Paradygmat rozwoju

Węgry i Ukraina a retoryka „wolności” w wolności „do” nacjonalizmu i „od” nacjonalizmu

Węgrzy wybrali wolność, niezależność i niepodległość, a przynajmniej taką retorykę partii rządzącej na kolejne lata. Sytuacja w Budapeszcie jest bardzo intrygująca z powodów politologicznych, zwłaszcza w kontraście do sytuacji w Kijowie. Mianowicie węgierska retoryka wolności, w wydaniu m.in. partii „Jobbik” (Ruch na rzecz Lepszych Węgier), ale też i „Fidesz – Magyar Polgári Szövetség” (Związek Młodych Demokratów –  Węgierska Unia Obywatelska) – bywa oskarżana o nacjonalizm, neofaszyzm, ksenofobię. Równolegle na Ukrainie jest problem z właściwym zdefiniowaniem rozumienia retoryki „Swobody” i „Prawego Sektora”. Pomimo jawnych ostrzeżeń ze strony międzynarodowych organizacji żydowskich – alergicznie wyczulonych na brunatny faszyzm, Zachód wierzy w „demokratyczną” rewolucję na Ukrainie, ale psioczy na Węgry – rzekomo już niedemokratyczne, a przynajmniej ograniczające demokrację.

Co ciekawe, rzeczywiście w obu krajach – nacjonalizm został uruchomiony jako siła wspomagająca, czy też siła sprawcza w działaniach mających na celu „uzdrowienie”, czy też reformę państwa – w znaczeniu zmian systemowych. Viktor Orbán przeszedł bardzo długą drogę od swojego pierwszego gabinetu do drugiego, miał wiele czasu na myślenie o tym, co w ich kraju poszło nie tak z reformami, co się nie udało, co zostało po prostu popsute. Ten wspaniały człowiek odważył się jako pierwszy polityk w Europie Środkowej powiedzieć „Nie” – neoliberalnym krwiożerczym bestiom, banksterom, politykierom i wszelkiej maści kapitalistycznym pijawkom żerującym na zdrowej tkance węgierskiego społeczeństwa. Reformy Viktora Orbána to głównie opodatkowanie dochodów z kapitału, zwłaszcza w zakresie stopy zwrotu z inwestycji kapitału zagranicznego na Węgrzech. Upokarzające negocjacje z Międzynarodowym Funduszem Walutowym zrobiły swoje, Węgrzy zradykalizowali swoje postawy, zapłacili za nieposłuszeństwo 27% podatkiem VAT i skonsumowaniem funduszy emerytalnych, ale obronili niepodległość i prawo do samodzielnego decydowania o własnym kraju w wymiarze politycznym i gospodarczym. Rząd węgierski jest suwerenem dla zagranicznych inwestorów, nie pozwala sobie na podrzędne traktowanie własnej przestrzeni jako miejsca do robienia biznesu i transferu zysków za granicę. Ludzie błyskawicznie odczuli spadek cen za część mediów komunalnych. Udało się powstrzymać dramat odbierania domów węgierskim rodzinom zadłużonym we Franku. O Węgrzech Orbána można powiedzieć, że wstały z kolan. Ceną za władzę nad państwem była zmiana Konstytucji i pozbawienie wszechwładzy kilku instytucji, których rola ukształtowała się zgodnie z klasycznie rozumianym podziałem władzy pomiędzy legislaturę, władzę wykonawczą i sądowniczą. Na Węgrzech doszło jednak do patologii, gdzie sądy w oparciu o węgierskie prawo orzekały wbrew węgierskim interesom narodowym, przy pełnej oczywistości faktów, że prawo zostało ustanowione w wyniku lobbingu instytucji i podmiotów zewnętrznych.

