec Izraela, wręcz przeciwnie – doskonale wiedza, że bez wzmocnienia się i okrzepnięcia poprzez np. przejęcie potencjału państw południa Zatoki a może i nawet samej Arabii Saudyjskiej, nie mają najmniejszych szans nawet próbować zbliżyć się do Izraela, czy też Jordanii, jeżeli Jerozolima uzna ją za swój bufor, którego chce bronić, a to jest bardzo prawdopodobne. Na płaskich jordańskich pustyniach izraelskie czołgi zrobią keczup ze wszystkiego, co znajdzie się w zasięgu ich dział, o ile wcześniej lotnictwo czegoś po dwa razy nie zabije, a wierni Królowi Beduini w nocy nie poderżną gardeł niechcianym gościom.

Jeżeli już mamy wojować za monarchie bliskiego wschodu, to proszę bardzo, ale ropa przez kolejne 20 lat po 20 dolarów za baryłkę! Wówczas rzeczywiście można się spiąć, naprodukować Leopardów i innych zabawek i zaprowadzić od Libanu po Kuwejt “demokrację”, oczywiście najlepiej lokalnymi rękami. Jednakże bez wyraźnie zarysowanych korzyści ekonomicznych – nie mamy żadnego interesu w ingerowaniu w wewnętrzne arabskie sprawy, zwłaszcza, że nasi izraelscy przyjaciele, – chociaż zapewne Jerozolima będzie twierdzić inaczej – nie są zagrożeni i doskonale dają sobie radę. Zresztą wsparcia dla Izraela nigdy nie jest zbyt wiele i przy każdej okazji należy wspomagać i chronić ten wspaniały kraj. Aczkolwiek uwaga jest tu jedno niebezpieczeństwo – na państwo islamskie jako twór oddolny, budowany na przemocy i terrorze – nie zadziałają żadne tajemnicze „błyski na pustyni Negew”. Tam trzeba fizycznie zlikwidować każde niebezpieczeństwo, ale w tym zakresie Izraelczycy mają bogate doświadczenie.

Natomiast za wygodę przemieszczania się saudyjskich książąt, luksusowymi zachodnimi samochodami po szerokich autostradach, czy też inne zabawy bogatych – nie będziemy nadstawiać karku. Ropę można zawsze kupić w Rosji, co przecież czynimy, zresztą z czasem uzależnienie od tej nieefektywnej technologii się zmniejszy. O realnym zagrożeniu ze strony państwa islamskiego moglibyśmy, bowiem mówić dopiero w momencie posiadania przez ten kraj broni jądrowej i biologicznej, a do tego jeszcze daleka droga no i jest jeszcze Iran i Turcja, które z rosnącym niezadowoleniem patrzą na to całe zamieszanie – mające swoje źródła w głupocie niektórych krajów zachodu, które uwierzyły, że trzeba wspierać „powstańców” przeciwko legalnemu rządowi Syrii i pieniądzach bogatych radykałów z południa Zatoki.

Nie mamy żadnego interesu umierać za czyjś styl życia, jak również za czyjeś kolejne biliony dolarów, bo przecież tą ropę się wydobywa, sprzedaje i spala – a na każdej z tych czynności najbardziej zarabiają przedsiębiorstwa notowane sami państwo wiecie, na której giełdzie.

Natomiast głupowate opowiastki o dzieciach bez rodziców lub uchodźcach to, kto jak kto, ale akurat przedstawiciele amerykańskiej administracji mogliby sobie darować… DRAMAT IRAKU TO WINA STANÓW ZJEDNOCZONYCH AMERYKI i w części ich sojuszników. Właśnie, dlatego nie będzie kolejnej krucjaty. Nikt nie uwierzy więcej w amerykańskie zapewnienia, że „tam na pewno jest broń masowego rażenia”.

2 komentarze

  1. Bardzo potrzebny tekst, wiemy na czym stoimy – żadnych awantur, już płaciliśmy krwią.

  2. Autor: “DRAMAT IRAKU TO WINA STANÓW ZJEDNOCZONYCH AMERYKI i w części ich sojuszników”

    Ja dodam, że nie tylko dramat Iraku ale również dramat szeregu innych państw.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.