Kultura

Weekend pod znakiem I

 Nad Jeziorem Dąbińskim

Weekend minął pod znakiem pieszych wędrówek po lasach, polach i w okolicy jezior. Upalny dzień nie specjalnie zachęcał do tego typu wysiłku. Nie zachęcał do żadnego wysiłku. Z drugiej strony, co: leniwie leżeć w letargu na działce i z wolna drzemać z nudów? W tym upale ciężko nawet skupić się na czytanej książce. Choćby nie wiem jak ciekawa, oczy po kilku stronicach same się kleją do snu.

Można jeszcze nad wodę i najlepiej do chłodnej, ożywczej wody. Niektórzy wybrali ten właśnie wariant. Woda znakomicie znosi upały i przynosi ulgę umęczonemu ciału. Ja jednak zdecydowałem się powłóczyć po okolicy. Woda niby fajna, ale nuda. Poza tym na pewno tłok i hałas. Wątpliwa frajda.

Do Jeziora Dąbińskiego podjechaliśmy na tyle blisko, na ile pozwoliły nam na to zaparkowane w każdym możliwym miejscu samochody innych amatorów plaży. Na szczęście udało się coś jeszcze znaleźć i dla nas. A łatwo nie było, bo wszystko już dawno pozajmowane. A my przecież popołudniem i to bynajmniej nie najwcześniejszym. Dalej trzeba kilka minut podejść piechotą. Plaża maleńka, kąpielisko też wielkością nie imponuje. Ludzi za to multum. Tłok, ścisk i hałas. Jak to nad wodą.

Pozostawiam w tym tłoku i harmidrze moich, a sam z małą we wózku wyruszam dalej powłóczyć się po tym Parku Krajobrazowym. Młody to park,  bo ledwo dwudziestoletni. Niewielki, ale całkiem ciekawy. Z wydzielonymi kilkoma rezerwatami. Ciekawa flora i ciekawa równie fauna.

Podążam przed siebie. Ze spacerówką i jej małymi kółkami nie jest łatwo. A to korzeń jakiś, a to szyszka na szyszce i wózek skacze w nierównym tempie na boki. Albo piach i koła ryją się głęboko. Zamiast się toczyć, poczynają pruć piasek niczym miniaturowe pługi. Brakuje tylko, aby było pod górkę. Ale gdzie tam brakuje. Zaraz tam brakuje. Pomyślisz, przejdziesz się kawałek i masz na zawołanie. Teren bardzo ciekawie urozmaicony. Nie brakuje więc i wzniesień. Są i takie, co zbocza mają piaszczyste – przynajmniej jeśli chodzi o prowadzącą mniej lub bardziej stromo pod górkę ścieżkę.

Jest jak jest. Kłopoty sprawiane przez wózek to i tak drobnostka przy wszechobecnych zajadle kąsających wiecznie nienasyconych krwiożerczych komarach. Na szczęście przezornie jestem w długich spodniach. Szkoda, że nie przy długim rękawie. Trudno, jedyna rada iść szybkim krokiem i na ile się da uciec im. Powiedzieć łatwo, wykonać już nie. Szczęściem przyspieszony krok utrudnia im lądowanie na mnie w celach konsumpcyjno-pokarmowych. Mała ma lepiej. Śpi w najlepsze w wózku szczelnie okryta moskitierą. Bez tego byłoby z nią źle. Ja się jeszcze jakoś opędzę, ale ona jest za mała. A i tak kilka kąsaczy dostało się pod siateczkę i musiałem je skutecznie utłuc, aby nie narobiły zniszczeń.

W ciepłej nocy

2010-03-19
Poznań

objęcia
zanurzam siebie
na jawie czynię sen

zbieram czas
uklękły w miejscu
śnię sny o snach

byłem jestem
przemijam zaginę
kim będę
czy zdołam
zaistnieć
kiedykolwiek
tak by na wieków wiek

pozwalam by noc ta ciepła noc
tuliła w ramionach ciemności
zgorzkniałe serce me
pozbawione życia radości

szukam zapomnienia
może niepamięć
serce mi uleczy złamane

Adam Gabriel Grzelązka

Dookoła jeziora a potem nie

Początkowo wybieram trasę otaczającą to niewielkie jezioro. Co rusz pomniejsze ścieżki zapraszają do odwiedzin obiecując cudy niewidy. Cóż kiedy z wózkiem ciężko by się tam było wcisnąć. Uroki miejscowej rzadkiej fauny rezerwatowej pozostają więc skryte przede mną tym razem.