Generalnie Orbán w oczach wielu Węgrów uratował ich kraj przed dramatem gospodarczym jaki przeżywa Grecja, a wszelkie oskarżenia o łamanie demokracji są wyśmiewane – totalnym poparciem społeczeństwa, gwarantującym panu premierowi władzę z mandatu Narodu, upoważniającą do zmiany Konstytucji. Dla wielu Węgrów rząd Viktora Orbána jest piętnowany, ponieważ wyraźnie normalizuje zasady funkcjonowania zagranicznego kapitału na Węgrzech – dekolonizując kraj po latach liberalnej dominacji “niewidzialnej pięści rynku”. W tym właśnie kontekście najbardziej bolą sztuczne oskarżenia o nacjonalizm, albowiem dla zachodnich mocodawców kapitału zainwestowanego na Węgrzech – podwyższenie o kilka procent podatków oznacza olbrzymie straty z całości wyniku gospodarczego. Stąd tak łatwo było i jest oskarżać Węgrów o najgorsze – co w świetle ich trudnej historii jest po prostu bezczelnością, nie uwzględniającą uczuć Narodu węgierskiego.

Na Ukrainie, przynajmniej jeszcze w okresie „dyktatury Majdanu”, jako inicjatywy oddolnej i obywatelskiej – podnoszono kwestię „deoligarchizacji” państwa, czyli przeglądu majątków i ich pochodzenia. Ten temat zniknął, wraz z tym jak stworzono nowy jak się okazało post-rewolucyjny rząd, którego legalność w świetle prawa ukraińskiego jest dyskutowana, albowiem legalny Prezydent nie podpisał się pod jego powołaniem. Bardzo szybko po tzw. „ucieczce” Janukowycza postawiono na element narodowy, poczynając od zniesienia praw mniejszości narodowych w kwestii językowej – niesłychanie bolesnej i czyniącej rosyjskojęzycznych mieszkańców Ukrainy obywatelami drugiej kategorii. W konsekwencji – nastąpiło nacjonalistyczne uwolnienie negatywnej energii, opartej w pewnych wymiarach o faszystowskie wzorce z przeszłości części Ukrainy. Zanim sprawę w parlamencie odkręcono – napsuto już tyle krwi, że element narodowy w Majdanie okazał się elementem ksenofobicznym, a przynajmniej tak był widziany przez rosyjską mniejszość na Ukrainie, która przecież ma prawo do postrzegania otaczającej jej rzeczywistości w sobie właściwy sposób.

Trudno to uchwycić, jednakże zarówno węgierski jak i ukraiński przykład to zwrot ku nacjonalizmowi w jego klasycznym sposobie rozumienia, przy czym niestety, to co się wydarzyło na Ukrainie – z włączeniem partii, której przywódcę uznaje się za antysemitę do rządu nie ma precedensu.

Zarówno Węgrzy jak i Ukraińcy, czy też każdy inny Naród ma pełne prawo do wyrażania swojej wolności właśnie poprzez ideę narodową, jednakże problemem jest samo rozumienie wolności “do nacjonalizmu” i wolności “od nacjonalizmu”. Jeden i drugi naród inaczej pokierował swoim rozumieniem nacjonalizmu, chociaż oba popełniły podobne błędy w historii (jednakże o różnej wadze) – będąc skażonymi jadem faszyzmu. Zupełnie inaczej pojmujemy nacjonalizm węgierski – skierowany przeciwko nadużyciom wielkiego kapitału, a zupełnie inaczej Ukraiński, z początku również adresowany w założeniach Majdanu przeciwko korupcji, oligarchom i popsutemu państwu – jednakże docelowo – opierający się o antysemitów, banderowców i inne nawiązania do niechlubnej historii części Narodu ukraińskiego, przez inną część tego Narodu nieuznawaną.

