W perspektywie czasu stracimy na integracji z Zachodem

Już dzisiaj widać poważne tendencje, wskazujące na to że w perspektywie czasu – nawet średniookresowej – stracimy na pełnej i bezkrytycznej integracji z Zachodem. To co się dokonało pod hasłem wolnorynkowej transformacji to wydarzenie bez precedensu, którego nie można nawet nazwać auto-kolonializmem, poddaństwem, wydaniem się, sprzedaniem. Ponieważ skala naszego zawierzenia w integrację przekroczyła wszelkie możliwe wyobrażenia o tym dokąd to może nas prowadzić i jakie będą tego realne konsekwencje.
Nie ulega wątpliwości, że od 22 lipca 1944 roku do początku lat 90-tych XX wieku Polska była krajem zależnym względem Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich. Ta zależność przejawiała się na wielu płaszczyznach funkcjonowania państwa, z których kluczowe były: polityczno-ideologiczna, gospodarczo-finansowa i militarna. Poza tymi dziedzinami mieliśmy jednak pełną autonomię wewnętrzną (od połowy lat 50 tych nie można już mówić o radzieckiej okupacji bezpośredniej), kulturową, obyczajową a także swoiście rozumianą jako brak możliwości jeżdżenia na krowie – autonomię gospodarczą, która w naszej drodze do komunizmu objawiała się prywatną własnością, rolnictwem i przetrwaniem mimo wszystko ducha przedsiębiorczości. Wewnątrz kraju panowała swoboda religijna, Kościół z wyjątkiem haniebnych pierwszych lat nowej władzy, gdy dochodziło do uwięzienia Prymasa, „PAX-owania”, czy też po prostu zastraszania księży – miał pełną autonomię, co najwyżej był zwyczajnie inwigilowany, no ale to ten ustrój miał do siebie – kontrolował wszystko i wszystkich.
Wolność oznaczała dla nas potrzebę jej zabezpieczenia i zagwarantowania. Polskim elitom wydawało się, że jak przyjdzie do nas zachodni kapitał to będziemy bezpieczniejsi, potem oczywiście że powinniśmy wejść do zachodnich struktur gospodarczych i obronnych – dla przypieczętowania sukcesu. Niestety przez jakieś15 – 20 lat – środek do celu został pomylony z celem. Za transformację zapłaciliśmy straszną cenę deindustrializacji i generalnego upadku gospodarki zwanego „erą Balcerowicza” od nazwiska autora koncepcji gospodarczej, która zawładnęła umysłami decydentów na lata. W efekcie bezkrytycznego i zupełnie nie kontrolowanego wcielania w życie neoliberalnych koncepcji rynkowych, a tym samym odbijanie ich skutków i metod działania na państwo – doszło do pełnego uzależnienia gospodarczego wobec zachodnich partnerów. Przykładowo jak w końcówce PRL-u kupowaliśmy w ZSRR myśliwce Mig 29, to zapłaciliśmy za nie przeliczeniową ilością licencyjnych samolotów transportowych i innymi dobrami. Jak niedawno kupiliśmy F-16, to co prawda amerykańskie banki sfinansowały nam wszystko, żałując że kupiliśmy ich tylko 48, bo przecież nie było problemu żeby skredytować i 248, ale o offsecie jakoś ani widać, ani słychać – problem zniknął. Musimy wyeksportować półprodukty do Niemiec, żeby zapłacić Amerykanom za samoloty. Tak to dzisiaj działa.
Obecnie nasza pozycja wobec zachodnich partnerów jest definiowana temperaturą i głębią stosunków z Niemcami. W zasadzie moglibyśmy ubiegać się o status 17-tego landu, o ile przerażeni Niemcy nie uciekli by do Francji i Kanady… Jednakże faktem jest, że w stosunkowo krótkim czasie udało się Niemcom zrealizować koncepcję gospodarczo-wojskową z okresu Bismarcka. „Mitteleuropa” jest dzisiaj niemiecka, pracuje na rzecz Niemiec, stanowi rynek zbytu na niemieckie produkty, produkuje sama niemieckie produkty, dostarcza robotników (nawet nie przymusowych!), odbiera niemiecki złom (samochody), stanowi idealny bufor przed wielką