Pozostaje do rozpoznania główny, niezbyt zresztą całkiem szeroki szlak otaczający wodę. Widać ją ledwo co przez szuwary, niezbyt rozległe. Kończą się tuż tuż, nie więcej niż metr góra trzy od brzegu. Widać szybko robi się głęboko. Po obejściu dwóch trzecich jeziora zdecydowanie odbijam w bok, pnąc się zarazem pod górkę. Wchodzę na szeroki szlak rowerowy. Po lewej i prawej otacza mnie piękny i pachnący las. Aż miło. Zataczam szeroki łuk docierając do porozrzucanych na skraju lasu zabudowań. Przynajmniej kończy się piach i robi się twardziej na drodze, choć nadal polnie. Cień staje się wspomnieniem, a wszechwładna tyrania słońca wyciska już nie siódme, a tysięczne poty. Mokra koszulka jest niczym nocą latarnia morska przywołująca głodne chmary owadów. Sygnalizator zapachowy jak w mordę strzelił. Jadłodajnia w okolicy otwarta każdemu kąsaczowi. A mała śpi w najlepsze. Nie przeszkadza jej nic. Niemniej od spiekoty musiałem ją dodatkowo osłonić, bo się nam akurat ma pod słońce.

Trasa znów zakręca. Teraz będzie z górki. Gdzieś tam na końcu czeka maleńka stacyjka kolejowa. Bez ławek na peronach, bez poczekalni, pod chmurką, jak się niezadługo okaże.

A tutaj? Ano tutaj zwyczajnie, leśnie. Jak to bywa zwyczajowo w lesie: po lewej las, po prawej las także, ścieżka co my nią właśnie też ścieżką przez las i w las dalej jest biegnącą. Widać w sumie niewiele, bo jak wszem i wobec wiadomo, w lesie wszystko drzewa zasłaniają. Taki to urok leśnych widoków. Czego by zaś drzewa w lesie nie zasłoniły, skutecznie dosłaniają duże i małe krzewy. Pozornie zatem widać przysłowiowe nic. Ot brunatno-zielone ściany otaczające leśną drogę. Paradoksalnie dzięki temu, że nic w lesie nie widać, widać właśnie las. Widać wszystko, co się na ów las składa. A las jest jak księga. Trzeba ją się nauczyć czytać, a wówczas jej opowieściom nie ma końca.

Zatoczywszy trzy ćwierci koła wokół Jeziora Dąbińskiego i nasyciwszy oczy jego najbliższym otoczeniem, zapuściłem się w dalsze otoczenie Parku wspiąwszy na jego wyższą część. Sporo tu działek leśnych. Jedne zamieszkałe, inne czekające wciąż na swego nowego właściciela. Znów zatoczywszy spory łuk wyszedłem na szlak rowerowy prowadzący wprost na stację kolejową. Stacja to dumne słowo. Tu składało się na nią jedynie torowisko otoczone peronami. Jak wspomniałem przed momentem, nawet ławki brak, a przydałaby się wielce, bowiem maleństwo wybudziło się i nabrało ochoty na małe co nie co. Szczęściem udało się skryć w cieniu drzewa i tam karmienie uskutecznić.

Ze stacji powróciłem na drużkę wiodącą nad jezioro. Stąd blisko całkiem zresztą okazało się do kąpieliska. Ponieważ miejsca brak i plaża niewielka, podobnie jak i samo kąpielisko, na zboczu porobiono liczne tarasy, zabezpieczone niewielkimi palisadkami, co by się nie obsuwały i bardziej się mogło poziomo do siedzenia i leżenia zrobić, na których amatorzy wody rozłożyć się mogą przed i po pluskaniu się w wodzie, a poleniuchować na słonku przebijającym przez listowie okolicznych sosenek.

Zbieramy się wszyscy i wracamy odszukać zaparkowany na jednej z leśnych ścieżek samochód. Samochodem dojeżdża się tu od drugiej strony, od Pobiedzisk, dookoła. Bliżej nie jest, wygodniej nieco zapewne. O ile znajdzie się miejsce na parkowanie w miarę blisko. Wracamy. Godzina późna, robi się przyjemniej, chłodniej, nie pali już tak słońce. Wracamy na działkę, na Gorzkie Pola. Zasiedliśmy do Monopoly, a właściwie do całkiem ciekawego jej polskiego klonu. Komary zasiadają z nami do swej krwawej uczty. Zasiedzieliśmy się tak bardzo, że nie tylko zastał nas mrok, pogryzły nocne komarów hordy dzikie którym zapachowa antykomarowa świeczka niespecjalnie przeszkadzała, a nas dusiła chwilami skutecznie, ale i kolacja nam jakoś tak całkiem naturalnie umknęła. Dzionek minął. Czas dać stopom odpocząć przed wyzwaniami dnia jutrzejszego.

Poznań, 2013.07.29
Autor: Adam Gabriel Grzelązka

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.