Kultura

Weekend pod znakiem II

 Wokół Jeziora Stęszewskiego

W niedzielę z wędrówek, wojaży krajoznawczych, wycieczek pieszo-wózkowych będzie to wspomnienie. Jak poprzednio start popołudniem późnym. Jak poprzednio, żona z teściową i starszą jadą nad jezioro. Na kąpielisko, popływać, pomoczyć się, zrelaksować. Jak poprzednio ja zamiast tego wybieram wędrówkę po okolicy. W ciszy samotności. Na łono leśnej przyrody.

Przyjeżdżam na Gorzkie Pola od lat, a nigdy właściwie nie było okazji się powłóczyć po okolicy, więc znam ją bardzo pobieżnie. Zatem czas coś z tym poczynić, czas ten stan rzeczy odmienić, czas zapoznać się bliżej z tą piękną okolicą.

Plan na dzisiaj to Wronczyn i Jeziora Wroczyńskie: duże i małe. Takie było założenie wstępne. W plecak spakowane wszystko, co potrzebne dla mnie i dla małej. Tym razem jednak biorę bliźniaka z dużymi kołami. Okazał się to strzał w dziesiątkę. Prowadzi się o niebo lepiej po leśnych i polnych wertepach od spacerówki, która kiepsko radzi sobie z kiepskim podłożem i ma tendencje od utykania.

Opuszczam teren działek, udaje mi się namierzyć sygnał GPS. Wspinamy się powoli po łagodnie wznoszącym się terenie. Na horyzoncie widnieje las. Gdzieś tam przede mną cel wędrówki. W nocy padało. O ile w Poznaniu było tego tyle co kot napłakał, a zdecydowanie nie miało mu się tej nocy na płacz, to tutaj bębniło i to całkiem solidnie przez pół nocy. Jest ciepło, nawet bardzo, ale niemal całe popołudnie ciągle pochmurnie. Ślady nocnej ulewy widać to tu to tam w postaci mniejszych lub większych kałuż. Niektóre  napotkanych później skutecznie rozlewają się po całej szerokości drogi. Trzeba omijać je lasem.

Docieram do wspomnianego lasu. Zanim jednak tam, po lewej i prawej mijam dojrzewające zboża. Po kilkudziesięciu krokach droga gwałtownie opada kilka, a może i kilkanaście metrów w dół. Piękny widok. Szkoda, że takie widoki niezwykle trudno sfotografować. Wychodzą płasko na zdjęciach gubiąc ów wymiar przestrzeni, jaki zachwyca naocznie. Mały rzut oka na mapę, jaką wybrać drogę. Aha, można iść na wprost, a dotrze się pomiędzy oba wspomniane jeziora. Nie jest to zresztą zbyt daleko, a idzie się szybko, bo i przyjemnie w lesie, i wonie wszelakie piękne, i wózek jedzie śmigle.

Niewiele trzeba czasu, abym do Jeziora Wroczyńskiego Dużego dotarł był. Rozłożyło się po lewej. Po prawej toż samo jezioro zwane jednak Małym. Słychać kąpiących się. Widać niedaleko jakaś plaża być musi. Kilka zakrętów. Gdzieś w prześwicie ukazuje mi panorama tafli jeziora. Jest i kąpielisko. Także niewielkie i także pełne już kąpiących się. Idę dalej. Droga dociera do krzyżówki. Jeśli odbiję w prawo, dotrę do Wronczyna. Gdzieś tu jest także dąb „Kazimierz”. Wspomina o nim mapa Google, ale nie moja. Na niej go nie ma niestety, więc szanse na jego odnalezienie spadają znacząco.