Wniosek – wolność jest piękną ideą, zwłaszcza jeżeli do jej wyrażenia używa się najpiękniejszej idei narodowej. Jednakże nie o to chodzi w Unii Europejskiej. Naród dążący do wolności, w oparciu o odwołanie się do retoryki narodowej – nie może zakładać cudzej krzywdy na swojej drodze do wolności. Nie ma tutaj znaczenia, czy skrzywdzi się własnych obywateli, czy obywateli sąsiedniego państwa – liczy się umiejętność kompromisu i rozmowy, a jak można rozmawiać z kimś kto pojmuje ideę narodową w sposób ksenofobiczny? Tacy ludzie już kiedyś zostali zlekceważenia jako zagrożenie dla Europy i Świata. Rozumieją to Węgrzy, ale czy Ukraińcy poświęcą część swojej idei narodowej w imię marzeń o Unii Europejskiej? Stawką wcale nie jest wolność, tutaj około 90% problemów jest generowanych w warstwie retorycznej. Przecież faszystów i to zadeklarowanych nie brakuje także w innych „starych krajach” Unii, ale nikt nie robi z tego powodu tragedii, ani nie chce nikogo rozliczać… Właśnie o zrozumienie tej wąskiej granicy – tego „co można”, a tego „czego nie powinno się” chodzi w wolności rozumianej na sposób zachodni.

5 komentarzy

  1. Wierny_czytelnik

    niesłychanie przenikliwe spojrzenie, porównanie Węgier i Ukrainy w ten sposób obnaża wielopoziomową hipokryzję zgniłego moralnie zachodu

  2. Stach Głąbiński

    Uważam, że przedstwiony przez Krakauera sposób zestawiania faktów i wyciągania wniosków musi uwzględnić każdy, kto chce prawdziwie rzetelnej dyskusji nad politycznym stanem Europy i Polski.

    • Nie potrzeba być ”mędrcem” żeby bez trudu dojść do wniosku że w większości przypadków jeżeli cokolwiek dzieje się na świecie wbrew interesom “chłopców z Wall Street “jest tępione nie tylko propagandą a wręcz wszystkimi możliwymi środkami.
      Jak można mówić o demokracji przy tzw”niewidzialnej ręce rynku ” .

  3. …nacjonalizm, neofaszyzm,ksenofobia no i oczywiście
    najważniejszy sprawca nieszczęść dzisiejszej Ukrainy
    XXXXXXXXXX. Jest do zaakceptowania przez świat zachodni
    pod warunkiem, ze wymienione “izmy” mają oblicze
    skierowane przeciwko Federacji Rosyjskiej.Oczywiście
    do “pewnego czasu i momentu(“patrz: przypadek,”Saszki
    Biłego”).
    Natomiast węgierski “Jobbik” (który obserwuję), ma inne
    oblicze nacjonalizmu, niestrawne dla świata
    euroatlantyckiego. Jest przede wszystkim katolicki
    (odwołanie do początków, św.Stefana),antyzachodni,
    “inne” spojrzenie na unię evropejska i rolę NATO.
    Jest przede wszystkim mocno PROROSYJSKI, uznanie
    dla działań Rosji w “konflikcie” pomiędzy światem
    słowiańskim, reprezentowanym przez ROSJE, a Ukrainą
    (tam gdzie do głosu doszły siły XXXXXXXXXXX – BANDEROWSKIE, nie reprezentujące zdecydowanej większości
    NARODU ukraińskiego),”Jobbik” odwołuje się i szuka korzeni
    w Wielkim Stepie, czyli na pewno nie na Wielkiej
    Nizinie Węgierskiej…a w…
    “Reprezentantem” interesów węgierskiego Jobbiku
    w muzyce, wydaje się być “Karpatia”.
    A już “abbol a fabol”…jest mi szczególnie bliskie,
    podobnie jak “Omega”, i “dziewczyna o …”(ktoś
    jeszcze pamięta)?
    Należałoby coś napisać o polskim, sterowanym ruchu
    “narodowym”, z pod znaku pp.XXXXX, XXXXXXX i spółki,
    podziwiajacych Węgrow – będących rusofilami,
    a z założenia rusofobicznym, “polskim” ruchem
    narodowym…ale daruję sobie.
    Historia(nie “Bóg i Historia”) doceni ich dokonania…

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.