niewiadomą na wschodzie (daje się nam broń) – a przy tym wszystkim pod pozorem przyjaźni i płaszczykiem braterstwa – kontroluje się sama i pilnuje niemieckich interesów u siebie, przyjmując niemieckie standardy prawne zwane unijnymi. To są fakty, nie znaczy, że jest nam z tym źle – bo tak dobrze nie było nam od XVII wieku! Jednakże, czy tylko w ten sposób możemy definiować swoje trwanie i swój los? Oto jest pytanie o polską rację stanu i polskie interesy narodowe na progu XXI wieku. To się dzieje tu i teraz, przepływa nam między palcami wraz z tą mityczną ciepłą wodą w kranie – ogrzewaną „ruskim” gazem – na szczęście jeszcze nie transportowanym przez Niemcy, ale takie zagrożenie jest jak najbardziej realne.
Najśmieszniejsze jest to, że nikt nie ma żadnej koncepcji alternatywnej, a nawet nie ma szans na to, żeby stworzenie takiej – główny nurt myśli politycznej uznał za potrzebne.
Jeżeli bowiem będziemy dalej bezrefleksyjnie brnąć w kelnerowanie, usługiwanie i podwykonawstwo, to musimy się pogodzić ze statusem państwa podrzędnego w europejskim szeregu państw i to na długie lata, ponieważ przebicie szklanego sufitu prawdziwego zachodniego dobrobytu będzie nie możliwe. Nie da się osiągnąć określonych efektów i korzyści skali pozwalających na odpowiednie wynagradzanie ludzi, bez posiadania określonych narzędzi w gospodarce. Przy presji kosztów i otwarciu rynków – nie mając centrów decyzyjnych własnej gospodarki w Polsce – jesteśmy zdani na łaskę i nie łaskę obcych decydentów. Gdzie się zwalnia podczas kryzysu? W centrali firmy czy jej filii w kraju tanich pensji? Kogo obchodzi los kobiet zatrudnionych na hali pod Łodzią w jakimś województwie Łódzkim – gdzieś nie wiadomo gdzie, jeżeli na szali ma koleżanki z biura w Amsterdamie lub Londynie? Nie miejmy złudzeń, żadnych złudzeń. Oczywiście lepiej jest być ogniwem w łańcuchu produkcji – najpotężniejszych potęg niż z nimi konkurować zaczynając od zera i z marszu, ale czy ktoś nam kazał wyrywać hale przemysłowe z fundamentami? Zwalniać inżynierów? Niszczyć lub przesyłać na zachód dokumentacje projektową? No i najgorsze – sprzedawać w zasadzie wszystkie banki?
Jesteśmy krajem, który wszystko co mógł osiągnąć wykorzystując czynniki proste już osiągnął. Teraz czeka nas krach demografii, ponieważ ceny warunkujące poziom życia wzrosły u nas o wiele bardziej niż zarobki powodując rozwarcie się nożyc dochodowo-kosztowych. Uwaga – to nie jest prawda, że można było się więcej uczyć – wówczas byśmy lepiej zarabiali budując Gospodarkę Opartą na Wiedzy. To przecież się stało – dokonaliśmy olbrzymiego postępu w zakresie rozwoju intelektualnego społeczeństwa, które zagłosowało nogami – porzuciło ten kraj wyjeżdżając! Jest to dowód na to, że pewnych procesów nie da się sztucznie zaplanować, ludzie muszą mieć co jeść, gdzie mieszkać – czym dojeżdżać do pracy i zarabiać tyle, żeby nie wyli z płaczu w nocy tylko płodzili dzieci. To naprawdę takie proste! W II Rzeczpospolitej, która była wynędzniała i totalnie czymś nadzwyczajnym – to się udało. Co więcej w pierwszych latach PRL-u to się udało, o czym świadczy odbudowa – 1000 szkół na tysiąclecie Polski! Co teraz? Nic się nie opłaca? Nie da się? Marazm? Wyjechać? Ale dokąd?
Nie miejmy złudzeń. Na integracji – tak bezrefleksyjnej w dłuższej perspektywie czasowej stracimy. Chyba że coś się stanie i się opamiętamy? Jednakże ci, którzy już rządzili/kradli (pojęcia w Polsce jednoznaczne) muszą odejść – wszyscy. Zmiana elit jest warunkiem niezbędnym do wysterowania kraju na ścieżkę wzrostu uniezależniającego nas od kaprysów zachodnich genderowych menadżerów.