O świcie

2010-05-12
Poznań

inne tworzę wiersze
innymi słowami
przemawiają rozbudzone usta
inna modlitwa dzień wita
inne serce Boga kocha
inaczej oczy świat widzą

o świcie
Bóg na nowo wzywa
sieje w tobie swoje Słowo
którym cię ukochał

o świcie
tak dobry to moment
Bogu pozwolić
z całych sił się ukochać
by starczyło do wieczora i jeszcze na noc

noc twego
zagubienia
noc twego
cierpienia
dziś kończy się ze świtem
wystarczy Bogu serce
na oścież otworzyć

Adam Gabriel Grzelązka

Kierunek: Stęszew

Jest wcześnie, bardzo wcześnie. W sensie długości spaceru, nie zaś godziny dnia. Nadspodziewanie szybko przebyłem te pierwsze kilka kilometrów. Znów rzut okiem na mapę. Jeśli skręcę w lewo, asfaltówką dotrę niezadługo nad Jezioro Stęszewskie, gdzie pojechali się moi kąpać. Można by się przejść, daleko nie jest. Odwiedzić ich. Zatem idziemy. Asfalt bez pobocza niestety. Na szczęście ruch minimalny. Właściwie żaden. Można lasem, nad jeziorem. Ale nie wiadomo, jak tam droga, ile kałuż po nocnej wylewce.

Po dłuższym czasie w scenerii lasu, który przylega do drogi tak z lewej, jak i z prawej, docieram do tabliczki Stęszew. Jaki Stęszew? Gdzie ten Stęszew? Droga nadal biegnie przez las i nijak żadnych domostw nie widać. Tak jest właściwie cały czas, gdyż wszelkie domostwa skrywają się w leśnych ostępach w oddali. Pojawiają się zaparkowane przy drodze samochody. Po obu stronach, jeden za drugim. Długie pasmo parkujących. W końcu jest i informacja o plaży. Jakoś mnie zniechęca ilość udających się tam ludzi. Idę najzwyczajniej dalej. Do Tuczna nie jest przecież daleko. Żabi skok.

Z tej strony jeziora zabudowań, działek rekreacyjnych przylegających do prowadzącej mnie drogi jest znacznie więcej. Ruch także większy. Ale nadal niedzielny. Od czasu do czasu mijam budkę PKS. Z zewnątrz może i ciekawie, ale wewnątrz syf i malaria. A szkoda, bo mała lada moment może chcieć jeść, a tu nie ma się gdzie wygodnie zatrzymać. Nie będę przecież karmił jej w takim zasyfiałym otoczeniu. Idę dalej szybkim krokiem.

Rzeczywiście Tuczno niedaleko. I z górki. Teren łagodnie opada, droga wiedzie mnie w dół. W Tucznie na krzyżówce jest przystanek i jest ławeczka. Mimo rozsypanego przepełnionego kosza na śmieci jest tu przyjemniej niźli w poprzednich budach autobusowych. Siadam i karmię małą. Przy drodze stoi wystawka rzeźb różnej wielkości. Obok samochód i twórca owych dzieł. Nawet niebrzydkie, nawet niezgorsze rzezanki w drewnie. Tkwi tu widać od rana, bo zdołał na miejscu z kawałka jakiegoś kloca wystrugać coś nowego.

Małą podkarmiona i przewinięta. Pora na nią najwyższa, bo przespała swój czas i to przespała z dużym okładem. Świeże powietrze i ciągły ruch wózka zrobiły jednak swoje. Ruszamy dalej, a mała znów zasypia błogo. Spać tak będzie przez kolejne godziny do niemal samego powrotu do domu, na działkę.

Najkrótsza droga jak zwykle nęci najmniej. Wyruszam w stronę Kołatki przez pola. Łatwo powiedzieć. Kołatka na mapie jawi mi się w trzech odlegle rozrzuconych miejscach. Wybieram tę, którą przetnę idą na Jezioro Kowalskie w pobliżu Jerzykowa. Droga pod górę przez pola. Dłuższa trasa odbija w prawo. Szlak rowerowy. Krótsza wiedzie pod lasem w pobliżu jezior i doprowadziłaby szybciej na Gorzkie Pola. Ja idę tą pomiędzy, środkową.

Najpierw idę przez pola. Las stopniowo pozostaje w tyle. Po prawej ściana kukurydzy. Po lewej głównie pola owsa. Na horyzoncie jakieś zabudowania. Mijam je. Droga wije się to w lewo, to w prawo. Robi się chłodniej. Za to pojawia się więcej owadów. Końskie muchy tną jak głupie. Nijak nie idzie ani przed nimi uciec, ani je odgonić, ani się ich pozbyć. Dobrze, ze mam siatkę na wózek.

Poznań, 2013.07.29
Autor: Adam Gabriel Grzelązka

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.