3 myśli na temat “W perspektywie czasu stracimy na integracji z Zachodem

  • 8 września 2013 o 20:01
    Permalink

    Dla wzmocnienia treści artykułu przypomnę słowa Premiera Bieleckiego podczas wizyty w Ursusie.
    Bardzo zdenerwowany Premier wsiadając do rządowej limuzyny powiedział do dziennikarzy zdanie, że TRZEBA ZLIKWIDOWAĆ TO CAŁE KOMUNISTYCZNE DZIADOSTWO!
    Tam był bałagan i brud oraz niebotyczne żądania płacowe zakładowej Solidarności, bo obowiązywał słynny POPIWEK, a na placu stały tysiące niesprzedanych traktorów.
    Ówcześnie rządzący ekonomiści jak Balcerowicz czy Bielecki, mieli na to tylko jedną receptę: ROZPIEPRZYĆ.
    Po co się trudzić nad usprawnianiem i restrukturyzacją?
    I tak z producenta i eksportera ciągników rolniczych staliśmy się ich importerem, w tym z Czech i Białorusi.
    Jak już wszystko ROZPIEPRZYLI, to zaczynają się usprawiedliwiać.
    Tylko o 20 lat za późno.

    Odpowiedz
    • 9 września 2013 o 17:26
      Permalink

      Rząd nic nie chciał rozpieprzyć. Co Pan gadasz. czechy po 1990 roku miało o wiele niższy wzrost gospodarczy niż Polska. Co z tego, że eksportują traktory?

      Odpowiedz
  • 30 stycznia 2021 o 04:44
    Permalink

    Perspektywy III RP w sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi…

    Niezależni zagraniczni obserwatorzy nie kryją zadziwienia, jak państwo, które dwie dekady temu pozbyło się okupacyjnych wojsk ZSRR, dziś domaga się sprowadzenia jak największej ilości amerykańskich okupantów. Przy czym istotną różnicą między sowieckim i amerykańskim okupantem jest to, że ten pierwszy odszedł z naszej Ojczyzny pokojowo. Natomiast Amerykanie, jeśli już opuszczają jakieś okupowane terytorium, to tylko po uprzednim przemienieniu go w pustynię.
    Zadaniem kontyngentu okupacyjnego NATO w Polsce będzie ochrona instalowanych na Pomorzu wyrzutni rakietowych Cruise nacelowanych na Rosję i tłumienie ewentualnych odruchów obronnych ludności tubylczej.
    Tak więc, w najlepszym razie, mieszkańcy III RP będą przeżywać wszystkie przyjemności okupacji pokonanego państwa, no może za wyjątkiem gwałtów jakich dokonują np. na Okinawie amerykańscy żołnierze na Japonkach. „Polskie patriotki” same ustawią się w kolejce do koszar „natowskich obrońców” i o żadnych gwałtach nie będzie mowy!
    W najgorszym przypadku rosyjskie rakiety z ładunkami jądrowymi przemienią nasz piękny kraj w radioaktywna pustynię. Bez ogródek wspomniał o tym Putin podczas swej niedawnej wizyty w Grecji, stwierdzając, że Rumunia, gdzie systemy rakietowe są już ukończone, znalazła się „na rosyjskim celowniku”, a Polska dostąpi tego samego „zaszczytu” z chwilą instalacji amerykańskich rakiet na Pomorzu.
    Perspektywy powyższe nie zrażają „polskich przywódców”, których służalczość w stosunku do ich amerykańskich panów może konkurować jedynie ze skrajnym ograniczeniem umysłowym nie pozwalającym im pojąć losu, który nie tylko Polakom , ale i sobie szykują.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.